Mamo, nie zabijaj mnie!

 

Zastanów się nad swoimi wydatkami z ostatniego półrocza. Ile kupiłaś nowych par butów? Wiem, aż grzech nie wziąć, gdy twoje wymarzone kozaki świecą na czerwono ceną niższą o 500 zł, a te czółenka z cudną aplikacją możesz mieć gratis, jeśli wydasz na inne buty zaledwie 200 zł. Jak wiele pieniędzy poszło ci na ubrania? Najpierw zimowa, wiosenna, teraz letnia wyprzedaż. Tu stówka na bluzeczkę, tam dwie na płaszczyk i gdzieś jeszcze kolejna na jeansy. A inne przyjemności? Wyjazd w góry na weekend majowy, nowe zasłony do salonu, kolczyki, trochę kosmetyków do makijażu (bo w jednej z sieciówek była promocja), jakieś drobne umilacze – wypad do kina, fryzjer, ptasie mleczko, godzina w siłowni. Pewnie nazbierałoby się tego sporo. Odpowiedz mi więc na jedno, elementarne pytanie – dlaczego uważasz, że nie stać cię na prawdziwy fotelik do samochodu dla twojego dziecka?

Na rynku wybór fotelików jest olbrzymi. Ciężko jednak znaleźć ten jeden, odpowiedni. Niestety, bez względu na to, jaki wybierzemy, chcąc mieć pewność bezpieczeństwa, nie będzie on kosztował mniej niż tysiąc złotych. Owszem, są tańsze, dobre, ale używane. Odradzam jednak takie rozwiązanie, bo nigdy nie macie pewności, że fotelik nie brał udziału w wypadku, albo jakaś jego część nie zużyła się już na tyle, że nie będzie chronić dziecka. Na używanym foteliku możecie zaoszczędzić jakieś 200 – 300 złotych, dlatego lepiej odmówić sobie pary butów, dwóch miesięcy siłowni albo jakiejś fajnej kiecki i zainwestować w nowy. Zagłuszanie sumienia steropianowymi pseudofotelikami za 150, 300 albo 500 złotych nie rozwiąże problemu. Czy czułabyś się bezpiecznie w domu z tektury? Oczywiście, że nie! I żadna combo – srombo nazwa nie zapewni twojemu dziecku bezpieczeństwa, bo nie sztuką jest założyć piękną, oczojebną – tak przecież modną teraz – tapicerkę na gówniany fotelikopodobny twór, który na zdjęciach wygląda zajebiście. Myślisz, że w gazecie informującej o wypadku na pierwszej stronie też będzie pięknie się prezentował?

Zajmijmy się więc prawdziwymi fotelikami. Nie zakładamy innej opcji, jak zakup fotelika posiadającego nie tylko europejskie certyfikaty bezpieczeństwa ECE R44-03 oraz ECE R44-04 ale też pozytywne wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez niezależne organizacje, takie jak np. ADAC.

Na co należy zwrócić uwagę?

1. Na rynku jest kilka kategorii fotelików, jednak nie zawsze powinniśmy się nimi kierować, ponieważ niekoniecznie oddają one faktyczne potrzeby dziecka. Pierwsza bezwzględnie nakazuje wozić dzieciaka w tak zwanej skorupce, czyli foteliku nie tylko zabezpieczającym głowę, ale również dbającym o kręgosłup. Tu jedyne, co może wzmocnić bezpieczeństwo, to wybór nosidełka mocowanego do samochodu systemem isofix.

Kolejna kategoria to fotelik dla dziecka około sześciomiesięcznego. Szukając takiego spotkałam się jeszcze z błędnym określaniem przedziału na podstawie wagi dziecka. Od 2013 norma i-Size nakazała dokonywanie wyboru fotelika w oparciu o wzrost, a nie wagę dziecka. To oczywiste, że waga absolutnie nie oddaje gabarytów, tzn. wysokości ułożenia główki, ramion, itd. Wiem coś o tym. W końcu ja sama ważę tyle co modelki… Niestety, jestem od nich niższa o jakieś 25cm… Główka dziecka nie może wystawać poza obrys oparcia fotelika, bo groziłoby to poważnymi urazami szyi. Dlatego foteliki zgodne z normą i-Size nie dzielą się już na kategorie wagowe (0, 0+, 1, 2 itd.), ale ich rozmiar uwzględnia dwie rzeczy – wzrost wyrażony w centymetrach oraz maksymalną wagę dziecka, które może danego fotelika używać.

Kompletnie nielogiczną kategorią fotelika jest dla mnie przedział 0 – 36kg. Wychodzi na to, że w tym samym foteliku mogę przewozić B1 (~ 34 kg) i B2 (ponad 8 kilosów konkretnej masy). Wiecie jak to się mówi, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do d… W takiej kategorii żadne dziecko nie będzie bezpieczne, bo fotelik nie będzie gwarantował maksimum ochrony dziecku w razie zderzenia, ponieważ jego konstrukcja nie uwzględnia dynamicznie zmieniających się proporcji ciała dziecka.

Dziecko powinno mieć trzy foteliki (minimum!). Ostatni w wieku około 4 lat. I to ten, który jako pierwszy mocuje się wyłącznie przodem do kierunku jazdy!

2. I właśnie tu zajmę się najpopularniejszym ostatnio tematem – kierunek jazdy. Norma i-Size nakłada obowiązek przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Ostatnie badania wykazują, że dzieci co najmniej do 15 miesiąca życia są dużo bezpieczniejsze w podróży, gdy są przewożone tyłem do kierunku jazdy. Dopiero wtedy ich mięśnie szyjne są na tyle silne by wytrzymać nagłe szarpnięcie wywołane kolizją czołową.

Jeśli niemowlę podróżowałoby przodem do kierunku jazdy, w przypadku kolizji czołowej, jego duża i ciężka głowa w stosunku do reszty ciała nie mając podparcia, zostałaby szarpnięta do przodu. Mogłoby to spowodować bardzo poważne uszkodzenia i obrażenia szyi oraz głowy. Przy mocnym zderzeniu kręgosłup zwyczajnie może nie wytrzymać i nie utrzymać główki! Przewożenie niemowląt tyłem do kierunku jazdy gwarantuje, że w chwili zderzenia czołowego, głowa dziecka ma podparcie, a siły działające podczas wypadku, rozchodzą się po większym obszarze, przez co są amortyzowane.
Dziecko może być przewożone tyłem nawet do szóstego roku życia. Im dłużej, tym lepiej i bezpieczniej dla niego.

3. I-Size promuje mocowanie poprzez system ISOFIX. Dzięki temu fotelik staje się integralną częścią samochodu. Niestety, nie wszystkie samochody posiadają ten system. W sklepie z fotelikami dowiedziałam się, że podobno od 2000 roku większość aut powinna być wyposażona, nowsze mają na pewno. Musimy więc najpierw sprawdzić nasze auto. Jeśli takiego systemu nie posiadamy, pozostaje wybór wśród fotelików montowanych pasami.

4.Nie każdy fotelik będzie pasował do każdego auta. Dlatego należy najpierw to sprawdzić. Producenci zazwyczaj mają takie listy samochodów kompatybilnych z ich fotelikami, dlatego koniecznie należy się z nią zapoznać. Na stronkach producentów fotelików samochodowych są też specjalne aplikacje, które nie tylko sprawdzą, czy nasze auto było sprawdzane pod względem kompatybilności z danym fotelikiem, ale również zobaczymy, jak powinniśmy go zamontować, na którym fotelu może być wożony.

Wbrew pozorom zakup fotelika nie jest więc tak trudną sprawą.

Sprawę doboru fotelika mamy za sobą. Pozostaje znów kwestia finansów. Wiesz już, że skrobnie cię to minimum półtora tysiąca, w dobrej promocji znajdziesz może coś za tysiąc złotych. Chociaż miałaś pół roku czasu na zebranie gotówki, omamiły cię jednak te wyprzedaże, buty, kiecki i fitnessy, portfel świeci pustką. Ale jest nadzieja! Jeden z banków pomyślał nie tylko o własnych korzyściach ale o bezpieczeństwie najmniejszych. Oferuje kredyt do 2000 zł na zakup fotelika (trzeba przedstawić dowód zakupu!). Najważniejsze, że pożyczka nie jest obciążona żadnymi opłatami, oprocentowaniem, itd. W 10 ratach oddajesz dokładnie tyle, ile weźmiesz. Jeśli fotelik będzie kosztował 1500 zł, rata będzie równa 150 zł, jeśli 2000 – 200 zł, itd. Jest to więc całkiem dobre rozwiązanie.

Nie masz już więc żadnej wymówki, aby nie kupić dziecku bezpiecznego fotelika. Nic nie stoi na przeszkodzie. Pamiętaj, że wyrazem największej miłości rodzicielskiej jest dbanie o zdrowie i życie dzieci.

Przeczytaj jeszcze raz uważnie cały tekst i poszukaj w okolicy sklepu z fotelikami. Nie żałuj pieniędzy. Zastanów się, czy twoje nowe buty warte są więcej niż życie dziecka?

Reklamy

Słoikowe menu

Odkąd B2 zaczął łapczywie patrzeć na nasze jedzenie, zrozumiałam, że nadszedł ten czas – rozszerzanie diety (słowa, na dźwięk których niejednej mamie włos się na głowie jeży). Doszłam do wniosku, że nie będę udawać Bio – Matki Polki, latać po targach za jakimś wątpliwie naturalnym jedzeniem i zaufam upierdliwym twórcom atestów, którym poddawana jest żywność niemowlęca. Tak, jesteśmy na słoikach! Nie bijcie!

Dlaczego?

Po pierwsze – czas potrzebny na bieganie po targach i szukanie odpowiedniego warzywa, obieranie, gotowanie, blendowanie, ważenie po to tylko, żeby zrobić małą miseczkę zupki wolę poświęcić na zabawę z B2. Nie traktuję karmienia jak żmudnej części dnia. Siadamy wszyscy razem przy stole, z tą tylko różnicą, że my jemy zwykły obiad, a B2 ma swój słoiczek. Karmię go łyżeczką, a na tacce ma ugotowane warzywo, które może sobie rozgniatać, wpychać do buzi, próbować gryźć zalążkami zębów. Nie odbieram mu dzięki temu kontaktu z jedzeniem.

Po drugie – nie dorobiłam się w domu laboratorium i nie jestem w stanie sprawdzić, czy ziemniak albo marchewka z rzekomego targu nie świeci w nocy. Pediatrzy i dietetycy często sugerują, że do ukończenia przez dziecko pierwszego roku życia nie powinno się podawać mu mięs ani warzyw w innej postaci niż właśnie słoiki. Zanieczyszczenie środowiska i brak możliwości przebadania kupowanych produktów powinno dać rodzicom do myślenia. Nie wiemy przecież, jak tak na prawdę mięso trafiło do sklepów i czym pryskano piękne, czerwone jabłuszko i soczystą marchewkę. Do tego niedojrzała jeszcze w tym wieku wątroba malucha, która nie ma możliwości oczyszczania organizmu z ewentualnych toksyn łatwo może ulec uszkodzeniu. Dania ze słoiczków są zdecydowanie bezpieczniejsze, dzięki zbilansowaniu odpowiednio do wieku dziecka, poddaniu niezbędnym badaniom i dostosowaniu do europejskich norm.

Po trzecie – uważam, że wcale dieta słoikowa nie jest wiele droższa od naturalnego jedzenia, bo chcąc ugotować 200 ml zupki i tak trzeba kupić jakiegoś kuraka (z wolnego wybiegu albo od pana Kazia zza płotu), warzywa i zrobić porcję garnkową. Marnuje się więc sporo żarcia, bo raczej mięsożerny tatuś na widok jałowej zupki zmarszczy brwi i grzecznie zapyta, co na drugie danie…

I po ostatnie – nie do końca rozumiem tylu sceptyków, którzy tylko powtarzają puste hasła, jak to koncerny robią w balona naiwne mamusie i dodają Bóg wie czego do zupek. Pomyślcie. Jak bardzo wasi szefowie trzęsą portkami na hasło SANEPID? Tak też producenci żywności dla dzieci boją się kontrolerów. I to nie tych naszych, polskich (czyt. tumiwisistów czekających na kubek kawy i jakieś ciacho). Ich zmorą są unijne normy i faceci w białych fartuchach, którzy surowo sprawdzają ich przestrzeganie. Wiem coś o tym. Niczego tak się nigdy nie obawiałam, jak kontroli projektów unijnych. Tam sprawdza się szczegół szczegółu…

Nie sądzę, żeby obiady gotowane w domu były zdrowsze. Owszem, może warzywa niepoddawane obróbce mają więcej witamin. Ale karmiąc piersią dodatkowo zaopatruję dziecko w składniki mineralne, dlatego to, co straci w słoiku, wyssie sobie z mlekiem. Za to warzywa i mięso kupowane nawet na targach ze zdrową żywnością mają mnóstwo szkodliwych substancji.

Chcąc karmić dziecko prawdziwie dobrą żywnością, musiałabym założyć hodowlę kur, indyków, królików (chociaż jednego w domu mamy…), krów, mieć stawy z rybami i pola uprawne. Myślicie, że kult Matki Rolnika zastąpi wkrótce Matkę Polkę?

 

Ach śpij, kochanie – według trzeciego rozdziału

Moje miłości  #b1 #b2 #babylove #babyboy #jużniebabygirl #bednarkowelove

Miałam na studiach panią profesor od metodyki. Potrafiła ona zaprezentować nam idealny przebieg jednostki lekcyjnej – wspólne wymyślanie tematu lekcji z uczniami, metody aktywizujące, multimedia, nawiązania, itd. Wszystko wspaniale opisała w licznych publikacjach. Opowiadała nam, jak wypucować przebieg lekcji i zaplanować nanosekundę z czterdziestu pięciu minut. Przypomniałam sobie jej zajęcia, kiedy zaczęłam pracę w szkole. Przyznam, że notatki z wykładów i ćwiczeń bardzo mi się przydały… do rozpałki podczas pierwszego ogniska z moją klasą. Dlaczego? Może i ta pani stworzyła wspaniałą teorię, ale w szkole ostatni raz była chyba jako uczennica… Nijak to się miało do prawdziwej lekcji. Rzeczywistość zweryfikowała jej metody i zasadziła im soczystego kopa, bo nie da się książkowo podchodzić do drugiego człowieka.

Co to ma wspólnego z moimi dzisiejszymi rozważaniami?

Od wielu lat jak grzyby po deszczu wyrastają coraz to nowsze teorie na temat usypiania dzieci. Jedna wydaje się być lepsza od drugiej. Postanowiłam przejrzeć kilka najpopularniejszych.

Pierwsza, chyba najbardziej wzięta, to metoda „podnieś, połóż” Tracy Hogg. Przyznam szczerze, że kiedy poszperałam w Internetach i poczytałam o tej metodzie, pomyślałam, że ktoś robi sobie jaja. Kiedy jednak bliżej zapoznałam się z tą innowacją, serce mi pękać zaczęło na myśl, że ktoś kierował się tymi o dupę rozbić radami.

Nauka samodzielnego zasypiania według Hogg zaczyna się od pierwszej nocy życia dziecka. Rodzic już od początku nie ma prawa pozwolić maleństwu zasnąć w chwili, kiedy zaczyna wchodzić w błogostan. Nie może więc to być moment karmienia, noszenia na rękach, przytulania czy kołysania. Czyli dzieciątko smacznie utulone w ramionach mamy musi być natychmiast przebudzane. Co to za bestialstwo?

To jeszcze nic. Według Tracy Hogg, dziecko odkładane do łóżeczka wieczorem płacze, bo jest zmęczone i ma zbyt dużo wrażeń. No kuźwa prawdziwa zaklinaczka! Skąd ona wie, dlaczego płacze MOJE dziecko, skoro ja sama czasami się nad tym długo muszę zastanawiać?

Gdy niemowlę obudzi się w nocy, rodzic ma do niego nie mówić i nie patrzeć mu w oczy. Jezu!!! Jeśli płacze, należy trochę odczekać (autorka nie precyzuje ile dokładnie), następnie poklepać dziecko po pupie, zanim ewentualnie weźmie się je na ręce. Jeśli klepanie i czekanie nie zadziała, włączamy autorską technikę “podnieś – połóż”.

Zaspokajamy potrzeby płaczącego dziecka, biorąc je na ręce, a gdy tylko się uspokoi, odkładamy je. Gdy znów płacze, podnosimy ponownie itd. Nie wolno nosić dziecka dłużej, niż to “konieczne”, a już na pewno nie pozwolić mu zasnąć na rękach. Jeśli niemowlę jest już starsze i po przebudzeniu siada w łóżeczku, nie podnosimy go, tylko kładziemy na materac, czyli zwyczajnie siłujemy się z nim i zmuszamy do snu.

Ile razy powtarzamy całą zabawę? Aż do skutku. Hogg opisała przypadek niemowlaka, którego podnosiła i kładła aż 128 razy, zanim się poddał. Całą noc spędziła na walce z przerażonym , biednym dzieciątkiem, które raczej nie przeczytało tej debilnej książki i nie wiedziało, dlaczego jest samo, dlaczego nie czuje ciepła mamy, które tuliło go do snu, kołysało przez dziewięć miesięcy życia płodowego… Nie ma co, zajebisty sposób wytresowania dziecka. Tylko jakim kosztem? Mam wrażenie, że treserzy zwierząt w cyrku mają więcej sumienia, niż autorka tej metody…

Co ciekawe, Hogg uważa, że usypianie dziecka na rękach czy przy piersi to poważne błędy, które zemszczą się potem na rodzicach. O ile zemstą jest znakomita więź z dzieckiem i niezaburzony emocjonalnie dorosły człowiek, to mścij się losie na rodzicach, ile tylko chcesz!

Druga, równie cudowna metoda została wymyślona przez kolejnego geniusza, Richarda Ferbera. Polega na zostawianiu dziecka samego w pokoju i czekaniu za drzwiami, aż zaśnie. Jeśli płacze, po pięciu minutach trzeba wejść, uspokoić go bez brania na ręce i wyjść, czynność powtórzyć, ale wydłużać czas oczekiwania. Tak zwane branie dziecka na przetrzymanie. W nawiązaniu do tej metody przeczytałam kiedyś świetny tekst. Autor każe sobie wyobrazić wielki, ciemny pokój, w którym widać z daleka jakąś smugę światła. W pokoju jest człowiek. Leży nieruchomo, nie może się podnieść, widzi tylko czarne ściany. Woła o pomoc, jednak nikt nie reaguje. Co jakiś czas widzi tylko jakąś postać, która na chwilę przychodzi i po kilku minutach znowu znika. Nie rozumie, dlaczego jest sam, z jakiego powodu nikt nie chce mu pomóc. Wciąż woła błagalnie o pomoc, niestety bez skutku. Ostatecznie pada z wycieńczenia. To właśnie czuje niemowlę, które zmuszane jest do zasypiania bez rodziców.

Większość metod zakłada ignorowanie płaczu dziecka, bierne przyzwolenie na tzw. „wypłakiwanie”, nienawiązywanie kontaktu z maluchem, bycie opornym na błagania i prośby. W teorii wydaje się to być proste, praktyka zapewne przypomina jeden wielki koszmar.

Znalazłam jeszcze jedną, równie dziwną i bezsensowną metodę.Polega ona – uwaga – na budzeniu śpiącego dziecka. Brzmi to absurdalnie. Żeby uśpić dziecko, muszę je obudzić? Na początku przez tydzień rodzice mają za zadanie obserwować i notować, kiedy dziecko samo się budzi. Kiedy już poznają mniej więcej rytm snu malucha, mają go budzić 15 minut przed tym zanotowanym, uspokoić i uśpić. Nie mam pojęcia, czemu to ma służyć. Wydaje mi się, że ludziom zaczyna brakować pomysłów na prace doktorskie, stąd te wszystkie farmazony.

Która z nich jest najskuteczniejsza. Uważam, że żadna!

Po pierwsze, każde dziecko jest inne i wymaga indywidualnego podejścia. Jedno będzie wolało samotność, drugie będzie potrzebowało bliskości rodziców. Po drugie, płacz dziecka nie jest żadną formą szantażu! Maleństwo w ten sposób prosi o pomoc. Bo jest zaniepokojone, bo czuje lęk, bo kuźwa po to ma rodziców, żeby zapewnili mu bezpieczeństwo a nie dodawali negatywnych doznań! Po jaką cholerę ludziom dzieci, skoro nie chcą okazać im uczuć?

B2 zasypia co wieczór przy mnie!!! (wybałuszajcie oczy specjaliści od wychowania!!!), bezpośrednio po karmieniu (rwijcie kłaki z głowy!!!), mało tego, nawet nieraz robi sobie z cycka poduszkę (aresztujcie mnie za to!!!). I – drżyjcie pseudoznawcy – śpię z nim. CAŁĄ NOC!!!

Dlaczego?

Bo uważam, że właśnie w nocy dziecko potrzebuje najwięcej bliskości.

Bo chcę, aby naturalna potrzeba bezpieczeństwa ani na moment nie została zaburzona.

Bo kiedy ja potrzebuję, żeby ktoś bliski mnie przytulił, nie zostaję odrzucona, dlaczego więc mam odpychać jedną z najważniejszych osób w moim życiu?

Bo wiem, że w takim błogostanie układ psychonerwowy dzieciątka kształtuje się najlepiej.

Bo mam pewność, że moje dziecko nie będzie miało nocnych lęków i wyrośnie w poczuciu, że może w każdym momencie ukryć się w moich ramionach.

Bo wiem, że w ten sposób buduję jego poczucie własnej wartości i pomagam w rozwoju emocjonalnym.

Bo więź, która między nami w te sposób powstaje, będzie podwaliną naszych późniejszych relacji.

Bo mogę na bieżąco sprawdzać, czy nie ma ciepłego czoła, zimnego dupska czy gołych ramion.

Bo nie pozwolę odebrać sobie tej przyjemności tulenia małych stópek, wsłuchiwania się w miarowy oddech i dotykania policzkiem delikatnej główki. Te chwile trwają tak krótko i nie będę miała jak się do nich cofnąć, kiedy uświadomię sobie, że straciłam najpiękniejsze momenty życia!

Bo zdaję sobie sprawę, że teraz najważniejsze dla mojego dziecka jest przytulanie i świadomość bliskości. To właśnie kształtuje jego osobowość i ma olbrzymi wpływ na to, jakim będzie człowiekiem w przyszłości.

Wieczory nie są dla nas koszmarem a mile spędzonym wspólnie czasem. B2 bez pośpiechu je, nie stresuje się, nie płacze, dzięki czemu w spokoju przesypia całą noc. Kiedy zaśnie, mam jeszcze czas na wieczorny relaks, bo nie wybudza go żaden niepokój.

Mówcie, co chcecie. Możecie mnie krytykować, wywalić jak z kałacha lawinę kontrargumentów, ale nikt nie wmówi mi, że dziecko wychowywane bez czułości, w surowej dyscyplinie z książek psychologicznych rodem, będzie szczęśliwe. Jak można odmówić dziecku bliskości? Ile trzeba mieć w sobie zimna, żeby na widok płaczącego dziecka nie wziąć go na ręce, nie pocałować i nie przytulić?

Wypieprz człowieku te psychologiczne gówna do kosza i zacznij słuchać intuicji. Twoje serce jest o wiele lepszym doradcą niż sterty teorii pseudonaukowców!

 

 

Powiedz mi, jaki jesteś, a nadam ci imię…

Uwielbiam podróżować. Kocham europejskie kraje, ich kultura, osiągnięcia i historia zadziwia mnie na każdym kroku. Jedyne, czego nie znoszę, to samoloty. Zazwyczaj staram się zasypiać na całą drogę, bo wtedy stres jest mniejszy. W ubiegłym roku, kiedy leciałam z Lizbony do Warszawy, przyśnił mi się mały chłopiec. Miał długie, blond włosy, jasną cerę, przejrzyście niebieskie oczy i drewniany miecz w ręce. Biegał po korytarzu w mojej pracy, a ja stałam przy drzwiach sekretariatu i słyszałam tylko „Jestem Bruno niepokonany!”…

Nigdy nawet nie pomyślałam o tym imieniu dla syna. Marzyłam o Kamilu Krzysztofie, jednak coś mnie tknęło, żeby właśnie Bruno wpisał się do naszej rodziny. I mam wrażenie, że nic innego nie pasuje do niego. Podobno na starcie musiał wykazać się nie lada wysiłkiem, a że jego imię pochodzi od niedźwiedzia, ma on w sobie niezmierzoną siłę. Kiedy się zdenerwuje, warczy jak mały misiek. A gdy zdobywa nową umiejętność, wysila się całym sobą. Zupełnie jak ten dzieciak z drewnianym mieczem ze snu.

Imię nadaje człowiekowi charakteru. Nie może być inaczej. Wszystkie moje imienniczki, które znam, są zadziorne, uparte ale za to bardzo kreatywne i odważne. Czasami mam wrażenie, że patrząc na nie, spoglądam w lustro…

Są też wyjątki od reguły. B i mój tata to imiennicy. I nic poza tym ich nie łączy. Są zupełnie inni… Może to kwestia mentalności, a może nie udało mi się jeszcze odnaleźć tego wspólnego pierwiastka?

Co do B1 – na studiach przyjaźniłam się z bardzo rezolutną i operatywną dziewczyną. Razem spędzałyśmy wiele czasu. Podziwiałam ją za to, że tak dobrze radziła sobie w życiu, chociaż nie miała łatwo. Wychowywała się bez rodziców, miała tylko babcię, ledwo wiązała koniec z końcem. A i tak każdy rok studiów kończyła ze świetnym wynikiem. Upamiętniłam ją w drugim imieniu B1, za to pierwsze pochodzi z noweli, która została mi w głowie i wyłuskała ze mnie mnóstwo emocji. Nie wiem, jaki charakter jest typowy dla Julianny Izabeli. Ale nieraz widzę w niej moją koleżankę, kiedy ze stoickim spokojem uderza swoją zaradnością, a samowystarczalnym sposobem bycia przypomina małą bohaterkę z noweli.

To niesamowite, jak kilka liter złożonych w urzędową całość może zdeterminować życie…

Moja miłość  #babygirl #babylove #mylove #girl #nastolatka