W poszukiwaniu straconego czasu

Kiedy nie miałam dzieci, czytałam stosy książek, depilowałam nogi pęsetą, zaplatałam sobie dziesiątki warkoczyków na głowie i malowałam codziennie paznokcie. W mojej szafie spoczywały wyprasowane ubrania, ułożone kolorystycznie. Pisałam pamiętnik, opowiadania do gazet i robiłam bukiety z bibuły. Przyrządzałam wymyślne obiady ze skrzętnie przeliczonymi kaloriami. Rano biegałam, odwiedzałam koleżanki, jeździłam na długie zakupy, a wieczorami przy ulubionych serialach uzupełniałam przepisy kulinarne w wielkiej książce przyszłej gospodyni domowej.

Odkąd jestem mamą, od czasu do czasu przełknę jakąś książkę, we włosach mam więcej kołtunów niż niegdyś warkoczy, lakiery do paznokci dawno pozasychały w oczekiwaniu na to, aż znów je wykorzystam, o ubraniach już nawet nie wspomnę. Strach otworzyć szafę, bo może się nagle okazać, że skrupulatnie zbierany stos szmat nagle postanowi wypełznąć na zewnątrz i zawali cały pokój. Jem, albo raczej w biegu łapię jedzenie, kawę piję między mruknięciami B2, na zakupy jadę z dziećmi, więc o spokojnym mierzeniu czegokolwiek mogę pomarzyć. Mam więc już całkiem dobrze wykształcony zmysł kupowania „na oko”… I kto by pomyślał, że dwie małe istoty, które razem jeszcze nie ważą więcej niż cztery worki ziemniaków, tak zdezorganizują mi życie.

Zamiast ciszy mam teraz śpiew hiszpańskich piosenek i szum karuzeli, zamiast ciepłych posiłków, „cokolwieki” podjadane w wolnych sekundach, samotne czytanie książek zamieniłam na wspólną grę w planszówki, spacery i zabawę w „moje oko otwarte szeroko”. Śpię na kilkucentymetrowym skrawku materaca, bo jakieś półtora metra zajmują B1 i B2, pęsety używam już tylko do wyciągania drzazg z wszędobylskich rączek a makijażu już chyba robić sobie nie muszę, nie ma takich kosmetyków, które byłyby w stanie zatuszować nieprzespane noce i wyczerpanie organizmu. Zresztą i tak już większość tuszy, fluidów i cieni do oczu zginęła w otchłani domu. W torebce zamiast szminki i pudru noszę teraz pampersy i smoczek. Jestem podrapana, obolała, nie pamiętam zdrowego snu a poplamione dresy przypominają mi tylko, żebym przypadkiem nie otwierała drzwi nieznajomym osobom, bo pomyślą, że jakaś bezdomna desperatka włamała się do domu…

Po dziesięciu latach macierzyństwa dochodzę do wniosku, że straciłam mnóstwo czasu. Każdy dzień z życia bez moich dzieci był idealnie poukładany, harmonijny, przewidywalny, ale pusty i nijaki. Nie było w nim radosnego śmiechu, szczerego przytulania i spojrzenia, które mówi, jak wiele dla nich znaczę. Zmarnowałam tyle lat na bezcelowe przeżywanie dnia za dniem. Świat bez B1 i B2 był tylko szarym, nudnym miejscem. I dopiero kiedy zostałam mamą, przybrał on mnóstwo barw…

 

 #babylove #babyboy #b2 #oszalałamnajegopunkcie
#babylove #babyboy #b2 #oszalałamnajegopunkcie
Reklamy

Przepis na małżeństwo

Czy my się kłócimy? Nie. My się nie kłócimy. My burzliwie wyrażamy swoje emocje, wrzeszczymy, a innym razem nie odzywamy się do siebie, trzaskamy drzwiami i stroimy fochy albo zamykamy się w różnych pokojach, żeby na siebie nie patrzeć. Denerwują nas nasze nawyki, mamy odmienne zdanie na wiele tematów i zajmujemy się kompletnie innymi rzeczami.

On zawsze dokładnie zastanawia się nad tym, co mówi, żeby nikogo nie urazić, ja najpierw gadam, potem dopiero myślę i zazwyczaj wyrzucam to, co mi leży na wątrobie. Ja trzęsę się ze złości na widok rzuconych skarpet w sypialni, on wkurza się, kiedy zmywarka odmawia posłuszeństwa, bo wpakowałam do niej nieopłukane naczynia. Ja nienawidzę niewytartych kropel wody na lustrze, jego drażni niewłączony bojler wieczorem. Nie znoszę piłki nożnej i każdy mecz oglądany przez niego jest dla mnie powodem do irytacji, on lubi oszczędzać pieniądze i nieraz kręci nosem na mój zakupoholizm. Uwielbiam remonty i zmiany aranżacji w domu, on najchętniej nie przestawiłby nawet krzesła i kiedy musi malować pokoje albo kłaść kolejne płytki czy podłogi, zrzędzi jak emeryt w poczekalni do lekarza. Za to prace nad trawnikiem mogłyby mu zajmować całe dnie, co mnie doprowadza do szału, bo uwielbiam naszą polną łąkę w ogrodzie i wcale nie marzę o murawie.

Ale…

Nawet kiedy jestem na niego wściekła, myślę, jak mija mu dzień w pracy i czy przypadkiem nie jest głodny, bo nie zawsze udaje mu się przyjechać do domu na obiad. A on? Kiedy mamy ciche dni, w milczeniu, bez słowa przynosi mi herbatę…

Pomijając te chwile, w których nasz dom przypomina pole niemej bitwy, mamy wiele wspólnego. Uwielbiamy podróże, kiedy tylko mamy możliwość, pakujemy się i wyruszamy w świat. Czas kanapowy spędzamy przy ulubionych serialach, lubimy wyjścia do teatru, odpoczynek na huśtawce w naszym bzowym zagajniku, układanie puzzli, pizzę z kukurydzą i grecką chałwę,  jesteśmy kinomanami, uwielbiamy pić poranną kawę na tarasie a nocami oglądać spadające gwiazdy, nawet zwykły spacer sprawia nam wiele radości.

A co najważniejsze – przeżywamy życie RAZEM. To znaczy, że nawet kiedy się na siebie dąsamy, wspólnie wybieramy meble do domu i kolor płytek, razem ustalamy menu na imprezy i kierunek lotu na wakacje, odwiedzamy rodzinę i znajomych we dwoje, liczymy się ze swoim zdaniem w każdej sytuacji. Owszem, to nieraz dodaje nam powodu do sprzeczek, ale nigdy nie podejmujemy żadnych decyzji bez siebie.

Czasami słyszę od koleżanek, że nie kłócą się z partnerami. Zastanawiam się wtedy, co sprawiło, że ich związki wygasły? Bo chyba tylko ci, którzy nie żyją ze sobą a obok siebie, potrafią tak wegetować bez emocji.

 

wpid-received_1519297231624365

Ci dzisiejsi dziadkowie

Często słyszę słowa: „ale ta dzisiejsza młodzież…” Ludzie narzekają na nastolatków, porównują szkoły do miejsca rodem z „Synagogi Szatana”, z przerażeniem patrzą na ich zachowanie i dziwne pomysły.
Nasuwa mi się jednak pytanie, gdzie ta przybyszewszczyzna się rodzi?
Kiedyś dzieciaki po szkole biegły na smaczną zupę pomidorową do babci. Tam w czasie obiadu mogły opowiedzieć o wszystkim, co je dręczy. Słuchały niesamowitych historii o czasach wojny. Latem pomagały zbierać agrest i porzeczki, zimą otulały się skrupulatnie wydziorganym szalikiem, poznawały różne obrzędy i uczyły się tradycji. Gdy trafił się gorszy dzień, babcia wyciągała ze spiżarni najcięższą artylerię – własnoręcznie pieczone drożdżówki, wtedy wszystkie problemy znikały…
Z dziadkiem można było czynić honory gospodarza – dumnie przechadzać się po podwórku, zbierać jabłka i sprawdzać, czy w zwierzęcym światku wszystko gra…
Dziś babcie i dziadkowie kochają wnuków na odległość. Życie zawodowe nie zawsze pozwala na poświęcenie im swojego czasu, albo zwyczajnie wolą zająć się swoimi sprawami niż poświęcać czas na bawienie w zasadzie już nie swoich dzieci. Nie ma się więc co dziwić, że młodzi szukają zrozumienia u innych – jednakowo zagubionych – rówieśników… Wełniane szaliki, opowieści z dawnych lat i drożdżówki zastąpione dziś są komputerami, smartfonami i innymi cudami techniki.
Nie chcę generalizować, nie twierdzę, że wszyscy dziadkowie są tacy, nie obarczam ich też winą za problemy z młodzieżą. Myślę jednak, że ta niesamowita siła, jaka bije z ich miłości do wnuków, mogłaby choć trochę pomóc w tym jakże przecież trudnym zmaganiu się z życiem młodych.
Nie lubię narzekać na dzieci, wolę szukać przyczyn ich zachowania. Patrząc na współczesny model życia mam nieraz wielką chęć westchnąć – dzisiejsi dziadkowie…

Nie teraz

„Czas to najlepsze, co możesz dać dziecku”. „Szczęśliwe mamy mają brudne podłogi i nieumyte naczynia”, „nie ma cenniejszego daru od własnego czasu”, „tato, ile zarabiasz na godzinę? czy mogę zapłacić ci za twój czas dla mnie?” – takie i wiele innych haseł krążą w internecie od lat wzbudzając mniejsze lub większe wyrzuty sumienia. Jak to zwykle bywa, łatwo powiedzieć, trudniej zrobić.

Z jednej strony chciałoby się spędzać z dziećmi każdą chwilę, jednak wcale nie jest to takie łatwe. Szczególnie odczułam to, kiedy prowadziłam życie aktywne zawodowo. Siedem dni w tygodniu w pracy dało mi się we znaki. Ciężko było wyłuskać moment na zabawę. Czasami wracałam do domu późno, albo tak padnięta, że nawet nie chciało mi się mówić, często pracowałam w domu do nocy, nie było więc nawet czasu usiąść i porozmawiać. Z drugiej strony, bez pracy nie mogłabym zapewnić dziecku tego, co jest potrzebne. Książki do szkoły – bo oczywiście na żadne darmowe obiecanki się nie załapałam – przybory, wycieczki, opłaty, ubrania (bo rośnie jak na drożdżach), nawet jedzenie i leki tworzyły tak wielki rachunek, że jedna pensja spokojnie wypełniała wychowanie.

Z pewnością przy jednej osobie pracującej mogłabym zapomnieć o dodatkowych lekcjach, atrakcyjnych wakacjach i innych przyjemnościach, których każde dziecko przecież chce doświadczyć. Dlatego wiem, że nie poświęcałam zbyt wiele czasu B1, jednak starałam się, żeby był on wykorzystany na całego.

Od czerwca nie pracuję i widzę, że moje relacje z B1 zdecydowanie się pogłębiły. W ciąży odbierałam ją ze szkoły, miałam więcej czasu dla niej na zabawę, na spacery i wyjścia do kina i na zakupy. Dziś, mimo że jest B2, nadal staram się być jak najbliżej niej. Teraz wchodzi w taki okres, że jedynym skutecznym środkiem wychowawczym jest rozmowa. Wiem, że jeżeli zawalę nasz kontakt, już nigdy go nie odbuduję. A to byłaby chyba największa porażka.

Jeśli już mam wolne dla dzieci, jest to spożytkowane jak najlepiej. Trzymam się zasady, że nie liczy się ilość ale jakość. Bo przecież widzę, ile niepracujących matek zwyczajnie koło dziecka tylko egzystuje, ich czas upływa na spotkaniach z koleżankami, zajmowaniu się sobą. Dzieciak żyje obok postrzegając matkę jak jeden z elementów wyposażenia domu, który zwyczajnie jest, ale niekoniecznie znaczy zbyt wiele. Myślę, że czasami godzina poświęcona dziecku tak, żeby widziało, że to jest czas tylko i wyłącznie dla niego jest lepsza niż cały miesiąc przebywania obok.

Poza tym – ku utrapieniu mojej mamy – przewartościowałam całkowicie moje domowe obowiązki. I wolę wyjść z dziećmi na spacer, niż ścierać kurze, pojechać do kina zamiast stać przy desce do prasowania, pograć w karty, chociażby zmywarka wołała o przepakowanie naczyń. Nie chcę, żeby moje dzieci zapamiętały dom rodzinny jako zimne, lśniące czystością miejsce z matką, dla której czyste podłogi były ważniejsze od nich.

 

tumblr_nqtaftJWzy1u3n4dio1_500