Sprawa wagi ciężkiej

Kiedy dziesięć lat temu chodziłam w pierwszej ciąży, przeżyłam największe męki, jakie można sobie wyobrazić Prawie trzydzieści kilo do przodu dało mi się we znaki. Już w trzecim miesiącu miałam piętnaście kilogramów do przodu, co odbiło się nie tylko na moim samopoczuciu, ale też na kręgosłupie, nogach, które zaraz przypominały dwie piłki do tenisa i ogólnej sprawności. Chodziłam jak pingwin, przelewając się z boku na bok.

Tym razem przy piątym miesiącu mam cztery kilo „dodatku”. Owszem, nie jest wiele lepiej, bo kręgosłup i tym razem przypomniał o sobie i czasami nie potrafię podnieść się z pozycji leżącej, mdłości z pierwszej ciąży były niczym w porównaniu z wymiotami, których do tej pory nie mogę ujarzmić, a moje piersi wyglądają tak, jakby zaraz miały wystrzelić, bolą cholernie i przeszkadzają mi w normalnym leżeniu, jednak czuję się znacznie lepiej. Nawet smaków zbyt wielkich nie mam, bo jedyne, co mogłabym pochłaniać w nieskończoność, to wiśnie. Nie rzucam się na słodycze ani na fast  foody, nie jem za dwóch, jak to było kiedyś popularne. Żyję normalnie, no może poza małymi odstępstwami. Musiałam jedynie zrezygnować z czerwonej herbaty, sera pleśniowego, no i mojego ulubionego wina…

Tak czy inaczej wiem, że dodatkowe kilogramy muszą przyjść, bo to nieuniknione. I – co dziwne – zupełnie mi to nie przeszkadza!

 

13707627_1053657518059299_1516165041834482295_n

Reklamy

To nie jest kraj dla kobiet w ciąży!!!

Kiedy zorientowałam się, że jestem w ciąży – jak każda normalna kobieta – postanowiłam iść do lekarza, żeby sprawdzić, czy wszystko jest w porządku. Natychmiast zadzwoniłam do mojego ginekologa. A że przyjmuje on tylko raz w tygodniu, dostałam termin za prawie dwa miesiące. Wychodziłoby na to, że pierwszą wizytę miałabym dopiero pod koniec pierwszego trymestru, co oczywiście jest nedopuszczalne. Co zrobić w takiej sytuacji? No oczywiście pozostaje wizyta prywatna. Poszłam, dostałam się bez problemu, posiedziałam u niego jakiś kwadrans, zrobił usg, coś tam policzył, posprawdzał, wypisał skierowanie z całą litania badań, wydrukował pierwsze selfie malucha i zgarnął dwie stówy. No nic. Raz można.

Pojechałam na badania. Standardy ciążowe – grupa krwi, morfologia, HIV, inne choroby zakaźne, mocz i kilka innych, których już nie pamiętam. Panie w przychodni zaczęły się krzywić, że one tych badań wykonać nie mogą na NFZ, bo są z prywatnego gabinetu, co prawda lekarza, który w tej samej przychodni przyjmuje na kasę chorych, ale jednak..

I co? Płać Zmoro! Za wszystkie badania wyszły mi trzy stówy… Już powoli zaczęłam się zastanawiać, po jakiego falusa mi co miesiąc ściągają ten pieprzony haracz z pensji niby na moje potrzeby zdrowotne?

Ale to nie koniec!

Skierowanie na badania prenatalne – usg i biochemia. Zgadnijcie! Za free? Niedoczekanie… Ponieważ dopiero za rok skończę 35 lat, za wszystko płacę z własnej pensji! (Złe sformułowanie – z pensji to ja płacę też za NFZ, z własnej kieszeni brzmi lepiej)  Ile? Tym razem prawie czterysta…

I tak w ciągu jednego miesiąca zebrał się spory rachunek, który przyszło mi wrzucić w pazerne  łapska enefzetu, mimo tego, że regularnie od ponad jedenastu lat pakuję w ten wór bez dna spore składki. I co? I z tych składek wyszło jedno wielkie G….

Żyję już chwilę na tym świecie, jednak do tej pory nie przyzwyczaiłam się jeszcze do tak chorego systemu.

Gdyby tego było mało, spotkałam się z niezwykle śmieszną ludzka „życzliwością”. Kiedy szefowa firmy, w której pełniłam od sześciu lat stanowisko dyrektorskie na umowę zlecenie (taki dodatkowy zarobek bez większego zaangażowania emocjonalnego), dowiedziała się o mojej ciąży, bez słowa, pocztą, listem poleconym za potwierdzeniem odbioru przysłała mi – uwaga – nie gratulacje – wypowiedzenie umowy… W całej tej sytuacji to rozśmieszyło mnie najbardziej…

Tyle się mówi o przychylności dla matek, o potrzebie zwiększenia populacji, o wszechogarniającym nas niżu i wspieraniu ciężarnych. I powiedzcie mi, czy to jest kraj dla kobiet w ciąży?

 

humory1