Ta cholerna grawitacja…

Noc jest taka długa. Do tego zmiana czasu na zimowy dołożyła jeszcze – niekoniecznie pożądaną – godzinę snu. Najpierw przewracam się z boku na bok, bo nie mogę w żaden sposób ułożyć obolałych mięśni. Nie pomaga poduszka dla ciężarnych ani nowy materac. Wymyślam pozy, wywalam nogi do góry, to znów chowam je możliwie najniżej, próbuję spania na boku, na plecach, nic nie pomaga. Wyciągam poduszkę spod głowy, to znów ją przytulam, odkrywam się, przykrywam, zaczyna mnie nawet już irytować ta moja niemoc. Kiedy wreszcie udaje mi się znaleźć odpowiednią pozycję, użytkownik mojego brzucha, niekoniecznie zadowolony z ułożenia, „delikatnie” kuksając mnie w wątrobę sugeruje, żebym jednak znalazła inne rozwiązanie. Żadne nie pomaga. Wspomniany już osobnik zaczyna w brzuchu chyba gangam style tańczyć, bo widzę, jak w ciągu jednej minuty w kilku miejscach robią się wybrzuszenia podobne do tych w tapecie, kiedy dostanie się do niej powietrze. Gdyby tego było jeszcze mało, przemierzam kilometry na trasie sypialnia – łazienka, bo prawdopodobnie pięta, lub inna część małego ciałka wylądowała na moim pęcherzu i ani myśli się z niego usunąć.

Mija kilka godzin, za oknem powoli zaczyna budzić się dzień. Wreszcie jakoś dochodzimy do konsensusu i jest szansa chociaż na krótki sen. Brzuch zasypia i nie plądruje już moich wnętrzności. Z błogim wdechem mam właśnie zamiar zasnąć, a tu nagle czuję, jakby ktoś wyrywał mi całe ramię. Mrowienie i drętwienie rąk powróciło… Zaczynam z nimi walczyć. Unoszę je w górę, pochylam jak najbardziej w dół, żeby krew spłynęła, masuję je, robię dziwne wygibasy, nic nie pomaga. Dopiero kiedy schodzę z łóżka i staję na baczność, czuję ulgę. I tak nadzieja na sen przepadła…

Kolejna noc minęła na walce z grawitacją i małym bokserem w brzuchu. Czy ktoś mógłby wymyślić próżniowe łóżko dla ciężarnych?

Tola i BLOG 27

Reklamy

Słodkości!

Gdy Grzegorz Skawiński śpiewał „słodkiego, miłego życia”, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie każdy jest szczęśliwy na myśl o tej słodkości… A już z pewnością nie kobiety w ciąży ze skaczącym jak Gumisie cukrem…

Myślałam, że mnie to ominie, ale jednak – cukrzyca ciążowa mnie dopadła i trzyma w sidłach. Wizja restrykcyjnej diety bez mojego ukochanego ptasiego mleczka i bajaderek aż do końca ciąży sprawia, że jeszcze bardziej chcę już urodzić. Do tego życie od badania do badania poziomu cukru i ten cholerny glukometr, który wiąże się z kłuciem co chwilę innego palca… Zajebiście…

Szczęście w nieszczęściu – nie jestem sama. Moja bliska koleżanka, taka psiapsółka spod trzepaka blokowego, z którą od ponad dwudziestu lat przeżywam lepsze i gorsze chwile, też spodziewa się dziecka i ją również dopadła ta słodka cholera. Kiedyś wywalone na kanapie wpatrywałyśmy się w plakaty gwiazd z Bravo Girl i robiłyśmy dziwne psychotesty, teraz razem analizujemy krzywe cukrowe, normy i zalecenia dietetyka.

Nawet na ciacho nie możemy wyskoczyć, pozostaje nam herbata z ksylitolem. No, ewentualnie możemy poszaleć i zjeść połówkę jabłka…

I pomyśleć, że dopiero narzekałam na brak możliwości wprowadzania diety. Łaskawy los pozwolił mi znowu na liczenie kalorii, węglowodanów i gramowanie każdego plasterka szynki.

Boże, moja cierpliwość się powoli kończy…

Tola i BLOG 27

Do czego każdej matce przyda się piwnica?

Kiedy byłaś mała, problemy wydawały się łatwiejsze do rozwiązania. Na trzydniówkę dostałaś lekarstwo, zły sen odszedł, kiedy usłyszałaś, że jestem wróżką, która strzeże Twoich myśli i nie pozwoli Cię skrzywdzić byle potworowi z szafy, na siniaka wystarczyło przytulenie a katar miał nawet swoje plusy, bo mogłaś z nami spać i wtedy niczego więcej już nie potrzebowałaś. Dopóki żyłaś tylko w moim świecie, cztery ściany domu i ramiona całej rodziny tworzyły dla Ciebie niepodważalną ochronę. Nic z zewnętrznego życia nie mogło Ci zaszkodzić. Wtedy każdy problem był do rozwiązania, wszystkie łzy dało się osuszyć i nie bałam się, że coś mnie przerośnie.

Szybko się to skończyło. Musiał nadejść ten czas, kiedy wyszłaś poza bezpieczne granice domu i zaczęłaś życie w społeczeństwie. Drobne przedszkolne problemy rozwiązywałyśmy wspólnie rozmowami, nie potrzeba było ingerencji nauczycielek, bo opatrzność zazwyczaj obdarzała Cię grzecznymi kolegami i koleżankami. Nawet pierwsze lata szkolne minęły jakoś spokojnie. Ale teraz, kiedy weszłaś już wiek muzycznych idoli, pamiętników i przyrośniętego do ręki smartfona, poczułam strach. Cholerne obawy, które czasami spędzają mi sen z powiek.

Widzę Cię śpiącą, masz taki błogi wyraz twarzy, w Twoim pokoju panuje spokój a ja siedzę i myślę, jak mogę uchronić Cię przed światem. Wiem, że to niemożliwe i ta prawda rozdziera mi serce. Bo już teraz, kiedy widzę że dzieje Ci się krzywda, chcę tak bardzo Ci pomóc. Najchętniej sama rozwiązałabym Twoje problemy, połamała nogi temu gnojkowi z szóstej klasy, który Cię zaczepia, wyrwała włosy nauczycielce, za to, że podniosła na Ciebie głos, wsadziła laptopa do gardła cwaniakowi, który skrytykował Twoje zdjęcie na portalu społecznościowym. Niestety, wiem, że nie mogę tego zrobić. Są pewne granice Twojego świata, do których mam dostęp. I mam świadomość tego, że pozornie chroniąc Cię, wyrządzę Ci wielką krzywdę.

Ale co będzie dalej? Skąd mam wziąć siły na znoszenie Twoich rozterek? Jak zareagować na pierwszy zawód miłosny? Oczywiście najchętniej zamknęłabym takiegoż skurwysyna w piwnicy i z precyzją Michel’a Moran poszatkowała mu przyrodzenie. Wydrapałabym oczy dziewusze, która drwiąco popatrzyłaby na Ciebie. Najchętniej spaliłabym żywcem każdego, kto ma wobec Ciebie złe intencje. Niestety, nie pozwolisz mi na to. Będę mogła tylko być obok. Przygryzając język i hamując łzy znów zostanie mi do wykorzystania tylko jeden środek – przytulanie. Bo raczej w wersję z wróżką już nie uwierzysz…

Jak mam pogodzić się z tym, że Twoje ciało już dziś jest przedmiotem dyskusji obleśnych starców pierdzących w stołki sejmowe? Jak żyć ze świadomością, że co chwilę słyszy się w telewizji o brutalnych gwałtach na kobietach? Jak mogę pozwolić na to, aby ktoś kiedyś Tobą pomiatał tylko dlatego, że jesteś na niższym stanowisku? Jak wytrzymać złowrogi wzrok wykładowców, którzy będą chcieli Ci udowodnić, że nie jesteś nic warta? Jak mam znieść Twoje łzy wywołane czyjąś zawiścią? Nie uchronię Cię przed nimi.

Ta bezsilność mnie przeraża. Czuję lęk przed światem, chociaż sama musiałam dać z siebie wiele, aby go okiełznać w młodości. Wiem, że sobie z tym poradzisz. Jesteś silną dziewczynką a każda porażka jeszcze bardziej Cię uodporni na kolejne, masz przecież mój charakter, więc kiedyś przyjdzie taki czas, gdy to Ty będziesz dyktować swojemu życiu warunki. Ale dziś jesteś jeszcze taka bezbronna. Tyle jeszcze musi się zdarzyć, abym spokojnie mogła patrzeć na Twoje decyzje i doświadczenia.

Nie ma trudniejszej roli od bycia matką…

#b1 mierzy długość włosów. Można i tak. #dziecko #b1 #pomysłydzieci #zadzieckiemnienadążysz

Poskromienie Zmory

Wczoraj kręgosłup zagrał mi na nerwach, nie mogłam ruszyć się z miejsca, ból nóg, opuchlizna i drętwienie rąk dodatkowo nabuzowały mnie jak cholera i jeszcze B2 jakiś taki ruchliwy był, zrobił sobie z mojej przepony trampolinę. Do tego samotność w domu mnie przygnębiła.

Wszyscy wychodzą do swoich codziennych zajęć a ja zostaję tu sama. Moim jedynym rozmówcą jest królik, który, kiedy dostanie siano i świeży zapas karmy, ma mnie – delikatnie mówiąc – w swojej małej, puchatej dupie. Cały dzień gadam sama ze sobą, dopiero trochę życia wpada do domu, kiedy wraca B1 i zdaje relację z tego, co działo się w szkole. Ale szybko znika w swoim pokoju, żeby przygotować się na kolejny dzień szkoły i poplotkować z koleżankami przez skype’a.

B (czytaj – mąż, facet spokojny, opanowany, od jedenastu lat zmagający się z moimi humorami) wrócił do domu wieczorem i zamiast zamienić ze mną jakieś parę zdań, wlepił się w swojego smartfona. Oj, dolało to oliwy do ognia. Wyburczałam na niego coś i poturlałam się do sypialni, żeby chociaż w serialu jakieś głosy usłyszeć.

No nic, foch pospolity, kobieca przypadłość. Ale złośliwość losu musiała mnie sprowadzić do pokory. W nocy – jak zwykle od kilku tygodni – chwycił mnie przeraźliwy ból rąk. Zdrętwiały mi ramiona, palce zaczęły mrowieć, czułam się tak, jakby mi je ktoś wyrywał. Wybudziło mnie to i próbowałam w jakikolwiek dogodny sposób dotrwać do rana. Może i zawyłam kilka razy z bólu, co obudziło B. A ten, zamiast iść dalej spać, bo rano nie dość, że wyprawia B1 do szkoły, to jeszcze sam wychodzi do pracy, zaczął mi te ręce masować. No kur… wymiękłam. Ja to psy na nim wieszam cały wieczór i sapię rozwścieczona, a on, zwyczajnie, jakby nigdy nic, próbuje mi załagodzić cierpienie…

Fuck, prawdziwa ze mnie wiedźma…

14470540_673583716141695_557638462087592846_n

Żywiec do lamusa

Przy pierwszym porodzie przyjechałam do szpitala cztery tygodnie przed terminem z sączącymi się wodami i pierwszymi skurczami. A że jestem zapobiegawcza, już o wiele wcześniej miałam ustalone z anestezjologiem znieczulenie zewnątrzoponowe (oczywiście płatne w tamtych czasach). Od samego progu oznajmiałam paniom położnym, że anestezjolog powinien do mnie jak najszybciej zejść, bo potrzebuję go jak cholera. Na co jedna z położnych zanurzona w pliku papierów związanych z przyjęciem mnie do szpitala skwitowała – „Jesteś młoda! Urodzisz bez znieczulenia”. W tym momencie mnie zamurowało. Cały skrzętny plan porodu szlag jasny trafił! Aż mi się dzieciak w brzuchu przewrócił z nerwów. Gdybym tylko miała siły wstać, wepchałabym jej do gardła te papierzyska i wyjęła tą stroną, którą ona kazała mi arbuzopodobne stworzenie przepchać na żywca. Jakim prawem obca baba decyduje o tym, jak ma wyglądać mój poród? To JA znam swój organizm i JA wiem najlepiej, jaki próg bólu jest on w stanie znieść. A że nawet u dentysty, zanim dostanę znieczulenie igłą, jestem traktowana maścią znieczulającą, wiadomo więc, że ból porodowy jest dla mnie nie do zniesienia, co jest wręcz kwestią bezdyskusyjną.

I tak musiałam przy wapiennym podejściu pracownicy szpitala wyczekać, aż mój mąż przyjedzie do mnie z resztą ekipy rodzącej (czytaj – moją mamą). Kiedy tylko go zobaczyłam, z daleka wrzasnęłam jedno, magiczne słowo: ANESTEZJOLOG. No może, dodałam coś na k… I jak biedny chłopina stał, tak zniknął w czeluściach korytarzy szpitalnych w poszukiwaniu zbawcy z igłą do zewnątrzoponowego. A potem było już jak w najpiękniejszej historii – przybył mój rycerz – co prawda bez białego konia, ale za to w białym fartuchu, przyniósł ze sobą DUŻO środka znieczulającego, zaaplikował w kręgosłup małą niteczkę i mogłam rodzić z uśmiechem na twarzy. Dzięki temu do dziś wspominam poród jako najpiękniejsze przeżycie. Nie musiałam skupiać się na bólu, tylko na doświadczaniu czegoś wręcz mistycznego.

Często spotykam się z dziwną reakcją osób, które słyszą, że rodziłam ze znieczuleniem. Robią wielkie oczy, oburzają się, pytają, jak to, po co, jak mogłam nie pomyśleć o dziecku tylko o sobie. Podchodzą do mnie jak do gorszego sortu, już czasami czekam na lincz, bo mówię jawnie o tym, że nie bolało mnie przy porodzie.

Przyjęło się takie myślenie, że poród musi boleć, bo inaczej kobieta nie doświadczy tego, czego powinna doświadczyć. No kuźwa czyli czego? Rozrywania od środka? Ma się poczuć jak Sienkiewiczowski Azja na palu? No i po co? Dla potomnych? Dla kultu matki cierpiącej?

Ludzie! Wyjdźcie z mroku! To nie średniowiecze, stosy i szubienice dawno leżą w muzeach. Dziś medycyna jest po to, by z niej korzystać. I skoro wynaleziono sposób ulżenia matkom w wydawaniu swojego potomstwa na świat, trzeba z tego skorzystać. Myślę, że bezbolesny poród nie jest grzechem i nie uwłacza mojemu rodzicielstwu. Tym bardziej nie wpływa na to, jaką będę matką.

Kobiety na siłę chcą przejść przez tę mękę, nie do końca rozumiem, w jakim celu. Wiem, że cierpienie uszlachetnia, ale skoro można go uniknąć, czemu z tego nie skorzystać?

Tym bardziej, że powikłania przy porodzie ze znieczuleniem zewnątrzoponowym zdarzają się bardzo rzadko i są one równoważone z powikłaniami przy porodzie na żywca. Kobiety snują opowieści dziwnej treści na ten temat. Zazwyczaj najwięcej mają do powiedzenia te, które rodziły na żywca. Warto więc posłuchać kogoś, kto tego doświadczył. Wszystkie te strachy na lachy są wyssane z palca. W życiu nie słyszałam większych mitów. Po zaaplikowaniu znieczulenia normalnie czuć skurcze, z tym że natężenie bólu można porównać do tego z mocniejszej miesiączki. Środek znieczulający w żaden sposób nie wpływa na dziecko, bo nie przedostaje się do krwioobiegu. Mało tego – matka wyluzowana, to niezestresowane dziecko. Przychodzi ono na świat lepiej dotlenione i w mniejszym stresie niż to wypychane w pełnym czuciu. W czasie całego porodu można chodzić, siedzieć na piłce, kopać męża, normalnie się poruszać. Znieczulenie w żaden sposób nie wpływa na motorykę rodzącej. Po porodzie nie zatrzymuje się pokarm, leci jak z wiadra, więc nie ma ono wpływu na laktację. W zasadzie poród ze znieczuleniem zewnątrzoponowym nie różni się wiele od tego na żywca. No, może poza tym, że nie jest to trauma a wspaniałe doświadczenie.

Chyba wystarczająco wiele aspektów życia wiąże się z cierpieniem. Po co jeszcze dodawać kolejnych? Tak więc drogie baby, żywiec do lamusa! Rodzimy z uśmiechem na twarzy i małą igiełką w kręgosłupie!