Ciążowe bzdety

Kiedy widzę ciężarne kobiety głaszczące się z czułością w oczach po brzuchu, które mówią o tym, ileż to radości sprawia im ten „stan błogosławiony”, że mogłyby nosić pod sercem życie za życiem, że to najpiękniejszy czas, że czują się takie spełnione, zastanawiam się, co one biorą? Tak czy inaczej też bym to chętnie wciągnęła, bo jakoś nie widzę w tym nic błogosławionego.

Z dnia na dzień odczuwam coraz więcej martyrologii niż błogosławieństwa. No bo cóż do jasnej cholery błogosławionego jest w wytrzeszczającej się macicy, której mięśnie czuję aż w gardle, w boksowaniu moich narządów i żeber przez dzieciaka, w rozluźnionych jak Punk po maryśce mięśniach Kegla i pingwinich ruchach?

Rozstępy stworzyły sobie na moim brzuchu jakieś kosmiczne kręgi, nogi zaczynają puchnąć, dziwię się, że jeszcze nie odleciały, bo czasami wyglądają jak dwa różowe balony (a kiedy je złączę przypominają zad świni…) i do tego, żeby jeszcze do końca mnie to błogosławieństwo wszechogarnęło, złapałam okropne przeziębienie. I tak ćwiczę w jednym czasie szarpanie gardła i zacisk mięśni Kegla, ciężka ta synchronizacja, więc dodatkowo co chwilę sprint do toalety rozbija mi naturalne funkcjonowanie. Do tego śmierdzę czosnkiem i cebulą, bo jedynie naturalne metody walki z przeziębieniem dostępne są dla ciężarnych.

Błogosławieństwo jak się patrzy!

Gdzie ta bajkowa melancholia, patetyczne oczekiwanie, głaskanie brzuszka z uśmiechem od ucha do ucha? Czy ja jestem jakaś inna? Matki na ruchy dziecka reagują płaczem ze wzruszenia. Ja też płaczę. Bo zastanawiam się, czy moja wątroba zaraz się nie wkurzy, spakuje i rzuci ten interes, bo chyba już zmieniła położenie i kształt. Płaczę, bo krzyże bolą mnie tak bardzo, jakby ktoś mi na nich tańczył kankana. Płaczę, bo boję się, że gdy wstrzymam powietrze, eksplodują mi cycki nabrzmiałe niczym balon naładowany wodą na Śmigusa – Dyngusa.

Tak racjonalnie myśląc, w tym całym ciążowym udręczeniu nie ma nic, kompletnie nic wzruszającego. Dość mydlenia oczu! Ciąża to masakryczne wyzwanie dla ciała i psychiki każdej kobiety. I niech sobie wmawiają jakieś romantyczne bzdety. Gówno prawda, że to coś wspaniałego. Nie ma co ukrywać, że powołanie na świat nowego życia (które przez najbliższe osiemnaście lat da jeszcze mocno w dupę) jest jednym z najcięższych wyzwań, jakie świat postawił przed babami.

 

Reklamy

facet w ciąży

Nie ma złotej reguły na udany związek. Pokolenia naukowców, filozofów i innych myślicieli szukało rozwiązania problemów partnerskich. W życiu łatwo nie jest, praca, pośpiech i natłok stresów nie wpływa dobrze na relacje międzyludzkie. A kiedy jeszcze dochodzą dzieci, każda chwila staje się egzaminem dla pary.

Mam to szczęście, że facet trafił mi się taki, jak należy. Co to znaczy? Nie myślcie sobie zbyt wiele. Nie budzę się codziennie w pokoju pełnym róż a z okna nie słyszę serenady. Mam męża, który jest odpowiedzialnym i dobrym człowiekiem. Potrafi zadbać o rodzinę, dobrze wychowuje dziecko i na każdym kroku pokazuje, jak bardzo mu na nas zależy. Zawsze można na niego liczyć. Jest dużym wsparciem i dla mnie, i dla naszej córki.

Teraz, przy drugiej ciąży, ma on zupełnie inne podejście niż dziesięć lat temu. W tedy byliśmy jeszcze młodzi i mój rosnący brzuch było tylko… brzuchem… Moje dolegliwości, troski i wszystko to, co związane było z ciążą, dotyczyło tylko mnie. Ale i ja jakoś specjalnie nie dzieliłam się z nim przeżyciami ciążowymi. Przez to też wydawało mi się, że ciąża jest tylko moja. Raczej traktowałam ją jako stan ciała, podobny do grypy czy niestrawności. Nie czuliśmy jakiegoś wyjątkowego instynktu rodzicielskiego i dopiero po porodzie poczuliśmy prawdziwą więź rodzinną.

Teraz od początku moja druga połowa mocno angażuje się sprawy ciążowe. Gdy tylko może, wyręcza mnie  w obowiązkach. Kiedy powiedziałam mu, że dziwnie czuję się leżąc podczas gdy on myje podłogi, stwierdził, że przecież od tego jest. Niby nic, a jednak tak dużo. Nie każdy facet odważyłby się wypowiedzieć takie słowa.

Sam wyremontował pokój dla B2. Bez żadnego oporu przyjmował moje eskapady do sklepów i wczuł się w syndrom wicia gniazda tak samo mocno jak i ja.

Bardzo ważne też jest psychiczne wsparcie. Ile ja razy usłyszałam od niego, że pięknie wyglądam. Chyba za całe jedenaście lat naszego małżeństwa tak często nie prawił mi komplementów jak teraz. To bardzo ważne, że mąż nie krytykuje żony, kiedy ta nie przypomina wybiegowego wieszaka, wręcz przeciwnie, z dnia na dzień zaokrągla się coraz bardziej, ciało rozszarpują rozstępy a włosy lecą w każdą stronę, bo żyją swoim życiem.

Tym razem brzuch już nie jest tylko brzuchem. Podoba mi się, jak dorosły, poważny facet, który trzyma w ryzach całe drużyny dyscypliną i jest autorytetem dla młodych chłopców, z ogromem czułości pochyla się nad wydętym balonem i mówi do niego tak, jakby ten miał mu zaraz odpowiedzieć. I faktycznie – czuję nieraz niewerbalne rozmowy w postaci kopniaków tu i ówdzie, które przypominają mi o istnieniu tych narządów, o których już dawno zapomniałam.

Nie mogę zapomnieć też o tym, że jak na prawdziwego faceta przystało, i mój rośnie równo ze mną…

Świętą prawdą jest to, że ciąża jest do zniesienia. Pod warunkiem, że obok jest ktoś, kto potrafi dać wsparcie kobiecie. I nie wystarczy zapytać o samopoczucie, czy kupić czekoladki, kiedy robi się smutno. Facet powinien być w każdym momencie. Musi zrozumieć, że płacz zamieniający się w jednej chwili w śmiech, to coś normalnego. Że opuchnięte nogi, mdłości, ból pleców i zaokrąglona twarz to nie powód do krytyki a pretekst do docenienia wysiłku, jaki kobieta wkłada w noszenie nowego życia w sobie. Że rozstępy na brzuchu, obwisłe piersi, wypadające włosy, plamy na twarzy i żylaki są dowodem na to, że ciąża wyniszcza organizm kobiety i wymaga wielkiego poświęcenia z jej strony. Nie sztuką jest być eleganckim ojcem prowadzącym dziecko za rękę na niedzielny spacerek. Sztuką jest współodpowiadać za swojego potomka już od pierwszych dni jego istnienia i doceniać kobietę, która go w sobie nosi.

Tola i BLOG 27