Kacze opowieści

Mogę śmiało stwierdzić, że moja dieta przyniosła zamierzone efekty. W szwach pęka już jedynie moja szafa – bo tyle ubrań wróciło do użytku. Przeprosiłam się też z krótkimi spódniczkami i obcisłymi bluzeczkami. Nigdzie się nie wylewa, nie trzęsie. Jest dobrze. Do szczęścia brakuje jeszcze tylko ćwiczeń, które – mimo Waszych licznych rad – nadal nie stały się częścią mojego harmonogramu. Ale powoli, uda się i to.

Nawet zabawa andrzejkowa okazała się o wiele przyjemniejsza, kiedy przestałam myśleć, czy wyglądam dobrze, czy ktoś właśnie nie ocenia mojego wyglądu, nie drwi z dodatkowych kilogramów. A i kreacja jakoś bardziej błyszczała na mnie, gdy nie musiała okalać wielkiej powierzchni.

A że kolejne dni diety za mną, staram się urozmaicać posiłki, jak tylko się da. Na obiad dziś jedliśmy przepyszne naleśniki po meksykańsku. Na kolację natomiast próbuję przygotować kaczkę. Piszę – próbuję – bo w swojej kulinarnej historii miałam z tym upartym ptakiem do czynienia trzy razy,z  czego tylko jeden raz udało mi się zachwycić podniebienia domowników. Zazwyczaj mięso było albo zbyt gumowe, albo wręcz spalone. Zobaczymy, jak dziś zakończy się moja kacza opowieść…

Reklamy

Miodzik

Pozostając przy słodkościach pokażę Wam szybki i bardzo łatwy sposób na pyszne i zdrowe babeczki. Składniki wystarczają na sześć sztuk, tyle też zazwyczaj jest na formie. Używam kauczukowych tac, których nie muszę smarować żadnym tłuszczem, babeczki się nie przypalają i wyglądają bardzo ładnie.

Składniki:

– 4 jajka

– 4 łyżki otrąb pszennych

– 8 łyżek otrąb owsianych

– 4 łyżki twarogu 0%

– 4 łyżki miodu wielokwiatowego

– orzechy nerkowca

 

Oddzielam żółtka od białek. Mieszam żółtka z otrębami, twarogiem i miodem. Odstawiam na 20 minut. W tym czasie z białek ubijam pianę i delikatnie mieszam z resztą masy. Wypełniam formę na babeczki i piekę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez pół godziny.

Do ozdobienia gotowych babeczek można użyć zmielonych orzechów nerkowca, wymieszanych z miodem, lub wyłożyć połówkami orzechów i polać miodem.

 

Bez ozdoby, czy z nią, babeczki smakują wspaniale. Istny miodzik!

 

 

 

image

image

 

Smacznego!!!

Na bogato

Moja teściowa co roku przed świętami przypomina mi o tym, że konieczny jest makowiec na stole wigilijnym. Dlaczego?  Bo mak jest na pieniądze.
Nie jestem straszną zaboboniarą, ale jeśli coś pomóc może, to z pewnością nie zaszkodzi.
Dlatego bez względu na rodzaj diety, rozmiar, modę, czy inne czynniki, makowiec na moim stole musi być!
Na szczęście udało mi się wypracować sposób na w miarę niskokaloryczny ale przepyszny zawijaniec.
Oczywiście z miłą chęcią podzielę się z Wami przepisem.
Składniki na masę:
– 250g maku
– 3 łyżki cukru trzcinowego
– 3 łyżki jogurtu naturalnego
– aromat arakowy
– skórka z pomarańczy
– dwie łyżki miodu

Mak zalewam dwiema szklankami wody i gotuję pół godziny. Mielę dwukrotnie i po całkowitym wystygnięciu dodaję cukier, jogurt, drobno pokrojoną skórkę pomarańczy, aromat i miód. Mieszam i zamykam w pojemniku.

Odstawiam na bok, bo muszę zająć się ciastem, do którego potrzebuję:
– 3 łyżki otrąb owsianych
– 3 jajka
– 1 łyżka skrobii kukurydzianej
– 1 łyżka odtłuszczonego mleka w proszku
– 300g białego, chudego sera
– 2 łyżki jogurtu greckiego 0%
– łyżka cukru trzcinowego
– łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtka oddzielam od białek i miksuję z resztą składników. Z białek ubijam sztywną pianę i bardzo delikatnie mieszam z resztą masy. Wylewam na wyłożoną papierem do pieczenia blachę – tę kwadratową z piekarnika – I piekę 25 minut w piekarniku nagrzanym do 160 stopni. Wyciągam upieczone ciasto i kładę je na dużej ścierce. Smaruję makową masą i zawijam delikatnie.

image

image

image

I tak powstaje najpyszniejszy element naszego wigilijnego stołu.
Już wkrótce u nas zagości. A nóż przyniesie ze sobą wygraną w totolotka…
Mam nadzieję, że Wy też się skusicie!

image

Wyjście z mroku

Idę ulicą z głową podniesioną do góry, pewnym krokiem, ukradkiem zerkam na swoje odbicie w witrynach sklepowych i uśmiecham się sama do siebie. Kiedy widzę kogoś znajomego, nie przechodzę już na drugą stronę ulicy, żeby uciec niezauważalnie przed drwiącym wzrokiem. Podciągam szybko opadające spodnie, wypinam pierś do przodu i witam się z przyjemnością patrząc z satysfakcją na wielkie zdziwienie płynące z oczu rozmówcy.
I to jest właśnie to, czego mi brakowało.

23 z drobnymi potyczkami

Można powiedzieć, że czas adaptacji za mną. Podobno organizm potrzebuje trzech tygodni, żeby przyzwyczaić się do nowego trybu życia. Może coś w tym jest, bo nie wygłaszam juz lamentacji w tęsknocie za słodyczami i nie czuję zwalającego z nóg głodu. Organizm sam domaga się jedzenia o stałych porach i potrafi podpowiedzieć, kiedy jest najedzony.
A efekty? Są – jak zwykle – niewielkie. Po centymetrze spadło tu i ówdzie, na wadze kolejny kilogram odszedł w zapomnienie. Ale wreszcie zauważam większy wybór w doborze ubrań. Coraz więcej rzeczy na mnie nie wygląda już, jakby były podłączone do jakiegoś zapłonu i miały zaraz wystrzelić…
Jeszcze dużo pracy przede mną. Nie potrafię zmusić się do ćwiczeń i to jest największy problem. Ani nie mam weny, ani jakiegoś fajnego zestawu ćwiczeń. Może coś polecicie?

Przyczajony banan

Nie każde dziecko lubi banany. Moje wręcz dławi się na sam ich widok. Znalazłam więc sposób na bezbolesną aplikację ich do organizmu mojego małego uparciucha.
Robię ciasto naleśnikowe z mąki, jajek, mleka i wody, dodaję zmiksowane banany i łyżkę cukru wanilinowego. Smażę na odrobince oleju rzepakowego, aż się zarumienią i podaję z białym serem zmieszanym z jogurtem kremowym. Posypuję cukrem pudrem – dla smaku i wyglądu.
Ku mojej uciesze – trzy naleśniki zostały wchłonięte przez małego żarłoka.
A Wy jakie macie sposoby na niejadka?

image

image

image

Detox

Obiecałam wczoraj, że napiszę o oczyszczaniu organizmu zaleconym przez moją dietetyczkę.

Po wywiadzie na pierwszej wizycie wyszło, że mój brak chęci do życia, wieczne stany depresyjne i ogólne złe samopoczucie może być związane nie tylko ze złym trybem odżywiania, ale również z wynikającym z tego właśnie zanieczyszczeniem organizmu. Spożywanie słodyczy- które przecież uwielbiam –  mleka, a także nieprawidłowe łączenie posiłków w potrawach sprzyja zagnieżdżeniu się w przewodzie pokarmowym obcych mikroorganizmów – bakterii , grzybów , drożdży . Te pasożyty wdzierają się do śluzówki dróg pokarmowych , żywią się naszą krwią i wydalają  w  nas trujące produkty fizjologiczne –  toksyny, które są przyczyną bólów  głowy , różnego rodzaju alergii, szybkiego męczenia się , anginy, przeziębień, katarów,  częstych zapaleń oczu, pęcherza moczowego, nerek, silnych bólów brzucha , wątroby , nerek.  itd.

Jednym słowem działalność  tych bakterii w naszym organizmie robi spustoszenie niszcząc zdrową mikroflorę . Bakterie chorobotwórcze powodują dysbakteriozę , na którą cierpi , według specjalistów , do 80 % populacji , niezależnie od wieku.

Dietetyczka zaleciła mi trzydniowy detox, który miałam przeprowadzić w weekend, ze względu na prawdopodobieństwo złego samopoczucia.

W pierwszym dniu miałam wypić 2,5 litra kefiru w 6 dozach wraz z 1-2 grzankami  pieczywa ciemnego. Oczywiście nie wolno mi było spożywać nic poza tym. 

Drugiego dnia piłam sok z jabłek w 6 dozach  wraz z grzankami   ciemnego  pieczywa. Sok powinien być świeżo przygotowany, ja jednak kupiłam „gotowca” – w Biedronce można kupić sok wyciśnięty z samych owoców, bez żadnych dodatków. Na szczęście jabłkowy też był, więc nie musiałam bawić się z wyciskarką. 

Trzeciego dnia mogłam jeść sałatki tylko z gotowanych warzyw ( buraki , marchew , dodać kiszone ogórki , kiszoną kapustę  , olej roślinny (lniany) , wraz z grzankami ciemnego  pieczywa. Porobiłam sobie kilka różnych sałatek dla urozmaicenia. I to chyba był najsmaczniejszy moment.

Mimo ostrzeżeń dietetyczki nie czułam się źle. W żadnym z tych dni nie poczułam głodu ani nie zrobiło mi się słabo. Jedyny problem – jak zwykle – miałam z pęcherzem. Ale tego można było się spodziewać. Wielkich efektów nie widzę, ale podejrzewam, że w organizmie ubyło wiele toksyn, bo lepiej mi się śpi i budzę się rano bardziej odprężona.

Ciekawa jestem, czy na Was takie oczyszczanie zadziała podobnie. Czekam na relacje z Waszych doświadczeń.

Jagodowo – czekoladowa rozkosz

Sprzedam Wam ciekawy, bardzo szybki i łatwy w przyrządzeniu przepis na pyszny smakołyk. Poleciła mi go moja dietetyczka. Co prawda odrobinę go zmieniłam, jednak zachowałam proporcje i kaloryczność. W wersji pierwotnej składnikiem były wiśnie, ja zamieniłam je na jagody.

Oczywiście żyjąc w stadzie (czyt. małżeństwie) musiałam zrobić dwie wersje – dietetyczną dla mnie i mocno kaloryczną dla mojego małżonka.

Kupiłam w Biedronce makaron czekoladowy i serek wiejski z jagodami.

12278238_942204195869648_415759648_n

 

 

Do garnka wrzuciłam garść zamrożonych jagód (z mojego ogrodu), dodałam zaprawkę jagodową z serka wiejskiego i zagotowałam.

Zostawiłam na płycie, dopóki jagody nie zmieniły się w jednolitą masę.

 

W wersji kalorycznej – zamrożone jagody zasypałam cukrem wanilinowym i uprażyłam na maśle.

Makaron wrzuciłam do osolonej (sól oczywiście o obniżonej zawartości sodu)  wody i gotowałam przez 8 minut. Gdybym robiła tylko wersję kaloryczną, mogłabym dodać łyżkę oleju, żeby makaron się nie sklejał. Odpuściłam jednak ze względu na kalorie.

Na talerz wyłożyłam cieplutki makaron, nałożyłam łyżkę serka wiejskiego i ugotowane jagody. W wersji dietetycznej trzymałam się gramatury – 150g makaronu i duża łyżka jagód. W wersji kalorycznej – dowolnie.

Wersja dietetyczna:

Wersja kaloryczna:

Danie jest przepyszne. Nie dość, że sycące, to jeszcze sprawia wielką rozkosz podniebieniu! Obydwie wersje wspaniałe. Małżonek wsunął dokładkę, więc musiało być smaczne!

Danie co prawda mojemu dziecku nie przypadło do gustu – wiadomo, że dzieci jedzą oczami… Dlatego też i takie słodkości pojawiły się na moim stole:

Najlepsze jest to, że wcale mnie nie kusiły. Widocznie makaron z jagodami zaspokoił moją potrzebę na słodkości.

Mam nadzieję, że i Wam zasmakuje to danie.

Smacznego!

O zgrozo!

Miałam dziś chęć na jakiś tekścik o relacjach damsko – męskich. Pokusiłabym się nawet o krótką analizę przypadku kilku małżeństw i niby – małżeństw (w prawie to się chyba konkubinat nazywa). Jednak mój dzisiejszy humorek – albo raczej kompletne plucie jadem – niekoniecznie byłby mile odebrany przez męską część moich czytelników.

Ale żeby tak całkiem się nie „odzmorować”, wrzucę jedną, malutką, taką tyci -tyci graficzkę:

Tola i BLOG 27

Baba babie wilkiem

Bycie kobietą samo w sobie nie jest złe. Ale fakt, że obok żyje jeszcze 2337386147 przedstawicielek tej płci, nieco komplikuje sytuację. Nie ma przecież co ukrywać, Drogie Panie, że nie łapczywy wzrok faceta nas tak motywuje, a zawiść w oczach koleżanki. Dlatego też wydajemy fortunę na ubrania, siedzimy godzinami u kosmetyczek, na siłowni i katujemy się okrutnymi dietami…

Najlepiej widać to na zajęciach sportowych, kiedy uczestniczki aerobiku – zamiast śledzić, czy dobrze wykonują ćwiczenia, są wlepione w pupę koleżanki. W sklepach z ubraniami nawet najbrzydszy sweterek okaże się nie lada łupem, jeśli wyrwiemy go z rąk innej kobiety, a buty – chociażby były jak niewygodne – kupimy z pewnością, kiedy okaże się, że nasza znajoma nie ma na nie pieniędzy.

Często nasze pragnienia tak naprawdę wynikają z potrzeb innych kobiet. Mimo, że nie chcemy nowego auta, kupujemy je, bo sąsiadka właśnie wymieniła swoje. Chociaż nie znosimy upałów, lecimy na wczasy do Egiptu, bo koleżanki z pracy tam się wybierają.

A już strach pomyśleć, co się stanie, jeśli okaże się, że któraś jest w czymś od nas lepsza. Wtedy włącza się w kobiecym mózgu tryb nienawiści za winy praprzodków na najbliższe milion pokoleń.

Dziwna ta nasza natura i choć sama noszę cycki i mam co miesiąc okres, nie do końca potrafię ją zrozumieć.

Tola i BLOG 27