Sterylny umiar

Nie należę do wyjątkowo przewrażliwionych na punkcie czystości matek. Moje dzieci raczej nie mogą zlizywać z podłogi jedzenia. Staram się zachować umiar w podejściu do dbania o dom. Owszem, utrzymuję czystość, ale bez przesady.

Są jednak pewne obszary, w których nie odpuszczam. Nie wyobrażam sobie stosowania półśrodków w kwestii czystości odzieży i naczyń.

Wiem, jak ważne jest odpowiednio wyprane ubranie dla dzieci. Dlatego też zainwestowaliśmy w pralkę z programem antyalergicznym. Co prawda każdą wypraną rzecz dodatkowo prasuję, ale z pewnością zmniejsza to ryzyko uchowania się bakterii.

Oprócz pralki kupiliśmy też zmywarkę z programem Baby. Ma on wyparzać butelki, smoczki, grzechotki i całą resztę atrybutów małego mlekożercy. Program ten wykorzystuję też do wyparzania zabawek B1. Nic tak dobrze nie wymyje klocków Lego jak właśnie taka zmywarka.

To rozwiązanie nie sprawdza się jednak w użytkowaniu codziennym. Nie mam tylu butelek i smoczków, żeby czekać na zapełnienie całego programu zmywarki a włączanie jednej czy dwóch flaszek jest zwyczajnie nieekonomiczne.

W takich sytuacjach przydaje się sterylizator. Przy B1 korzystałam z niego na bieżąco. Teraz również dostałam taką możliwość dzięki firmie Canpol babies.

Elektryczny sterylizator parowy to bardzo wygodne w użyciu i skuteczne w działaniu urządzenie przeznaczone do użytku domowego. Pozwala ono szybko i wygodnie wysterylizować butelki, laktatory i akcesoria niezbędne do codziennej pielęgnacji dziecka. Nie trzeba czekać na zebranie pełnego programu – tak jak w zmywarce. Można oszczędnie wysterylizować nawet jedną butelkę!

Nie muszę kupować całego zestawu flaszek, wystarczą dwie, ewentualnie trzy i bez problemu będę mogła utrzymać je w czystości po każdym karmieniu. Zakładając fakt, że mam zamiar szybko korzystać z laktatora, bo nie potrafię zagrzać w domu zbyt długo miejsca i – znając życie – zaraz wrócę do swoich pozadomowych zajęć – takie wyparzanie pojedynczych buteleczek i elementów sterylizatora będzie bardzo przydatne.

Każda mama zapewne zastanawia się, jak to działa? Wytworzona para wodna dokładnie i równomiernie otacza wszystkie elementy podlegające sterylizacji, zapewniając wysoką higienę w max. 12 minut. Specjalnie zaprojektowany pojemnik filtrujący ułatwia usuwanie wody i zanieczyszczeń po zakończeniu procesu sterylizacji. Szybko i sprawnie mamy gotowe do użycia flachy.

 

Ponieważ wyparzone elementy są bardzo gorące, sterylizator jest wyposażony w szczypce umożliwiające wyjmowanie gorących elementów.

Zmywarka potrzebuje przynajmniej 90 minut na porządne umycie naczyń, sterylizator w 12 minut pozwoli na korzystanie z czyściutkich butelek, smoczków i wszystkiego, co tylko chcemy (i możemy) wyparzyć.

Pisałam o tym, że wyparzyć można nawet tylko jedną butelkę. Tak też zrobiłam, bo na początku mi więcej nie potrzeba. Ale urządzenie może sterylizować 5/6 butelek oraz inne drobne akcesoria. Ma trzy tacki, na których układa się elementy.

Można więc wykorzystać go nawet po większej mlecznej wyżerce.Inne sterylizatory zazwyczaj mają maksymalnie dwa poziomy, dzięki temu ten z Canpol babies znacznie góruje nad innymi.

Nie zużywa dużo wody ani nie trzeba go dodatkowo myć. To dla i tak już ledwo żywych matek wielki atut.

Elektryczny sterylizator Canpol babies jest kapitalnym rozwiązaniem w domu z małym dzieckiem. Nie zabiera cennego czasu, jest łatwy w utrzymaniu i łagodny dla portfela. Każda matka powinna skorzystać z takiego ułatwienia.

Więcej informacji na temat sterylizatora znajdziecie tutaj.

Chętne mamusie urządzenie mogą kupić tu.

Jak już pisałam, w pewnych sprawach należy zachować umiar. Jednak pierwsze miesiące życia dla malucha są takim czasem, który może zaważyć o całej jego przyszłości. Nie warto wtedy ryzykować…

Reklamy

Głupota na 500+

Znajoma dziennikarka poruszyła ciekawy temat. Pochyliła się nad problemem zwiększającego się bezrobocia wśród kobiet. Przywołała statystyki, które mówią, że od marca z pracy zrezygnowało ponad 150 tysięcy kobiet. Jako powód statystycy podają wpływy z programu rządowego 500+. Zastanawiające jest to, ile  panie, które decydują się na porzucenie pracy, muszą mieć tych dzieci, żeby pozwolić sobie na pozostanie z nimi w domu, bo przecież – licząc dofinansowanie od drugiego potomka – dopiero posiadanie siedmiorga dzieci gwarantuje w miarę uczciwy przypływ gotówki na konto. I jakoś nie wyobrażam sobie, żeby wychowywanie takiej bandy było czymś przyjemnym…

Tak czy inaczej, kobiety rzucają pracę, nie patrzą jednak przy tym na konsekwencje. Po pierwsze o emeryturach mogą zapomnieć, bo za siedzenie w domu składek nie ma i w pewnym momencie zostają praktycznie z niczym. Może to je wręcz doprowadzić do skrajnego ubóstwa, bo z każdym pełnoletnim dzieckiem wpływy z państwa będą uszczuplane o pięć stów. Po drugie – i chyba ważniejsze – kim taka matka stojąca przy garach, latająca ze szmatą w ręku albo wiecznie usługująca domownikom będzie w oczach dziecka? Odpowiedź jest prosta – nikim. To tylko kobieta, która – tak jak meble i telewizor – stanowi element wyposażenia domu, która jest zawsze w tym samym miejscu, mówi zawsze to samo, robi to samo i żyje tak samo. Nie będzie ona żadnym autorytetem, bo jedyne prawdy o życiu pozna z telewizji śniadaniowe albo od koleżanek jej pokroju, z którymi marnuje godziny na plotach przy kawie. Swoim przykładem też nie pokaże dzieciom, jak można osiągnąć sukces. Czego więc pociechy mają się od niej nauczyć?

Kobiety bezrobotne nie reprezentują sobą zbyt wiele. Pisałam kiedyś już o tym tutaj. Bycie matką to żadne wyzwanie i nikt nie doceni tego faktu. Dopóki dzieci są małe, być może wypełnią to puste życie kobiety. Ale one prędzej czy później dorastają. Mają swoje sprawy, swój świat, znajomych, plany i marzenia. Kobieta zostaje wtedy sama. Bo nie ma tej odskoczni, którą odnajdzie każda ambitna, pracująca matka.  A po parunastu latach na rozpoczęcie życia zawodowego jest zdecydowanie za późno. I tak niepotrzebna dzieciom baba szuka pocieszenia u męża. Ale i on nie docenia jej już tak samo. No bo za co? Za umyte gary czy upieczone ciasto? Mężczyźni lubią kobiety sukcesu. Doceniają ich rozwój zawodowy.

Jedna z moich koleżanek, której mąż zarabia na tyle dobrze, że ta wcale nie musiałaby pracować, na pytanie, czemu jednak wybrała drogę zawodową, odpowiedziała prosto – jej mąż nie szanuje bezrobotnych kobiet. I zgadzam się z nim. Też nie darzę szacunkiem bab, które na wychowanie dzieci zrzucają brak możliwości pójścia do pracy. Po urodzeniu B1 wróciłam do życia zawodowego, gdy ta miała trzy miesiące. I potrafiłam tak zorganizować sobie każdy dzień, żeby być zarówno dobrą matką, jak i świetnym pracownikiem. Do tego zawsze miałam czas na wyjście z koleżankami na fitness albo piwo, pójście do kosmetyczki czy podnoszenie swoich kwalifikacji. I wiem, że dopiero spełnienie na wszystkich tych płaszczyznach dało mi prawdziwe szczęście. A nawet B inaczej patrzył na mnie, kiedy widział, jak wracam pełna satysfakcji po kolejnym owocnym dniu pracy. Wszystko można pogodzić. Trzeba tylko chcieć.

Uważam, że żadne programy rządowe czy systemy pomocowe nie powinny być pretekstem do siedzenia kobiet w domu.

Babo! Rusz się! Idź do pracy! Odnajdź swoją wartość w spełnianiu własnych aspiracji! Nie myśl, że twoim sukcesem jest lśniący dom czy smaczna zupa. Miej swoje życie, a dla domowników wtedy będziesz kimś wyjątkowym!