365

received_1643556882531732Kiedy to zleciało? Dokładnie rok temu pierwszy raz zobaczyłam B2. Co prawda niewiele z tego zdjęcia umiałam wyczytać, ale wiedziałam, że właśnie zaczęła się kolejna wspaniała przygoda w moim życiu!

 

 

Reklamy

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.

Dziecko samo zło

Pierwszy raz wakacje udało nam się zaplanować prawie cztery miesiące wcześniej. Postanowiliśmy najpierw wybrać się nad polskie morze, żeby trochę pomarznąć i nafaszerować dzieciaki jodem, a potem dopiero wygrzać dupska w ciepłym kraju. O ile z hotelem za granicą problemu nie ma, bo i łóżko turystyczne w standardzie; i animacje dla bąbli; i nawet udogodnienia dla matek karmiących w samolocie. Ale to normalne, że cywilizacja wspiera macierzyńskie uroki.

Co innego w postsarmackiej rzeczywistości.

Polską część wakacji spędzimy z przyjaciółmi, którzy mają dziecko (dokładnie rzecz biorąc – córkę) dwa tygodnie starszą od B2. Zaraz po decyzji o kierunku wyjazdu zaczęliśmy szukać dogodnych noclegów.  Zależało nam na bliskiej odległości od plaży i detalach związanych z naszą parką, czyli placu zabaw, możliwości zostawienia wózka, podgrzania jedzenia ze słoika, itd. Wybraliśmy pensjonat, pokoje okazały się wolne, przyjaciele przelali zaliczkę i mogliśmy zacząć myśleć o kolorze bikini i liczbie bluz polarowych, które zabierzemy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku dniach właścicielka wróciła przelaną sumę i telefonicznie poinformowała, że musi cofnąć naszą rezerwację, bo uświadomiła sobie, że nasze dzieci będą przechodzić ząbkowanie a co za tym idzie – z pewnością popłaczą sobie sporo i narobią hałasu. I że nie chce narażać swoich gości na taki dyskomfort…

Szok…

Dobrze, że był jeszcze czas na znalezienie czegoś innego. Udało się zarezerwować lepsze noclegi, praktycznie w samym centrum i w lepszym standardzie. Tym razem nikt nie wystraszył się dwóch ząbkujących siedmiomiesięczniaków…

Dziwna sprawa. Wychodzi na to, że w XXI wieku są jeszcze miejsca, gdzie dzieciom wstęp jest wzbroniony. Dacie wiarę?

A Wy co myślicie o takiej sytuacji? Czy w takim razie rodzice małych dzieci powinni zaszyć się w domu albo wyjechać z dzieciarnią w jakąś puszczę, z daleka od innych ludzi, żeby nikomu nie przeszkadzać?

Ludzka sprawa

Odwiedziła mnie koleżanka, matka dwóch synów.  I chyba jako pierwsza zadała mi pytanie, czy nie mam już dość…

A no mam!

Od grudnia nie przespałam żadnej nocy. Chociaż B2 budzi się dopiero koło piątej rano, ja nie dam rady spokojnie zasnąć. Otwieram oczy co chwilę, sprawdzam, czy oddycha, czy jest przykryty albo czy śpi w dobrej pozycji na poduszce.

Moje plecy, gdyby umiały mówić, odpieprzyłyby jakąś konkretnie wielką improwizację o bólu rozrywającym z każdej strony, że by się jej Adam nie powstydził. (Swoją drogą – jak oni taką bandę dzieci ogarnęli, skoro ja przy dwójce piszczę…) Wracając do mniej poetyckiej rzeczywistości, kręgosłup mi wysiada. Większość dnia spędzam w pozycji leżącej, bo B2 to wyjątkowo żarłoczne dziecko. Je jakieś piętnaście razy dziennie. I do tego nie znosi spożywania posiłków nigdzie indziej poza swoim pokojem. Wywala się panicz na łożu i memła cycka od świtu do zmierzchu z małymi przerwami na zabawę.  A ja leżę wiecznie w jednej pozycji i tylko czuję zdrętwienie w lędźwiach i ból łopatek. Kiedy tylko próbuję choć na chwilę położyć się na plecach, panicz budzi się i swoim delikatnym głosem, który słychać chyba na końcu naszej ulicy, domaga się oddania mu tego, co do niego – jak mu się zdaje – należy.  Pomijam już fakt, że w tym leżeniu można umrzeć z nudów.  Wiem, powinnam się błogo wpatrywać w dzieciaka jak te matki w reklamach, ale ile można. Mój jedyny ruchomy obraz to czereśnia za oknem, której – jak tak dalej pójdzie – zacznę liczyć liście… Gdybym miała chociaż telewizor, dowiedziałabym się, co słychać w świecie albo obejrzała jakiś odmóżdżający serial. A tak godziny upływają mi na niczym.  Tylko leżę i gadam do siebie w myślach. Już nawet książki przestały mnie rajcować, bo żadna pozycja nie pozwala mi na swobodne czytanie!

Ręce mam już tak umięśnione, jak nigdy do tej pory. Noszę to moje siedem kilo, bo najbardziej lubi on oglądać świat z wysokości. Dlatego zazwyczaj, kiedy nie śpi, nie robi kupy i nie je, spaceruje sobie po domu w moich ramionach. A ja czuję już po rękawkach koszulek, że obwód mięśnia sukcesywnie się zwiększa…

Mój dom opanowała mafia pająków. Pajęczyny w każdym kącie. Sprzątam codziennie w miarę możliwości, ale nie mam na tyle czasu, żeby na spokojnie wziąć się za porządki. Do tego moje sprzątanie wygląda tak, że:

A) Kiedy B2 śpi, robię coś w pośpiechu i co chwilę zaglądam do niego. Wszystko zajmuje mi dwa razy więcej czasu, bo skupiam się na tym, żeby zbytnio nie hałasować.

B) Kiedy B2 nie śpi, biegam po domu z nim na rękach, odkurzam, układam klamoty. Taka opcja też spowalnia mi czas, bo robota jedną ręką nie należy do najłatwiejszych.

Jem śniadanie z brzdącem na rękach, o ciepłej herbacie mogę już zapomnieć, bo zbyt długie siedzenie w miejscu go nudzi a i boję się, że go obleję. Obiad gotuję biegając od wózka do pieca, żeby go nie poparzyć, pranie nastawiam razem z nim, na szczęście czasami potrafi się czymś zająć, wrzucam go wtedy do wózka i wykorzystuję te chwile na wywieszenie ubrań czy obranie ziemniaków albo krojenie mięsa. Wszystko jednak robię w tempie ekspresowym.

Najgorzej jest, kiedy B1 wraca ze szkoły, bo też chciałaby mojej uwagi. Czasami podaję jej obiad, albo herbatę robiąc w międzyczasie „samoloty”, żeby mały berbeć nie zabił nas swoim wrzaskiem. Kątem oka bawię się z B2, żeby móc wysłuchać relacji B1 z tego, co działo się w szkole, jak poszło jej na sprawdzianach i co robiła na przerwach. O pomocy w odrabianiu lekcji nawet już nie wspomnę. Siedzimy w sypialni berbecia, bo to zazwyczaj jego pora karmienia i tam się uczymy z przerwami na zmianę cycka albo hepnięcia.

Przyznam, że opieka nad dwójką dzieci, kiedy jest się praktycznie samą całe dnie, nie należy do najłatwiejszych. Czasami zazdroszczę tym mamom, które o szesnastej mogą przekazać pałeczkę tatusiom, a same idą na spotkanie z koleżankami, do klubu fitness albo zwyczajnie zamykają się w sypialni i odsypiają minione godziny. B wychodzi z domu po siódmej, wraca po dwudziestej, ma wolne tylko niedziele. Wszystkie obowiązki spadają na mnie. Próbuję więc pogodzić życie dziesięciolatki, która walczy codziennie z przerośniętymi ambicjami nauczycieli i niemowlaka, który chyba nie walczy z niczym, poza kupą i moją bezgraniczną uwagą… Kiedy jedno ma wizytę u lekarza, drugie jedzie ze mną, ładujemy się razem do auta, bierzemy zabawki, kocyki, smoczki i ruszamy. Na zakupy jeździmy we trójkę. I tak większość rzeczy kupuję przez internet, bo w klepie nie mam nawet jak się zastanowić nad wyborem. Zazwyczaj szybko wrzucam do koszyka kilka artykułów, bez których nie przeżylibyśmy do wieczora, a resztę rzeczy dokupuje B. Na spacery, które były dla mnie jedyną formą relaksu, ostatnio nie wychodzimy, bo ulice są tak rozorane, że nawet nie da się przejechać wózkiem, na każdym kroku kopary, kurz, smród i hałasujący robotnicy. Akurat teraz miasto musiało wpaść z robotami kanalizacyjnymi do nas. Zamiast tego wietrzymy się na podwórku. Wystawiam wózek na taras, a sama próbuję nadgonić w tym czasie jakieś obowiązki. No kuźwa co mam mówić, łatwo nie jest. Sama się dziwię, że jakoś to wszystko funkcjonuje, bo w pewnych momentach mam chęć dosłownie usiąść i płakać.

Mówię więc szczerze – mam cholernie dość! Ale… Ani na moment nie oddałabym tego mojego obolałego kręgosłupa, mafii pająków i zwariowanego świata nikomu! Zaleciało ascetyzmem… Ale taka prawda. Jest ciężko, nieraz sama nie wiem, za co się wziąć i jak pogodzić to wszystko. Jednak mimo wszystko lubię swoje życie i jestem w nim szczęśliwa, bo może i jest pełne wyzwań, do których nie przywykłam jako osoba, która do niedawna potrafiła poświęcić się wyłącznie pracy (jak to sama ostatnio stwierdziłam – o wiele łatwiej jest mi stworzyć plan wynikowy do poszczególnych oddziałów niż plan gotowania na dany tydzień…), ale jest moje. I nie zamieniłabym go na żadne inne!

#oszalałamnajegopunkcie #oczy  #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot
#oszalałamnajegopunkcie #oczy #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot

O zawartości serca w człowieku

Weekend majowy spędziliśmy na wsi, u rodziny B2 (w zasadzie po dwunastu latach małżeństwa mogę powiedzieć – u naszej rodziny…). Zajmują się oni sadownictwem. Chociaż pogoda nie dopisywała, wybraliśmy się na spacer po okolicy. Kuzynka pokazała nam ich sady. Byłam w olbrzymim szoku, ile tego jest. Kilometry drzew, które teraz kwitną, a wkrótce zaowocują i będzie trzeba mnóstwo wysiłku, aby pozbierać owoce jak najprędzej. Zawsze podziwiałam ludzi pracujących i uważam, że właśnie ciężka praca uczy pokory (o czym wkrótce na blogu). Ale chyba nigdy tak do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile ludzie potrafią włożyć wysiłku w to, co robią. Kiedy ma się własne uprawy, nie istnieją dni wolne, noce czy relaks. W każdej chwili pogoda, los lub złośliwość ludzka może sprawić, że zamiast siedzieć w domu, trzeba będzie pilnować swoich plonów.

Ale nie o tym dziś chciałam napisać.

Do tej pory w głowie mam jeden obraz, który zobaczyłam właśnie tam. Ciocia i wujek mają piętrowy dom, jednak całe życie rodzinne toczy się na parterze. Tam mają niewielki pokoik i kuchnię. Kiedy w niedzielę wieczorem udało mi się uśpić B2, zeszłam na dół na kolację i widok, który zastałam, zaparł mi dech w piersiach. Zobaczyłam stół, przy którym siedzieli wszyscy dorośli i głośno się śmiali, rozmawiali, jedli i słuchali siebie nawzajem. Na kanapie obok siedziały dzieciaki, grały w coś, komentując swoje ruchy. Najmłodszy berbeć biegał od kąta do kąta, zaczepiał psa i mówił coś do siebie. I co ciekawe – młodzi, którzy mogliby spędzać ten dzień z kolegami albo przy komputerze z wielkim szacunkiem i widoczną gołym okiem radością słuchali opowieści dziadków. Było gwarno, wesoło, pachniało smażoną kiełbasą i chlebem. Uwierzcie mi, zamarłam w tych drzwiach. Nie widziałam takiej sceny od lat. Od ilu? Chyba odkąd umarł mój dziadziuś. Kiedyś w naszym domu zbierali się wszyscy i wspólnie spędzali dnie. Teraz każdy żyje swoim życiem. Nie ma czasu (albo może chęci) na wspólne spotkania. Spontany wyginęły chyba już na zawsze, są tylko cykliczne gościny z konkretnych okazji.

Po chwili wpatrywania się w tak niesamowitą scenę usiadłam z nimi wszystkimi przy stole. Słuchałam ich, obserwowałam i czułam się niesamowicie. Bardzo spodobało mi się też to, że wszyscy wymawiają swoje imiona w formie zdrobniałej. Niby szczegół, ale podkreśla nie tylko ich relacje ale mimowolnie udowadnia, że te uczucia nie są płytkie, ani na pokaz. To szczere, prawdziwe i wyjątkowe więzi rodzinne.

Ciocia natychmiast przyniosła mi jedzenie i – serio – chyba nigdy tak nie smakowała mi żadna kolacja. To wszystko było tak bardzo ciepłe, że żaden normalny piec nie mógłby tego aż tak podgrzać. Było przesiąknięte aurą tego domu. Życzliwością, miłością i wzajemnym szacunkiem.

Kiedy wyjeżdżaliśmy do domu, czułam niemożebny żal. Tak mi dobrze było z nimi, że wcale nie cieszyłam się z powrotu. Wszyscy obdarzyli nas takim ciepłem, że nawet B1 chciała jeszcze zostać, chociaż zazwyczaj po paru dniach tęskni za laptopem i tabletem. Tym razem nawet to nie było jej potrzebne i wcale nie chciała jechać. Bo nasz dom może i jest nowy, urządzony w zgodzie z obecnymi trendami, przytłoczony multimediami, ekonomiczny, może i posiada jakieś tam certyfikaty i atesty, ale nie ma tak wielkiej duszy, jaką przesiąknięte są tamte ściany. To tam mieszkają najbogatsi ludzie świata. Mają wielki skarb, którego zapewne pozazdrościłby im każdy. Doceniają się, szanują, kochają, są dla siebie podporą.

Chciałabym, żeby kiedyś i u nas tak wrzało rodzinne życie. Wiem, że to zasługa cioci i wujka, to oni tak wychowali swoje dzieci, a one przekazały takie same nauki swoim potomkom. Dzięki temu teraz są razem i doceniają się. To właśnie od rodziców zależy, czy ich dzieci będą tworzyły prawdziwą rodzinę. Tam widać ciężką i konsekwentną pracę cioci i wujka. Może i nam kiedyś to się uda. Zastanawiam się, ile serca musi mieścić się w człowieku, żeby mógł przekazać innym aż tyle miłości.

 

#majówka
#majówka

Wyjazdowy niezbędnik

Myślałam, że w trakcie ostatnich pięciu miesięcy udało mi się wszystko już kupić.  Pewne rzeczy okazały się zbyteczne, bez innych nie możemy się obejść. B2 uwielbia swojego Szumisia, ja lubię bujaczek i gryzaki, bo pozwalają mi na porobienie czegoś w domu. Dopiero wyjazd zweryfikował nasz asortyment.

B2 ma wiecznie zapchany nochal i co rano czyścimy go Katarkiem- odsysaczem podłączonym do odkurzacza. Ale podczas pakowania się na majówkę przeraziłam się, bo przecież nie będę targać ze sobą odkurzacza, po to, żeby nos dziecku wyczyścić.  Na szczęście firma Canpol przysłała mi ostatnio urządzenie o tym samym działaniu, tylko bardziej kompaktowe. Zamiast odkurzacza potrzebne są tylko płuca rodzica.

thumb

Aspirator przeznaczony jest dla dzieci poniżej 3 roku życia, które nie potrafią samodzielnie usunąć nadmiaru wydzieliny mogącej prowadzić do powikłań takich jak kaszel czy infekcja ucha.


Ich kształt przystosowany jest do kształtu małego noska co zapobiega zbyt głębokiemu wsunięciu aspiratora. Miękki silikon zmniejsza ryzyko podrażnienia i skaleczenia w przypadku, gdy dziecko nagle poruszy główką.


Jest higieniczny i szybki. Jego przewagą nad innymi tego typu akcesoriami jest możliwość regulacji siły ssania. Urządzenie jest bardzo proste w użyciu, nie wymaga wymiany filtrów czy użycia baterii.

Zestaw zawiera 2 dodatkowe wymienne końcówki i praktyczne etui do przechowywania.

Produkt w ramach programu „Udany początek macierzyństwa”

Aspirator Canpol babies jest teraz wyrobem medycznym. Oznacza to, że spełnia wymagania Dyrektywy 93/42/EWG dotyczącej wyrobów medycznych. Dzięki temu daje gwarancję najwyższej jakości i nie zawiera żadnych potencjalnie toksycznych substancji.

Zbliżają się wakacje. Już myślimy o planowanych wczasach. Dobrze, że aspirator jest już u nas, bo ciężko byłoby spakować odkurzacz do samolotu…