Mała – wielka sprawa

Kiedy B1 była niemowlakiem, nie przywiązywałam większej wagi do tego, jakie kupuję jej zabawki. Sama była świetnym ekspertem – szybko odrzucała te beznadziejne, na umór śliniła z wielką miłością te ciekawsze. Po kilku miesiącach odrzutów zauważyłam, że spora sumka pieniędzy poszła w błoto. Dlatego tym razem – doświadczona i ostrożniejsza – wyposażam B2 tylko w takie rzeczy, które z pewnością nie pójdą w odstawkę.

Co powinna mieć w sobie zabawka dla niemowlaka? Każdy rodzic na pierwszym miejscu postawi walory edukacyjne. No dobra, niech będzie. W świecie nazbyt poważnym wychowanie pioniera – bez względu na dziedzinę – jest szczytem marzeń. Dlatego pożądane są wielokolorowe, interaktywne twory, które poruszą każdy mikroelement mózgu dzieciaka.

Ale to nie wszystko. Zabawka musi mieć „to coś”. Nie może tylko pobudzać do myślenia. Powinna być tak wyjątkowa, że za dwadzieścia lat dziecko wspominając ją, ma mieć błogi uśmiech na twarzy, bo to właśnie ten element, który na zawsze scali go z najpiękniejszym okresem życia – z dzieciństwem.

Przerzucając tony maskotek, grzechotek i innych tworów współczesnego przemysłu dziecięcego natrafiłam na firmę, której produkty stosowałam przy B1. A że nie zawiodły mnie, dla B2 postanowiłam również wybrać zabawki tej marki. Tym razem będziemy mogli zaszaleć razem z serią  „Forest Friends” marki Canpol babies.

15300560_1718860818334671_2001123208_n

Canpol babies to firma, która zajmuje się produkcją akcesoriów dla niemowląt i ich mam. W jej ofercie znaleźć można praktycznie wszystko, co potrzebne jest do sprostania macierzyństwu. Dziś jednak skupię się właśnie na wspomnianych zabawkach.

15300526_1718860805001339_1835865545_n

 

Gdyby tak zastanowić się, czego dziecko potrzebuje na samym początku, przychodzi na myśl tylko jedno – spokój. A że mały osobnik chłonie otaczający go świat, musi mieć przy sobie takiego towarzysza, który pozwoli mu dostrzegać i rozróżniać różne zjawiska.

15281181_1718860761668010_1300093247_n

Zaczynając od podstaw – istotne jest, że zabawki te nie są tworzone z zimnego, nieprzyjemnego w dotyku plastiku. To pluszowe grzechotki i gryzaki, które są miękkie i miłe, zróżnicowane kształty i materiały o różnorodnej teksturze stymulują rozwój koordynacji wzrokowo-słuchowej i motorycznej małego dziecka.

15240040_1718860741668012_1098016342_n

Co ważne – dźwięki, które słyszymy po potrząśnięciu lub naciśnięciu na zabawkę, są miłe dla ucha, delikatne i bardzo łagodne. Maluch nie wystraszy się, ani nie zestresuje.

Zabawki mają ciekawe oblicza – to zwierzaczki o ciepłym wzroku i sympatycznym wyglądzie. Jak już wspomniałam, mogą być one towarzyszami życia na długo.

Jako mama zauważam w nich jeszcze jeden atut. Lubię, kiedy zabawki są zmywarko – i pralkowytrzymałe. W zasadzie wszystko piorę w pralce albo myję w zmywarce. Nie lubię babrać się w miskach i wyparzać niczego. Dlatego zazwyczaj to, co nie nadaje się do wspomnianych urządzeń, szybko znika z mojego domu. Zabawki Canpol babies przetrwają zmywarkowe i pralkowe rewolucje, a co za tym idzie – będą zawsze higieniczne i bezpieczne dla malucha.

Oczywiście warto pamiętać, że to produkty poddane wszelkim możliwym testom i posiadające najważniejsze certyfikaty.

Rzadko chwalę konkretne produkty, tym razem z wielką pewnością polecam zabawki tej firmy. Lista sklepów dostępna tutaj.

Wkrótce przyjrzę się innym produktom marki Canpol babies. Tymczasem, drogie Mamy, do sklepów marsz, kompletować najważniejszych towarzyszy dziecięcego świata Waszych pociech!

 

 

Reklamy

Uwaga! Brzuch!

Na mojej ulicy zaczęły się roboty drogowe. Miasto postanowiło przyłączyć naszą dzielnicę do kanalizacji. Każdy urzędas szuka pieniędzy, gdzie tylko może. W końcu samochody drożeją, a i za wczasy trzeba trochę wydać…

Panowie zjechali się ciężarówami, koparami i innymi samochodami, nie zwracając uwagi na to, gdzie stawiają swoje „powozy”. Tak też się złożyło, że zrobili sobie publiczny parking przed wjazdem na moje podwórko. Nikt nie zapytał mnie o zgodę, nawet nie zastanowili się nad tym, że ktoś może tu mieszkać, zastawili wyjazd i zabrali się za dywagowanie nad robotą. Jak to zwykle bywa – jeden coś tam próbował przenosić, reszta stała i ustalała różne sprawy.

Akurat miałam w planach wybrać się na zakupy. Bez pośpiechu ubrałam się, licząc na to, że panowie zabiorą swoje żelastwa i przeniosą się gdzieś dalej, bo przecież nikt normalny nie zastawia wjazdu do posesji na tak długo. A że nic się nie zmieniło, wyszłam z domu, wsiadłam w auto i podjechałam pod moją bramę. Nie dało się nie zauważyć, że chcę wyjechać. Nie zareagowali. Lekko trąbnęłam. Popatrzyli się tylko na mój samochód i wrócili do swoich „zajęć”. Dbając o jakość i intensywność dźwięku, z całych sił nacisnęłam na klakson i trzymając go, czekałam, aż zareagują na „prośbę” wypieprzania z mojego podjazdu. Oburzeni ruszyli w moją stronę. Wiedzieli, że to kobieta na nich trąbi, bo żaden facet nie jechałby autem z różowymi kwiatkami i felgami. Już z oburzeniem zaczęli coś wykrzykiwać, postanowiłam więc wyjść z samochodu. I wtedy grupa chłopów stanęła jak wryta. Popatrzyli tylko na brzuch i żaden już nie miał śmiałości cokolwiek powiedzieć. Z nieukrywaną irytacją kazałam im zabrać graty z mojej drogi, co spotkało się oczywiście z natychmiastową reakcją. Auta i kopary pojechały dalej (zastawiając sąsiada…). Ale że znam logistyczne umiejętności panów w rażących kamizelkach, uprzedziłam ich, że jeżeli w czasie montażu kanalizacji zablokują drogę chociaż na kilka godzin, a ja w tym czasie akurat zacznę rodzić, to pożałują tego gorzko. Zażądałam stanowczo, że droga ma być przejezdna aż do mojego porodu i mało obchodzi mnie, jak to zrobią.

Panowie grzecznie przeprosili, wypchali na przód trzęsącego się kierownika robót, który ledwo wykrztusił z siebie pytanie, kiedy rodzę. Na co oczywiście zaśmiałam się i zaproponowałam mu, żeby zapytał mojego brzucha, bo sama chciałabym to wiedzieć.

Skoro już mój wyjazd był pusty, pojechałam na zakupy. Kiedy wróciłam, przybiegł do mnie wspomniany kierowniczyna i zapytał, czy zgodzę się na to, aby wrócili tu za trzy tygodnie. Ostatecznie doszłam do wniosku, że już powinnam być po porodzie, więc mogą wtedy zacząć swoje wykopki. Na co pan stwierdził, że w takim razie oni się zwijają stąd i wrócą dopiero po moim porodzie, bo nie chcą mieć kłopotów..

Nie minął kwadrans, kiedy cały złom na kółkach opuścił naszą ulicę.

No proszę, tacy silni faceci, a boją się jednego, małego brzucha…

Tola i BLOG 27

Snajper w kościele

W naszym kościele zaczęło się przygotowanie dzieci do pierwszej komunii. Od tego momentu ławki pękają w szwach. Dzieci mają obowiązek uczestniczenia we mszy – to podstawowy warunek dopuszczenia do sakramentu. A że same do kościoła nie przyjdą, rodzice – chcąc, nie chcąc – muszą z nimi tę godzinę odbębnić. Od razu widać, że wielu uczestników dzisiejszej mszy była w kościele pierwszy raz. Widać to po dzieciakach. Z zaciekawieniem obserwowały witraże, ołtarz i obrazy. Kiedy już wyczerpały granice zainteresowania, szukały innych zajęć. Msza sama w sobie niewiele ich obchodziła, bo niekoniecznie zdawały sobie sprawę, po co właściwie przyszły do tego dużego budynku. Jeden dzieciak szczególnie zwrócił moją uwagę. Wyglądał na siedmio – ośmiolatka. Siedział z mamą, która nie była nim zbytnio zainteresowana. Najpierw gorliwie ziewał i prawie zasnął. Obudziło go to, że prawie by wypadł z ławki. Zaczął się kręcić, porozglądał się po kościele. Potem złożył ręce do modlitwy, bo zobaczył, że inni tak robią. I to było dla niego kapitalne rozpoczęcie zabawy. Zauważył, że palce można tak ułożyć, że będą przypominały pistolet. I się zaczęło. Najpierw zaczął „strzelać” do ludzi w ławkach, potem celował do księdza i ministrantów. Z wielką uwagą śledził „pistoletem” kościelnego chodzącego z koszykiem po składce. Dla precyzji przymrużył jedno oko, jak rasowy snajper. Później za cel przyjął obrazy wiszące pod witrażami. Strzelał sobie do wizerunków świętych, pewnie było to łatwiejsze, niż uchwycenie wiercącego się kościelnego. Potem zajął się ołtarzem…

I tak z jednej strony trwała msza, z drugiej ośmioletni snajper tworzył mrożącą krew w żyłach scenerię.

Wiem, że to nie jest wina dzieciaka. Dziwi mnie natomiast zachowanie matki, która widząc to wszystko, udawała, że msza ją pochłonęła bez granic. Myślę, że w takim wieku dziecko potrafi już bardziej świadomie podchodzić do kwestii wiary. Brak reakcji ze strony matki jest dla mnie niemym przyzwoleniem na to, aby mały został kiedyś hipokrytą albo wyrósł na przesiąkniętego znieczulicą troglodytę.

Co tak naprawdę stoi za Zmorą?

Od kilku dni zauważyłam zmiany w moim organizmie. Śpię ponad 12 godzin, w dzień nie czuję zmęczenia, za to pod wieczór oczy same mi się zamykają. Mam bardzo głęboki sen, nie przebudzam się z byle powodu. Dolegliwości nie dokuczają mi aż tak bardzo, kręgosłup nie boli, biodra też nie dają się we znaki,  za to widzę, że brzuch obniżył mi się nieco, dzięki czemu lepiej się oddycha. Dużo piję, suszy mnie tak, jakbym zjadła beczkę soli. Do tego pęcherz nie daje o sobie zapomnieć. Nie wiem, czy to wszystko są oznaki zbliżającego się porodu, bo nie pamiętam, jak to było dziesięć lat temu. Bez względu na czas, który dzieli mnie od godziny „P”, jestem pełna obaw i strachów, które z dnia na dzień rosną i zaczynają mocno siedzieć w mojej głowie.

Boję się bólu, bo nie należę do osób wytrzymałych. Obawiam się, że mogę nie zdążyć dojechać do szpitala na czas i nie dostanę znieczulenia zewnątrzoponowego, wtedy będę musiała to wszystko wytrzymać „na żywca”. Do tego jestem przerażona tym, że mogę zacząć rodzić w drodze do szpitala, a to jeszcze gorsze niż brak tego znieczulenia.

Boję się cesarki, martwię się, że potem ciężko będzie mi wrócić do siebie i nie będę mogła normalnie karmić. Wizja tej blizny mnie przeraża. Nie lubię widoku krwi i ran, a tu będę musiała kilka miesięcy obserwować jej gojenie.

Tyle się słyszy o komplikacjach i zaniedbaniach personelu w stosunku do rodzących. Konsekwencje potem ponosi dziecko i matka. Boję się jak cholera tego wszystkiego.

Jak na razie myśli o tym, że niedługo zacznie się macierzyński czas, przyćmiewają wszystkie te strachy i obawy. Trudno jest je pokonać. Wiem, że kobieta wiele zniesie, ale czasami ciężko jest to wszystko poukładać i opanować.

Broń Boże! Tylko nie ciąża!

Sprawa, którą chcę poruszyć, jest bardzo istotna. Tyle się trąbi o prawach kobiet ciężarnych i powinnościach pracodawców wobec nich. Niestety, w wielu miejscach się ich nie przestrzega. Statystyki są wręcz szokujące. Polska zajmuje jedno z pierwszych miejsc w Europie pod względem nierespektowania praw kobiet w ciąży. Za to jeśli chodzi o jakość systemu wsparcia ciężarnych i matek, jesteśmy na szarym końcu.  Nic więc dziwnego, że wiele osób zwyczajnie nie decyduje się na planowanie rodziny ze względu na sytuację ekonomiczną.

Przyznam, że miejsce, w którym jestem zatrudniona, można zaliczyć do tych wzorcowych pod kątem zarządzania i stosunku do pracownika. Kiedyś na rozmowie, podczas której moja pani dyrektor zaproponowała mi umowę na czas nieokreślony, powiedziałam, że zapewne jeszcze będę starała się o dziecko. Dyrekcja wtedy z wielką aprobatą uspokoiła mnie, że to nie ma żadnego wpływu na zatrudnienie, i że wręcz się cieszy, bo dzieci to skarb. Nie bałam się więc iść do gabinetu powiedzieć o ciąży. Pamiętam, że na tę wiadomość dyrekcja mało co nie podskoczyła, uściskała mnie i wyraziła wielką radość. Od razu ją zapewniałam, że będę pracowała tak długo, aż mi na to ciąża pozwoli, na co usłyszałam odpowiedź, że najważniejsze jest moje zdrowie i spokój, pracą mam się nie przejmować zupełnie. I tak w pełnym przekonaniu  poszłam na zwolnienie lekarskie pod koniec trzeciego miesiąca ciąży i siedzę sobie do tej pory. W tym czasie dyrekcja kontaktowała się ze mną, zapytać o moje zdrowie i o dziecko.

Niestety, takich szefów na świecie jest niewielu. Przykładem jest właścicielka drugiej firmy, w której pracowałam, o czym pisałam już kiedyś. Dla przypomnienia – usłyszała o ciąży, z wymuszonym uśmiechem pogratulowała, a kilka dni później dostałam do domu list polecony z wypowiedzeniem umowy.

Przypadki są różne. Wiele już się nasłuchałam od koleżanek i przyznam, że to wręcz niewiarygodne, jak bardzo można łamać prawa pracownika.

A. zaszła w drugą ciążę po prawie roku starania, wreszcie się udało. Wykonuje pracę dość ciężką, musi dużo dźwigać, być bardzo aktywną fizycznie, stoi na nogach od rana. O ciąży bała się powiedzieć swojemu pracodawcy praktycznie do czwartego miesiąca. Ukrywała swój stan, nie zwalniała tempa pracy. Wiedziała, że jeśli powie, ten zrobi wszystko, żeby ją zwolnić. Już widziała niejednokrotnie, jak jej szef traktuje pracownice w ciąży. Uważa je za zło konieczne, ściąga do pracy nawet wtedy, kiedy są na zwolnieniu lekarskim, doprowadza do płaczu, sieje terror i poniewiera nimi. To okrutne, ale facet, który nie ma własnej rodziny, nie potrafi zrozumieć, po co kobietom takie „obciążenie”. Przecież więcej osiągną bez brzucha i płaczącego bachora.

J. to aktywna zawodowo dziewczyna, doceniana w pracy za osiągnięcia. Zajść w ciążę udało jej się dopiero po kilku latach starania. Nieudane próby już doprowadzały ją do frustracji, jednak wszystko się zmieniło, gdy wreszcie usłyszała, że zostanie mamą. W pracy zazwyczaj byli przyzwyczajeni do jej bezdzietnego stanu. Była na każde zawołanie, nie odmawiała dodatkowych zajęć, „bo ona nie ma obowiązków domowych”. Kiedy jednak pod koniec ciąży odmówiła dodatkowej pracy, bo jej organizm już na to sobie nie mógł pozwolić, usłyszała, że „albo się pracuje, albo zachodzi w ciążę” . Nie powiedziała nic. Za bardzo cieszyła się z tego, że wreszcie będzie mogła cieszyć się macierzyństwem. Bez słowa poszła do lekarza po zwolnienie i do końca ciąży została w domu. Po macierzyńskim okazało się, że jej stanowisko już jest zajęte i jedyne, co mogła zrobić, to pożegnać się z miejscem, w które włożyła tyle serca.

G. urodziła drugie dziecko. Zarówno przy pierwszej jak i przy drugiej ciąży pracowała, póki tylko mogła. Obecnie jest na macierzyńskim, ale wie, że kiedy wróci do pracy, szybko straci swoje stanowisko, bo już inni pracownicy usłyszeli o tym od szefa, który stwierdził, że „już jej nie potrzebuje” w swoim zakładzie. Bycie matką dwójki dzieci nie jest – jak się okazuje – mile widziane.

B. po porodzie odebrała telefon od swojej szefowej i usłyszała, że jeżeli weźmie rok macierzyńskiego, może nie wracać do pracy. Po pół roku ma stawić się zwarta i gotowa, inaczej jej miejsce zajmie „ktoś bardziej kompetentny”. Nie pomogły tłumaczenia, że nie ma jej kto dziecka pilnować. Przecież są żłobki. I tak młoda matka – w obawie przed utratą pracy – oddała maleństwo do żłobka. Cały dzień w pracy towarzyszy jej smutny wzrok dziecka, które nie rozumie, że szefowa jego matki jest bezduszną suką.

K. wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim tylko dla formalności. Dobrze wiedziała, że to kwestia czasu, gdy dostanie wypowiedzenie. Pamięta przecież, z jaką pogardą koordynator przyjmował jej zwolnienie lekarskie. I nie myliła się. Po kilku tygodniach otrzymała wypowiedzenie – rzekomo z powodu redukcji etatów. Jak się później dowiedziała, jej stanowisko zajął żółtodziób, bez doświadczenia i charakteru, ale za to gej. Ciąża mu nie grozi, więc na starcie jest świetnym pracownikiem.

Mogłabym tak opowiadać bez końca. Co chwilę słyszę o dziwnych przypadkach niezrównoważonych społecznie pracodawców. Myślę, że w Polsce prawa ciężarnych i matek to tylko fikcja. Jak z każdym zapisem prawnym, wprawne oko znajdzie coś, co będzie można obejść i dzięki temu pozbyć się balastu. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że za wypowiedzeniem umowy o pracę stoi kobieta – matka, osoba potrzebująca zatrudnienia nie tylko ze względów ekonomicznych, ale i dla własnego rozwoju i poczucia wartości.

Jerzy Liebert pisząc „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”, z pewnością nie miał na myśli kobiet w ciąży. Nie powinno się stawiać ich w sytuacji, w której muszą się zastanowić, czy powiększać rodzinę, czy zdobywać uznanie w pracy. Jakby nie było, każdy, najgorszy nawet szef, jest tu dzięki jakiejś kobiecie, która być może musiała poświęcić swoje aspiracje, plany i marzenia po to, żeby ten po latach mógł piąć się po szczeblach kariery i decydować o losie innych kobiet.

zmora praca

Znalazłam w sieci ciekawy informator. Zachęcam do lektury tutaj.