Cała prawda o cesarskim cięciu

Wybaczcie tę prostotę. Nie mam ochoty wymyślać żadnego chwytnego tytułu, zaskakiwać zdjęciami czy memami. Chcę opisać – najprościej jak się da – to, z czym miałam do czynienia w czasie ostatnich dwóch tygodni.

W internecie roi się od wpisów dotyczących cięcia cesarskiego „na życzenie”. Oczywiście nie istnieje coś takiego oficjalnie w polskim prawie. Ale kiedy rodząca wykaże się „inicjatywą” finansową, można takowe sobie załatwić. W jednym z lepszych szpitali w moim województwie kosztuje to 7000 zł, w innym wystarczy prywatnie prowadzić ciążę u ordynatora. Coraz więcej kobiet zamawia sobie tę przyjemność jak zabieg kosmetyczny. Trzeba jednak zauważyć, że z depilacją brwi czy hybrydowym manicurem ma ona niewiele wspólnego…

Nie planowałam cesarskiego cięcia. Mimo tego, że od piątego miesiąca ciąży słyszałam o dużym dziecku i widmie cesarki, miałam nadzieję, że urodzę naturalnie. Tym bardziej, że pierwszy poród wspominam bardzo dobrze i udało mi się już umówić z anestezjologiem na znieczulenie zewnątrzoponowe. Mogłam więc liczyć na kolejny bezbolesny poród.

Kiedy w pierwszy dzień świąt pojechaliśmy do szpitala, po podwójnej konsultacji ginekologów okazało się, że gabaryty dziecka mogą nie pozwolić na naturalny poród i trzeba wykonać cięcie. Lekarz tłumaczył nam dokładnie powód swojej decyzji a my nie oponowaliśmy. Nie jestem ufna w stosunku do obcych specjalistów, tym bardziej, że ten sam lekarz zamienił poród mojej szwagierki w piekło (ale o tym może kiedy indziej). Intuicja jednak podpowiadała mi, że muszę się zgodzić z jego decyzją.

I tak ruszyła machina. Najpierw dostałam kroplówkę, od której zrobiło mi się niedobrze. Potem – już nie pamiętam, jak tam dotarłam – znalazłam się na sali operacyjnej. To jaskrawe światło mnie zmroziło. Kazali się rozebrać, usiąść na stole. Kiedy wbili znieczulenie i kazali się położyć, wszystko zaczęło dziać się jakby poza mną. Spod masek widać było tylko oczy lekarzy i pielęgniarek, a w nich ciężko było wyczytać jakieś emocje. Bałam się spojrzeć na lampę, żeby nie odbiło się w niej moje ciało, patrzyłam w bok a jedna z położnych cały czas głaskała mnie po głowie i coś do mnie mówiła. Między jej słowami słyszałam lekarzy i te ich zimne polecenia – „haki”, „ssak”, „zamykamy”, itd. Nawet nie wiem, w którym momencie wydarli ze mnie dziecko. Słyszałam tylko w oddali jego kwilenie, potem pokazali mi go otulonego i zabrali. Zostałam tam tylko ja i lekarze kończący operację. Dotknęłam ręką przypadkowo swojego biodra i poczułam, jakbym macała czyjeś zwłoki. Szybko odsunęłam dłoń z przerażenia.  Potem kątem oka zauważyłam własną nogę w powietrzu, chociaż nawet nie poczułam, że ją podnoszą. Po wszystkim przenieśli mnie na inne łóżko i zawieźli do mojej sali. Wykupiłam sobie własny pokój, nie musiałam więc znosić wzroku innych kobiet, kiedy leżałam bez czucia a obok mojego łóżka wisiał worek na mocz. W sali czekał już B. Pomógł pielęgniarkom przenieść mnie na moje łóżko. Roztrzęsłam się wtedy niemiłosiernie. Nie mogłam powstrzymać drgawek. Trwało to jakieś dwadzieścia minut. W tym czasie podpięto mi ze trzy kroplówki. Kiedy przynieśli B2, dreszcze same zniknęły. Położyli go koło mnie, niestety, nie mogłam go nawet przytulić, bo leżałam bez ruchu. Był z nami jakieś pół godziny, potem go zabrali i nie zobaczyłam go już przez cały dzień i całą noc. To było przykre. Myślałam, że laktację już szlag trafił.

Noc minęła dość spokojnie, co chwilę przychodziły położne, wymieniały kroplówki, mierzyły ciśnienie, obserwowały mnie. Rano kazali i wstać. Nie było to łatwe. Myślałam, że nie drgnę, a jeśli poruszę jakąkolwiek częścią ciała, rana rozejdzie się i wszystko wyjdzie na wierzch. Z wielkim wysiłkiem i bólem podniosłam się. Ale o zrobieniu choćby kroku nie było nawet mowy. Kiedy przyjechał B, poszedł po dzieciaka. Mogłam wtedy spróbować przystawić go do piersi.

I z bólu pooperacyjnego przechodzimy do kolejnego – tego wywołanego próbami karmienia. Z piersi ani kropli, dzieciak na siłę próbował coś wyssać, czułam, jakby ktoś wbił mi w sutka gwoździe i nimi poruszał w te i wewte. Zaparłam się i do wieczora przystawiałam go co chwilę. I tak do drugiej w nocy, kiedy jakaś pielęgniarka przyszła go zabrać, żebym mogła odpocząć. Ja wiem, kobiety zazwyczaj odpuszczają. Mówią, że nie mają pokarmu, rozkładają ręce i przechodzą na wygodniejszą dla matki, ale gorszą dla dziecka formę karmienia – chemią z pudełka z bobasem na opakowaniu. Ja nie dałam za wygraną. Piszczałam z bólu, zagryzałam pięści, łkałam, ale po dwóch dniach udało się – pokarm puścił. W trzecią dobę nie oddałam dzieciaka ani na chwilę, całą noc przystawiałam go to do jednej, t do drugiej piersi, sycząc z bólu sutków i brzucha, bo laktacja wywołała bardzo bolesne skurcze i bóle krzyżowe. Podnoszenie się drażniło miejsce rany, przekładanie dziecka dodatkowo sprawiało ból. I już sama nie wiedziałam, co bardziej boli – miejsce po cięciu, obkurczająca się macica, czy sutki. Nic to przy fakcie, że udało się nakarmić dziecko naturalnie…

W dniu wyjścia ze szpitala okazało się, że w ranę wdało się jakieś zakażenie i cała powierzchnia nad cięciem zaczęła puchnąć i twardnieć. Brzuch stał się jednym wielkim, twardym wałkiem, w którym straciłam czucie.Lekarz zapisał mi antybiotyk i na szczęście wypuścił do domu.

Obolała ledwo wytrzymałam w samochodzie, bo każda dziura na drodze była dla mnie jak nóż jeżdżący po moi brzuchu. Ale na samą myśl, że będę mogła odpocząć we własnym łózku, robiło mi się odrobinę lepiej.

Od tego dnia mijają prawie dwa tygodnie, a ja nadal leczę zakażenie. Brzuch co prawda powoli maleje, ale rana boli, cały czas sączy się z niej ropa i szczypie. Jestem ciągle jak w półśnie. Nie mam jeszcze pełnego czucia w kręgosłupie, codziennie biorę zastrzyki do brzucha przeciw zakrzepicy, przewracanie się z boku na bok jest dla mnie bardzo bolesnym doświadczeniem, podnoszenie się z łóżka to koszmar. I tak zamiast w pełni cieszyć się macierzyństwem, muszę walczyć z bólem, utrzymującą się ciągle opuchlizną i strasznym wyczerpaniem organizmu.

Nie rozumiem, dlaczego kobiety wybierają cesarskie cięcie. To żaden zabieg. To zwykła operacja, która niesie ze sobą ryzyko powikłań i zagrożenie dla życia i zdrowia. Poród być może wymaga więcej wysiłku i zdyscyplinowania, ale zdecydowanie pozostawia lepsze wspomnienia. Nikomu nie życzę cesarki. To traumatyczne przeżycie.

Kobieto, jeśli masz wybór, zdecyduj się na poród, operacja cesarskiego cięcia jest strasznym doświadczeniem.

 

Reklamy

Siostra

wpid-img_20151214_213028

 

Przygotowania do świąt w naszym domu zawsze są wesołym momentem. Najlepsze jest to, że większość rzeczy robimy wspólnie – od porządków zaczynając, na pieczeniu i gotowaniu kończąc. Dzięki temu unikam takich sytuacji, w których na kolacji wigilijnej nie różniłabym się wiele od tego zmasakrowanego karpia na talerzu. I w tym roku, mimo ciążącego mi jak cholera brzucha i bolącego kręgosłupa robiłam wszystko, żeby ten czas był taki jak zawsze. Zależało mi na tym ze względu na moją dziesięciolatkę, która zawsze celebruje takie chwile. Nie chciałam jej zniszczyć wizji rodzinnych i wspaniałych świąt.

Jednak mimo wszelkich starań, coś było nie tak. Moje dziecko zrobiło się bardziej poważne, już nie cieszyło jej ozdabianie pierników i pomarańczy z goździkami. Wreszcie podczas ubierania choinki B1 posmutniała tak bardzo, że nie dało się tego nie zauważyć. Kiedy zapytałam, co się stało, wyszeptała, że to już ostatni raz, kiedy zakłada na czubek gwiazdę. Na początku nie skojarzyłam, o co jej chodzi. Dopiero po chwili uświadomiłam sobie, że w ten sposób chciała mi przekazać swoje obawy, jakie narodziły się wraz z wizją pojawienia się w jej życiu nowej osoby.

W naszej rodzinie tradycją już się stało, że najmłodszy członek rodziny wieńczy ubraną choinkę zakładając na czubek ozdobę. Zawsze to zadanie należało do niej i w sumie nawet nie pomyślałabym, że ktoś inny mógłby to zrobić. Ale ona w głowie miała już tylko fakt, że niedługo urodzi się ktoś młodszy od niej i być może przejmie wszystkie jej zadania. Takie dziecięce myślenie. Pewnie w jej głowie roiło się od czarnych myśli, w których to ona zostanie zepchnięta na drugi tor a całą chwałę będzie zbierał mały, tłusty bobas w pieluszce. Zauważyłam wtedy pierwsze oznaki zmiany zachowania mojego dziecka. To oczywiste, że wiązały się one z faktem, że wkrótce w rodzinie miał pojawić się B2. Wiedziałam, że to prędzej czy później nastąpi. Nic dziwnego. Dziesięć lat była sama, a tu nagle jakiś intruz wchodzi w jej życie. Nie miałam tylko pojęcia, jak to się będzie przejawiało.

Dobrze, że poród przyszedł w święta. B1 spędziła je z naszą bardzo liczną rodziną. Było tam gwarno, śpiewnie i wesoło. Nie miała więc czasu myśleć o nowej sytuacji. Zadzwoniłam do niej ze szpitala wieczorem i już w głosie wyczułam jakiś dystans. Nie przedłużałam więc rozmowy, nie pytałam, co się dzieje, wolałam zostawić ją sam na sam z myślami, żeby mogła sobie wszystko spokojnie poukładać.

Po powrocie z B2 do domu na drzwiach wisiała laurka z napisem „Witamy” (chociaż z pewnością dzieło to zostało wymuszone na niej przez moją mamę). Nie wyszła z pokoju przywitać nas. Całe popołudnie siedziała tam i rozmawiała przez telefon z koleżankami. Moja mama próbowała ją przekonać, żeby do nas przyszła, natychmiast jej kazałam przestać. Nic na siłę. Uważam, że dziecko samo musi przełamać bariery. A im bardziej się na nie naciska, tym te bariery stają się bardziej rażące.

Następnego dnia niepewnie przyszła do pokoju malucha. To był jej świadomy, niewymuszony ruch. Musiała do niego się widocznie przygotować. Chyba ciekawość wygrała z dumą. Dokładnie go obejrzała, dotknęła jego głowy, chwyciła rączkę, wpatrywała się w niego dłuższą chwilę i chyba to była miłość od pierwszego wejrzenia…

Od tej pory jej podejście do nowej istotki zupełnie się zmieniło. B1 towarzyszy nam w każdej sytuacji: podczas karmienia, przy kąpieli, podczas ubierania, rano przychodzi poleżeć przy bracie, po przyjściu ze szkoły wita się z nim, wpatruje się w niego w wolnej chwili, nawet uczy się w salonie, gdzie zazwyczaj mały bąbel śpi w wózeczku. Bywa też tak, że jako wzorowa siostra, obrończyni małego brata, potrafi mieć do nas pretensje o ropiejące oczko czy zsuniętą z nóżki skarpetkę. To niesamowite zjawisko. Na moich oczach narodziła się ta dziwna więź, o której – z racji bycia jedynaczką – nie miałam bladego pojęcia…

Kolorowy ocean

Nawet nie wiem, kiedy zleciały te trzy tygodnie od narodzin B2. Dopiero przyszedł na świat, a już powoli zauważam zmiany, jakie zachodzą w jego rozwoju. Zaczyna z coraz większym zainteresowaniem poznawać świat. Wszystko obserwuje, wsłuchuje się w dźwięki, w nasze głosy, stara się chwycić przedmioty znajdujące się w pobliżu. I właśnie teraz przyszedł moment, w którym zaczynamy stymulować jego rozwój. Jak zwykle z pomocą pospieszyła firma Canpol babies i przysłała nam w podarunku wielofunkcyjną matę edukacyjną 3 w 1 „Kolorowy ocean”.

Już po rozpakowaniu paczki włożyłam do niej B2 i – ku mojemu zdziwieniu – dziecko zniknęło na kilkadziesiąt minut. Z zainteresowaniem obserwował każdy fragment maty. Najbardziej spodobała mu się imitacja lusterka. Wpatrywał się w siebie (mały Narcyz nam rośnie) dobry kwadrans. W pewnym momencie zaczął nawet wydawać jakieś dziwne, niezrozumiałe dla nas dźwięki do swojego odbicia.

16122278_1254742554615809_2016196732_o

Kiedy już pogadał sam ze sobą, zainteresował się szeleszczącymi elementami, które znajdują się praktycznie wszędzie. Delikatny dźwięk nie wystraszył go, jedynie zwrócił jego uwagę. Miękki i przyjemny w dotyku materiał pozwolił na to, aby maluch leżał na nim bez żadnej podkładki z pieluchy czy kocyka.

16129669_1740966989457387_373575861_o

16121669_1740966946124058_1576618169_o 16145262_1740966936124059_1425974496_o 16129367_1740966886124064_1065529198_o

Nawet B1 zainteresowały te różnorodne szeleszczące, piszczące i grające elementy i oddała się w pełni zabawie z bratem.

16145837_1254742177949180_1607510561_o

16129669_1740966989457387_373575861_o

16145089_1740966856124067_1184848112_o

16122124_1740966799457406_1585759780_o

16145826_1740967056124047_1110737950_o

16122309_1740967029457383_499297954_o

Podłoże w macie jest bardzo miękkie. Można położyć ją na łóżku i ćwiczyć z dzieckiem podnoszenie główki. Nie trzeba się obawiać, że maluch zrobi sobie krzywdę. A intensywne kolory i dźwięki zachęcą go do ćwiczeń.

16122205_1254742451282486_1184299911_o

Elementy mają ciepłe barwy i przyjazny wygląd. Maluch czuje się bezpiecznie w środku oceanu.

Mata/kojec „Kolorowy ocean” wykonana jest z miękkiej tkaniny z grubą warstwą ociepliny w środku i może – w zależności od potrzeb – pełnić aż trzy funkcje: dużej maty, bezpiecznego kojca lub osłony łóżeczka.

 

16144994_1740966769457409_971794031_o (2)

 

16121878_1740966992790720_989722232_o

16129367_1740966886124064_1065529198_o

Aby matę przekształcić przytulny kojec, wystarczy połączyć jej brzegi za pomocą rzepa. Nie zrobi on krzywdy dziecku, ponieważ po rozłożeniu znajduje się pod spodem.

Ściany kojca nie pozwalają dziecku zsunąć się z maty w czasie zabawy i dają mu poczucie bezpieczeństwa. Z kolei po włożeniu do łóżeczka mata staje się osłoną szczebelków i chroni dziecko przed uderzeniem.

Zabawki przymocowane do pałąków oraz elementy interaktywne wzbudzają zainteresowanie dziecka, dzięki czemu stymulują rozwój wzroku oraz rozwijają koordynację słuchowo-ruchową. Elementy przymocowane do maty wpływają też na małą motorykę malucha.

 

Na macie znajdują się:

  • szeleszczące elementy ukryte w różnych miejscach maty
  • lusterko (najbardziej pokochane przez B2)
  • wyszywane zwierzątka
  • statek z obręczami na tasiemce
  • krab z grzechotką
  • rozgwiazda z piszczałką

Na pałąkach (odpinane zabawki):

  • Rybka z piszczałką
  • Krab z grzechotką
  • Ośmiornica z pozytywką

 

Dzięki licznym funkcjom dodatkowym, mata zapewni wspaniałą zabawę.
Należy też pamiętać o kwestiach higienicznych. Matę można wytrzepać z kurzu, wystawić na mróz albo nawet wrzucić w pralkę i wyprać. Nie jest to typ jednorazowej zabawki. Materiały są łatwe w utrzymaniu czystości i higieniczne.

Wymiary:
– po rozłożeniu brzegów: 90×120 cm
– po złożeniu brzegów: 51×73 cm
– wysokość pałąków w miejscu złączenia: 45 cm

 

Canpol stworzył całą serię zabawek z serii „Kolorowy ocean”. Oprócz maty jest też książeczka do kąpieli, grzechotka do wózka, pluszowy sorter, grzechotka, piszcząca książeczka i wiele innych przedmiotów stymulujących rozwój dziecka.

 

 

Matę można kupić tu

I uwaga! NIESPODZIANKA

Wiem, że wiele mam zakochało się już w tej macie i chce ją mieć. Dlatego firma Canpol babies we współpracy z autorką bloga Rodzianie Testowanie przygotowała konkurs, w którym można wygrać opisany przeze mnie produkt.

Aby wziąć udział w konkursie, wystarczy kliknąć tutaj.

 

Przyznam szczerze, że do takich produktów podchodzę sceptycznie. Jednak tym razem jestem zachwycona. Z pewnością mata „Kolorowy ocean” będzie nam towarzyszyła przez wiele miesięcy rozwoju naszego szkraba.