Zielone zróżnicowanie

image

Drugie śniadanie to jedyny posiłek, który różni się od pozostałych. Mogę codziennie zjeść jedną porcję owocową. Dziś wybrałam zielonego grejpfruta. Żałuję, że nie zaopatrzyłam się w banany, bo zdecydowanie wolałabym taką słodką przyjemność.

Reklamy

Pierwszy dzień

image

Zaczynam życie zgodnie z zasadami przekazanymi przez dietetyka.
No cóż, początek, a już zbyt łatwo nie jest.
Na czczo wypiłam szklankę wody z łyżką octu jabłkowego. Potem śniadanie – jak na zdjęciu – marchew, seler, pietruszka i brokuły. Co godzinę piję powoli szklankę wody.
Samopoczucie? Ogólnie dobrze. Organizm pewnie jeszcze nie zauważył zamachu terrorystycznego, ale po identycznej porcji obiadu i kolacji pewnie zacznie się bunt. Za to mój pęcherz chyba się skurczył, bo co chwilę latam do toalety i cały czas czuję, jakby był pełny.
Co do pełni – oprócz pełnego pęcherza, sylwetki i twarzy jestem pełna optymizmu.
Trzymajcie kciuki!!!

Profeska

Nie ma szans. Sama najwyżej doprowadzę się do jeszcze gorszego stanu. Od tygodnia nie zmieniło się nic – kanapa, ptasie mleczko i wieczne zmęczenie.
Poszłam do profesjonalisty. Odwiedziłam dietetyka. Nie jakieś przereklamowane studia odchudzania żarciem dla chomików, tylko prawdziwy gabinet dietetyka. Pani mnie zważyła, zmierzyła, zbadała skład ciała, zrobiła ze mną wywiad. Dziś odbieram dietę.

1. Spędziłam miły wieczór z koleżankami.
2. Zauważyłam, że w mojej pracy można ciekawie spędzić czas.
3. Jadłam pyszny krem z brokułów.
4. Miałam okazję bliżej poznać osoby, z którymi spędzę najbliższe lata.
5. Pomimo pms nie pokłóciłam się z nikim.

5 powodów

To faktycznie działa. Dziś szukałam na każdym kroku powodów do uśmiechu.
I tak pięć momentów szczęścia środowego:
1. Usłyszałam miły komplement.
2. Odbyłam rozmowę telefoniczną z przyjaciółką.
3. Dowiedziałam się, że wyjeżdżam w delegację w ciepłe kraje.
4. Koleżanka pochwaliła moją sukienkę.
5. Przeszedł obok mnie olbrzymi pies i mnie nie zaatakował.

W poszukiwaniu szczęścia

Każdy chce być szczęśliwy. Ciężko jest jednoznacznie określić źródło szczęścia. Kiedyś myślałam, że największą radość dadzą mi zakupy. Pędziłam więc w życie zawodowe, żeby móc spełniać swoje potrzeby materialne. Kiedy znalazłam się takim punkcie, w którym nie widziałam już satysfakcji, uświadomiłam sobie, że wcale te wszystkie rzeczy, które przewalają się przez moją szafę, dom, kosmetyczkę i torebkę nie pomagają mi w życiu.

Przeszperałam więc wiele poradników dotyczących szczęścia. I co? I w zasadzie nic.

Nie dowiedziałam się z nich niczego nowego. Ilu psychologów, doktorów, terapeutów, tyle opinii, definicji i teorii.

Co więc daje szczęście?

Myślę, że małe kroki. Dostrzeganie drobnych zmian w życiu, docenianie tego, co się ma, a nie bieg za tym, czego się nie udało zdobyć. Docenienie siebie i najbliższych. Radość z chwili.

Moja koleżanka codziennie wieczorem zapisuje pięć powodów do radości z minionego dnia. Czasami trudno jest znaleźć aż tyle momentów z zaledwie dwudziestu paru godzin. Ale kiedy się głębiej zastanowi, udaje jej się. I jest to jakiś sposób.

Może też tak spróbujesz?

Każdego wieczora zapisz pięć najpiękniejszych chwil dnia. Postaraj się. Z pewnością było ich o wiele więcej. Znajdź tylko te najważniejsze.

Powodzenia!

Dietobiografia.

Przy okazji próby jutrzejszej zmiany życiowej, zaczęłam analizować moje dotychczasowe zmagania z odchudzaniem. Od dwudziestu lat moje życie przeplata się z różnymi dietami – od głodówek po prawdziwie racjonalne nawyki żywieniowe. Pierwszy raz udało mi się schudnąć na diecie kapuścianej. Ciężko było wytrwać na tej wodzie z kapusty, ale efekty przyszły prawie natychmiast. Zrzuciłam wtedy dobre dziesięć kilo. Byłam co prawda młodsza, ale i tak umęczyłam się niesamowicie. Mdlałam, siedziałam w fotelu, żeby przeczekać słabsze chwile. Ale udało się!

Od tamtego momentu waga wahała mi się między 50 a 55 kilo. Przez kilka lat utrzymałam rewelacyjną sylwetkę i – jak to w życiu każdej (no, prawie każdej…) kobiety bywa, zaszłam w ciążę. I tak przez dziewięć miesięcy skutecznie dbałam o przyrost tkanki tłuszczowej i dzieciątka. Ostatecznie do porodu turlałam się z 76 kilogramami. Kiedy już urodziłam, wykarmiłam i wymatkopolkowałam dziecko, doszłam do wniosku, że pora co nieco zrzucić. Przeszłam więc na dietę kopenhaską. Owszem, wiele spadło, ale jeszcze więcej potem wróciło. Po kopenhaskiej przyszła tysiąca kalorii, po niej jakaś jeszcze inna. Ostatecznie dowiedziałam się o doktorze Dukanie, którego metoda – owszem – pomogła mi wrócić do pięknej wagi poniżej sześćdziesięciu kilogramów. Niestety, bardzo zakwasiła mój organizm, co było chyba gorsze niż ta otyłość. Jak łatwo się można domyśleć, dietę przerwałam i zaczęłam tyć. Do tego – jakby nie dało się w innym momencie – rzuciłam palenie. I tak tyłam, tyłam i tyłam… Kiedy któraś z rzędu osoba zaczęła mi gratulować ciąży, opamiętałam się. Wybrałam się do dietetyka – Natur house. Ich propozycja była całkiem dobra, ale przepełniona chemią – dziwnymi suplementami, które, chcąc nie chcąc, trzeba było kupować w ich pseudoaptece za chorendalne sumy. I to nie przyniosło wielkich efektów, bo zwyczajnie zamiast mój obwód, sukcesywnie chudł mój portfel. W międzyczasie spróbowałam też racjonalnego żywienia i wysiłku sportowego. Może i efekty były, jednak nie umiem tak mocno się zaprzeć i poświęcić. Wreszcie odpuściłam wszelkie zdrowe próby i wróciłam na dietę kopenhaską. Potrzebowałam „na już” wyglądać szałowo. I owszem, osiągnęłam to, czego chciałam. Nie zastanawiałam się wtedy, co będzie dalej, po tym ważnym dniu.

I teraz już wiem, jak kończy się moja bajka. Dwadzieścia kilo nadwagi, zero chęci do życia, ospałość, brak jakichkolwiek zalążków kobiecości. Jestem chodzącą galaretą, która w żadnym calu nie przypomina kobiety!

Paradoks

Siedzę przy komputerze, zajadam się ptasim mleczkiem i narzekam, że nigdzie nie wychodzimy w niedzielne popołudnia. Za oknem piękne słońce, drzewa kuszą kolorami jesieni, a ja tylko użalam się nad sobą. Chciałabym pospacerować, pozbierać liści na jesienne bukiety, ale mi się zwyczajnie nie chce. Nie wiem, na co czekam. Zastanawiam się, jak zmotywować się do działania?

Przecież im bardziej pozwalam wygrać kanapie, tym mniejsze szanse mam na zmianę swojego życia. I co? No w zasadzie nic. Poddaję się.

Włączam znów syndrom poniedziałku. Lepiej zaczyna się zmiany od pierwszego dnia tygodnia. Czy jutro będzie inaczej?  Nie wiem. Ale wierzę, że tak będzie…

 

Holizm społeczny

Człowiek otyły zajmuje w społeczeństwie podobne miejsce jak alkoholik. Jeden i drugi zazwyczaj jest wykluczony przez otoczenie. Pozbawieni empatii ludzie klasyfikują wszystkich na podstawie tego, co widzą. Nadwaga często przeszkadza w zachowaniu pełnej higieny, sprawia, że niewolnik kilogramów bardziej się poci, jest mniej atrakcyjny i niekoniecznie cieszy oko swoim wyglądem. Ludzie idą na skróty, wolą to, co piękne i higieniczne. Szkoda im czasu na poznawanie wnętrza drugiej osoby, dlatego z biegu usuwają ze swojego otoczenia każdego, kto nie pasuje do ich wizualnego ideału…
Dzieci od najmłodszych lat podświadomie są bombardowane komunikatami, że otyły człowiek to ktoś, kogo należy odbierać negatywnie. W bajkach gruby człowiek jest zazwyczaj uosobieniem czarnego charakteru.
Stąd też wielu otyłych to ludzie samotni, zamknięci w sobie. Niejedna krzywda, jakiej doświadczyli ze strony społeczeństwa, sprawiła, że z dystansem podchodzą do obcych, rzadko nawiązują nowe znajomości a już na pewno nie próbują pierwsi wyciągać do kogokolwiek ręki.
Społeczeństwo gardzi tymi, którzy odstają od ustalonej przez nie normy. Alkoholicy i ludzie otyli postrzegani są jako słabi, pozbawieni ambicji i niekonsekwentni.
Bareja w jednym ze swoich filmów pokazał stereotyp alkoholika, jako złodzieja. Pamiętam te słowa: „pijak i złodziej, bo każdy pijak to złodziej”… Tu by można to sparafrazować: „grubas i brudas, bo każdy grubas to brudas…”