Wychowaj moje dziecko!

I znowu popołudnie w książkach.  #pocotyletejnauki #b1 #nauka #nauczycielezgłupieli

Idzie rok szkolny. W internecie zaczęło krążyć mnóstwo memów z nieszczęśliwymi dziećmi i skaczącymi  do góry z radości rodzicami. Obrazki faktycznie są zabawne, ale poruszają dość smutny problem. Długo myślałam, czy wypowiedzieć się na ten temat. Muszę jednak wylać swoje żale, bo od dawna mnie irytuje podejście rodziców… I tym razem nie mówię jako mama ale jako nauczycielka…

Sama nie mogę doczekać się powrotu B1 do szkoły ale tylko dlatego, bo z nudów zaczyna być nieznośna i rozleniwiona. Mieszkamy daleko od jej koleżanek, z większością ma tylko kontakt telefoniczny, widzę, że za nimi tęskni. W trakcie roku szkolnego wstaje wcześniej i cały dzień jest lepiej zorganizowany, w szkole spędza czas z koleżankami, wybawi się, wyśmieje, wygada i wraca do domu naładowana pozytywną energią. Na lekcjach i przerwach zawsze coś się dzieje, nie da się nudzić. Jest to niestety jedyny atut zbliżających się dni. Cała reszta to godziny spędzone w książkach, stres przed sprawdzianami, tłumaczenie trudnych partii materiału i mnóstwo czasu poświęconego na odrabianie zadań domowych. Wiem, że nie dla każdego rodzica jest to utrapienie. Dlaczego? Bynajmniej nie z powodu posiadania uzdolnionych dzieci. Żaden uczeń nie poradzi sobie sam, bez pomocy rodzica. I nie mówię tu o wyręczaniu a o zwykłym wsparciu – sprawdzeniu zadania, przepytaniu, doradzeniu w doborze źródeł, itd. Nie zostawiam B1 na pastwę edukacji, pilnuję jej, pomagam, spędzam popołudnia na towarzyszeniu jej w nauce. Wiem, że muszę tego dopilnować jako matka, nie mogę zwalić tego obowiązku na nauczycieli, bo to nie jest ich „brocha”.

Niestety, wielu rodziców ma dziwne pojęcie, że dzień rozpoczęcia szkoły jest dla nich początkiem wakacji od kształcenia i wychowania. Zaprowadzają dziecko do szkoły i nie interesuje ich, czego się tam uczy, jaki materiał musi opanować i jak zachowuje się na lekcjach, przerwach, w relacji z rówieśnikami i pracownikami szkoły. Nie czują potrzeby wychowywania i uczenia dziecka. Zrzucają ten obowiązek na nauczycieli, zapominając, kto tak naprawdę powinien być pierwszym, najważniejszym źródłem wiedzy o świecie. Winą za wszelkie niepowodzenia obarczają szkołę, jakby nagle przestali zdawać sobie sprawę z tego, że większość czasu mimo wszystko dzieci spędzają w domu.

Szkoła to nie fabryka, nie wychowa młodych ludzi sama, nie wbije na siłę im wiedzy do głów, nie wypluje na koniec edukacji idealnego człowieka, gotowego na walkę z trudami życia. Uważam, że nauczyciele mogą jedynie wesprzeć rodziców w ICH obowiązku.

Dla wielu matek szkoła stała się wręcz „przechowalnią” dzieci. Miałam kiedyś krótki epizod pracy w szkolnej świetlicy. Dzieciaki mogły w niej przebywać od 6:30 do 16:00. Rodzice pracujący często z wywieszonymi językami pędzili po swoje pociechy, żeby jak najszybciej odebrać je ze szkoły, a niejednokrotnie dzieciaki bezrobotnych mam dosłownie zamykały ze mną świetlicę i nieraz musiałam czekać długo po godzinach mojej pracy, aż taka jedna z drugą między łykami kawy u koleżanki przypomni sobie, że jeszcze ma dziecko… To samo podczas przerw świątecznych, kiedy nauczyciele zapewniali uczniom opiekę. Nie przychodziły dzieciaki pracujących rodziców (oni zazwyczaj byli na tyle zorganizowani, że już dużo wcześniej mieli załatwioną pomoc w postaci babci, ciotki, sąsiadki, itd. Zwyczajnie, po ludzku chcieli dać możliwość odpoczynku od szkoły swoim pociechom). Ale niestety, byli tacy, którzy kręcili nosem na myśl, że w Wigilię szkoła czynna jest TYLKO do godziny 13:00. Myslę, że dla niektórych najbardziej satysfakcjonująca by była całodobowa opieka. W tym wszystkim najbardziej żal było mi tych dzieci. Czekały z utęsknieniem na matki, ojców, opowiadały, jak spędzą z nimi czas, wyglądały za okno i przebierając nogami liczyły na to, że chociaż raz ktoś odbierze je wcześniej…

Rodzicu! Pamiętaj! Jestem nauczycielem a nie opiekunką. Nie wychowam za ciebie dziecka. Mogę wesprzeć cię w tym trudnym zadaniu, mogę pokierować, doradzić. Przekażę twojemu dziecku wiedzę i dam niezbędne umiejętności, ale ty musisz z nim w domu utrwalać to, na co ja mam codziennie tylko czterdzieści minut. Musisz sprawdzać, czy radzi sobie ze wszystkim, kontrolować jego wiedzę, uczyć go dysponowania czasem, pokazać mu, że może na ciebie liczyć.

W procesie wychowania twojego dziecka musimy być partnerami, nie podważaj mojego autorytetu, bo kiedyś dziecko zlekceważy ciebie. Nie bagatelizuj moich uwag i ocen, bo nauczysz dziecko bagatelizowania obowiązków. Tylko współpracując możemy dać twojemu dziecku obszerną wiedzę, porządne umiejętności i solidne wychowanie. Wiedz, że bez ciebie poradzę sobie, przeprowadzę lekcję, dam dziecku maksymalne wsparcie i odnajdę w nim to, co najlepsze. Ale ty skrzywdzisz zarówno siebie jak i swoją pociechę. Twoja obojętność wbije w serce dzieciaka szpile, których nie uda ci się już wyciągnąć.

Dziecko jest twoje, mój jest uczeń. Nie zrzucaj na mnie obowiązku wychowania, bo ja będę z wami tylko kilka lat, potem zostajecie sami i musicie jakoś ze sobą żyć.

I tylko od ciebie zależy kształt waszej przyszłości. Chcesz mieć poczucie winy za notoryczne porażki czy czuć dumę z sukcesów twojego dziecka?

Reklamy

Od największych dla najmniejszych

Dzieci są największymi motywatorami do działania. To niesamowite, jak dorośli stają na głowie, żeby maluchom było w życiu łatwiej, cieplej, wygodniej, zdrowiej, itd…

Największe koncerny prześcigają się w innowacyjnych produktach do zabawy, jedzenia i pielęgnacji. A wszystko dla nich, najwspanialszych czasoumilaczy…

Wśród firm przyjaznych dzieciom zdecydowanie wiedzie prym Canpol Babies, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i drugi raz towarzyszy nam w drodze macierzyńskiej. Jeśli chcecie poznać bliżej świat dziecięcych marzeń, rodzicielskich rozterek,wpadajcie do Blogosfery Canpol. Możecie tam nie tylko zasięgnąć porad w sprawie wychowania i pielęgnacji maluszków, wypowiedzieć się na forum i poznać inne mamy, ale też otrzymać świetne produkty – zabawki i akcesoria Canpol Babies.

Sama jestem Canpolmamą, o czym już nieraz mogłam Wam opowiedzieć, kiedy to razem z B2 testowaliśmy produkty. Jesteśmy wiernymi fanami Canpol Babies i mamy nadzieję, że i tym razem firma nam zaufa i pozwoli na wyrażenie swojej opinii o kolejnym fascynującym produkcie.

Zaglądajcie koniecznie!

Last minute

 

Najpierw bieganina w pracy. Koniec roku szkolnego, konferencje, papierologia. Nie było czasu na nic.

Potem przygotowania do wczasów. Uzupełnienie garderoby, jakieś kosmetyki, trochę zabawek, pranie, prasowanie, walka z wiecznie za małą walizką.

Nie było czasu na nic.

Po wczasach wpadliśmy na chwilę, przywieźliśmy mydełka, ouzo i pierdoły z greckich kramów. Oglądaliśmy zdjęcia, zachwycaliśmy się hotelem, plażą, pogodą… ale była już taka nieobecna.

 

Zawsze wpatrzona w nas, z ciepłym uśmiechem, teraz spoglądała w dal, a w oczach brakowało tych wyjątkowych iskierek. Tylko pustka.

Szybko się zwinęliśmy, żeby zacząć pakowanie do krótkiego wypadu nad morze. Wsiadałam do samochodu, a ona siedziała przy oknie balkonowym i machała mi na pożegnanie.  Wtedy przeszlo mnie jakieś drżenie. Jakbym czuła, że ta chwila zostanie w moim sercu już na zawsze…
Wróciliśmy dwa dni przed jej urodzinami, zdążyłam podjechać do sklepu po nalewkę, którą co roku kupowałam jej w prezencie. Planowałam wpaść na chwilę. Ale w dniu urodzin nie miałam czasu, bo wieczorem wyjeżdżałam na obóz z dzieciakami.
Nie było czasu… Wiecznie nie było czasu…

No nic, postanowiłam odwiedzić ją po powrocie. Przecież nalewka się nie zepsuje.
Kiedy wróciłam, już jej nie było. Wiedziała, że nie znoszę pogrzebów, że pożegnania są dla mnie okrutnym przeżyciem. Postanowiła mi tego oszczędzić, nie zaprzątać mi sobą głowy, bo przecież ja wiecznie nie miałam czasu…
Do dziś w myślach widzę ją w oknie, jak podnosi firankę, macha mi i puszcza całusy. Uśmiechnięta, spokojna i pełna miłości. A ja pędziłam. Zawsze gdzieś, po coś, tyle było spraw, tyle obowiązków, planów, ciągle w biegu… Ona zawsze czekała. I była. Nie usłyszałam nigdy, że nie może, że nie da rady, że nie ma czasu, że jutro, za tydzień…

Zawsze miała dla mnie czas.
Nigdy sobie nie wybaczę, że jej nie odwiedziłam w urodziny. Co roku przyjeżdżałam, choćby na chwilę. Co się ze mną stało? Jak mogłam tak przewartościować mój świat?

Czas…
Najgorzej rozlokowany dar, jaki posiadam…

Już nauczyłam się, że mogę nie mieć go na sprzątanie, obejrzenie filmu, książkę, bloga czy pracę. W każdej chwili jednak MUSZĘ bezwzględnie go poświęcić komuś, kto tego właśnie potrzebuje. Teraz! Bo to może już być ostatnia minuta…

Mleczna prawda

#karmieniepiersią #karmiębokocham #karmieniepiersiąjestpiękne #B2 #babylove #babyboy #blog #instababy

Ja wiem. Karmienie piersią to koszmar. Już po kilku dniach od porodu masz chęć uciec gdzieś daleko, schować swoje cycki przed światem ( a konkretnie przed wydanym na tenże świat nienażartym ssakiem) i wrzasnąć, żeby wszyscy dali ci święty spokój. Nie spodziewałaś się z pewnością, że leżenie może być tak męczące. A jednak! Kręgosłup jest poturbowany jak wóz na kamienistej drodze, czujesz każdy zastany mięsień, sutki pogryzione do krwi a piersi zapomniały dawno o jędrności i powoli  zaglądają pod kolana.
Ale przyznaj, kochasz to. Cierpisz jak cholera, ale wiesz też jak szybko ucieka czas. Te chwile trwają bardzo krótko i są niepowtarzalne. Takie mgnienie niewyobrażalnej cudowności. Przecież już nigdy więcej nie poczujesz tego błogostanu i aury więzi z dzieckiem.
To najpiękniejsze z przeżyć, podczas którego czujesz, jakby świat stanął w miejscu, nic nie jest ważne, liczy się tylko jedno – widok maleńkiego dzieciątka, które z przymrużonymi oczami, bez pośpiechu delektuje się każdym łykiem. To ponadwymiarowe poczucie, że teraz jesteś tylko ty i ono, jedność i świadomość, że wciąż tworzycie wspólny organizm, ten wszechobecny spokój. Nic tak nie wycisza cię jak ciepło wtulonego w ciebie dziecka!
Karmienie to przeżycie mistyczne. Ma w sobie cudowne pierwiastki. Nie uciekaj przed nim. Nie tłumacz się brakiem czasu, powrotem do pracy bólem czy niemożnością zaspokojenia głodu dziecka. Wykorzystaj swój dar do granic możliwości. Bo potem pozostanie już tylko szara rzeczywistość.

Pranie mózgu?

Kiedy wróciłam ze szpitala z maleńką B1, zastałam cały sznur miniubranek wypranych starannie przez moją mamę. Jest ona zwolenniczką prania ręcznego, dlatego każde ubranko potraktowała osobiście płatkami mydlanymi i hektolitrami wody. Potem długo je prasowała i układała w szafie bez składania w kostkę, żeby przypadkiem zagięcia nie gniotły małego ciałka. Po pierwszej wizycie położnej z rąk ubranka powędrowały do pralki, bo usłyszałam, że nawet najbardziej uparte ręce matczyne nie wypłukają tak dobrze chemii z tkanin jak urządzenie specjalnie do tego stworzone. Płatki mydlane też poszły w odstawkę i zaczęłam testować różne proszki i płyny – hypoalergiczne, bezzapachowe, zmiękczające, itd. Ostatecznie, gdy B1 miała roczek, prałam już w zwykłych proszkach i do dziś moje dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą.
Przy B2 pominęłam etap płatków mydlanych i od początku wprowadziłam proszek dla dzieci. Najbardziej przypadł mi do gustu Jelp. Jest dobry. Nie ma mdłego zapachu jak Lovella i łatwo się wypłukuje z ubranek. W programie antyalergia radzi sobie z większością świeżych zabrudzeń. Gorzej z zaschniętymi plamami… Nie znalazłam jeszcze złotego środka na swoiste menu dnia B2 na jego koszulkach i bodziakach…

Zastanawiam się jednak nad faktyczną wyższością proszków dla dzieci nad zwykłymi środkami do prania. Stosuję, bo wolę nie testować swoich wątpliwości na dziecku, ale podejrzewam, że to mydlenie oczu matkom przez koncerny produkujące chemię domową. Zapewne przy B2 też wrócę do zwykłego prania już za kilka miesięcy.

Chociaż…
Usłyszałam też o innowacyjnej metodzie prania, szczególnie sprzyjającej niemowlakom. Firma TianDe wypuściła na rynek kule turmalinowe do prania, które w 100% posiadają naturalne składniki. Doskonale i ekonomicznie zastępują proszek do prania, płyn do prania oraz płyn do płukania. Kule są przeznaczone do prania bielizny osobistej i pościelowej bez użycia proszków i innych środków do prania.
Turmalinowe kule zapewniają doskonałe efekty prania bez fosforanów i środków powierzchniowo czynnych. Ze względu na brak agresywnych składników chemicznych kule są całkowicie nieszkodliwe dla zdrowia ludzkiego i środowiska. Nie uczulają. Nie powodują podrażnienia i reakcji  alergicznych. Ponadto granulki kul mają silne działanie antybakteryjne. Usuwają nieprzyjemny zapach. Nadają materiałowi miękkość, świeżość i ochronę koloru.
Podstawowy składnik w procesie prania stanowi woda. Aby usunąć brudne plamy, należy wzmocnić jej właściwości rozpuszczenia substancji za pomocą zmniejszenia jej napięcia powierzchniowego. W proszkach do prania dzieje się to za sprawą Substancji Powierzchniowo Czynnych (SPC). Natomiast ekosfery osiągają ten rezultat oddziałując na wodę za pomocą stabilnych zmiennych pól elektromagnetycznych.
Przy ruchu turmalinu w wodzie tworzą się elektryczne mikrostrumienie, które zmniejszają siłę napięcia między molekułami wody, zwiększając ich właściwości rozpuszczające. Metale ziem rzadkich poprawiają jakość prania, zwiększając przewodzenie prądu w wodzie. Zeolity zaś zmiękczają ją poprzez usunięcie nadmiaru soli. W skład niebieskiej ekosfery wchodzi srebro koloidalne posiadające działanie antybakteryjne.
Po praniu z użyciem ekosfer odzież pachnie prawdziwą czystością i świeżością. Jest też bezpieczna dla delikatnego ciała dziecka.
W dzisiejszych czasach my, mamy możemy dokonywać wyborów. Jest dużo możliwości utrzymania czystości i dbania o zdrowie naszych dzieci. Co prawda era płatków mydlanych już przeminęła, ale wśród proszków  i naturalnych produktów można się bardzo długo zastanawiać.
A Wy jak pierzecie ubranka dzieci?

Zejdź do poziomu podłogi!

 #babylove #babyboy #b2 #oszalałamnajegopunkcie

W sklepie starsza pani podeszła do B2 i zaczęła robić głupie miny. Ten z deka się wystraszył i położył, po czym nie umiał sobie usiąść, bo nie dostawał nóżkami do pałąka, a to jedyna podpora, dzięki której podnosi się do siadu. Pani zdziwiła się, zrobiła wielkie oczy i padł klasyk: „To on JESZCZE nie siedzi”???
A no kuźwa nie! Nie siedzi, nie chodzi, nie mówi, nie pisze, nawet nie śpiewa. A! No i nie lata!
Naprawdę, nie ogarniam tego chorego wyścigu w rozwoju dzieci. Co to ma dać? Jaka różnica, czy dzieciak zacznie siedzieć, mówić, chodzić czy czytać wcześniej albo później? Ciągle to powtarzam, że każde dziecko jest inne i nie da się książkowo określać jego rozwoju. Ludzie notorycznie przyspieszają pewne etapy, sadzają, prowadzą za ręce, pod pachy,  wkładają do krzesełek, chodzików, itd. To tak, jakby otwierali pączek róży na siłę. Owszem, uda się, kwiat będzie wyglądał na pozór pięknie, ale długo się nie utrzyma, bo wewnątrz będzie zniszczony. Tak też jest z dzieckiem. Zmuszając je do siadania czy chodzenia, po pierwsze możemy spowodować mikrouszkodzenia układu ruchowego, po drugie  wysyłamy do mózgu błędne informacje i ten nie jest w stanie dostosować się do sztucznego procesu, przez co na przykład odpuszcza rozwój pewnych partii mięśni na rzecz innych albo nie może zsynchronizować działania półkul mózgowych, o czym jeszcze za chwilę wspomnę.

A przecież wiemy, że w naturze wszystko potrzebuje czasu i ciągu przyczynowo skutkowego. Kwiat nie wyrośnie, jeśli łodyga nie pójdzie do góry, nie wypuści liści, pąków, nie będzie czerpać wody i słońca. Tak też jest z człowiekiem. Nie rozwinie się prawidłowo, jeśli pewne etapy zostaną pominięte, bo mózg zmuszany do rozwoju może przykładowo skupić się na kształtowaniu sygnałów odpowiedzialnych za utrzymanie równowagi w zamian za rozwój zmysłu smaku, albo odpuścić koordynację prawej ręki z prawym okiem na rzecz utrzymania miednicy w ryzach. To wszystko po latach ujawnia zaburzenia na różnych płaszczyznach rozwoju. Czytałam ostatnio artykuł, w którym autorka pokusiła się o stwierdzenie, że zbyt wczesne pionizowanie dziecka zaburza jego umiejętności łaknienia. Zgadzam się z tym. Mózg to nie kobieta ( nawet w gramatyce dali mu męski rodzaj), nie potrafi ogarnąć wielu rzeczy naraz, stąd potem różne deficyty rozwojowe.
Dziwi mnie, że w czasach, kiedy świadomość społeczna jest tak wysoka, ludzie jeszcze bawią się w takie wyścigi. Ktoś powiedział kiedyś, że wygrana w tej „konkurencji” może być bardzo gorzka – zaburzenia rozwojowe własnego dziecka. Do tego ciągle – nie wiadomo czy z wygody, głupoty, czy po prostu z nieświadomości – rodzice decydują się na używanie chodzików. Jest ich w sklepach w cholerę. Skoro tak, znaczy, że ktoś je kupuje! Raz nawet na forum dla rodziców widziałam ogłoszenie: „Kupię chodzik”. Jezu! Jak to? Myślałam, że wszyscy wiedzą, jakie konsekwencje czekają dziecko wkładane do tego gówna!
Mój ulubiony  profesor, który prowadził zajęcia z logopedii, mówił o pokoleniu chodzików. To dzieciaki (dziś już dorośli ludzie!!!) z lat dziewięćdziesiątych, charakterystycznie poruszające się na palcach albo pochylone lekko do przodu. Mają one nierzadko problemy z zapamiętywaniem, czytaniem ze zrozumieniem, myśleniem matematycznym i logicznym wnioskowaniem. Są dysortografami, bo nie umieją w praktyce zastosować wiedzy. Z czego to się bierze? Jak to mówi Michał Piróg – z braku synchronów. Półkule mózgowe nie współpracują ze sobą, a co za tym idzie, nie porozumiewają się z okiem, ręką, uchem, przez co bodźce nie działają jak należy. Człowiek nie potrafi jednocześnie czytać i zapamiętywać, albo mówić i myśleć, albo wnioskować i wyszukiwać w pamięci, i tak można mnożyć tu przykłady. Dlaczego tak się dzieje? Bo nie było kiedy tych synchronów wyćwiczyć. A nic tak ich nie hartuje jak raczkowanie. Naprzemienne ruchy zmuszają półkule do działania. Nie wolno więc pominąć tego etapu rozwoju pod żadnym pozorem!

Rodzice! Wywalcie chodziki! Wiem, że dzięki nim mieliście czas dla siebie. Olać kawę, olać serial w TV, dziecko jest najważniejsze. Lepiej teraz poświęcić mu czas niż za kilka lat po nocach siedzieć z nim nad książkami i wyzywać od nieuków. Kupcie maty na ziemię! Połóżcie na nich dzieciaka i sami zejdźcie do poziomu podłogi. Turlajcie się, gońcie na czworaka! Pozwólcie dziecku przejść wszystkie etapy rozwoju. Ma ono czas na siedzenie, chodzenie, wstawanie. Niech naturalnie rozwija te funkcje mózgu, które będą niezbędne na dalszym etapie życia.

Z B1 spędzaliśmy całe dnie na podłodze. Pięknie raczkowała, chodzić zaczęła, gdy miała czternaście miesięcy (nasłuchałam się, że „nie przekroczyła roczku”, chociaż nie wiem, jakie to ma znaczenie). Świetnie radzi sobie w szkole, książki dosłownie połyka i nie da się jej zagiąć na żadnym pytaniu dotyczącym treści, uwielbia matematykę, ma świetną pamięć i myślenie logiczne, nauka obcych języków wchodzi jej błyskawicznie. Ale podłoga towarzyszyła nam non stop. Moja mama często narzekała, że rzucamy dziecko na ziemię, że bidulka zostawiona jest w samopas. Bądźcie odporni na lamenty babć, pewnie i tak im nie przegadacie, że to ma zbawienny wpływ na rozwój dzieciaka!

B2 również otrzymał swój kawałek podłogi. Leży na niej, przewraca się na boki, walczy z zabawkami. Był czas na ćwiczenia całego ciała, teraz zajął się rączkami, jest na etapie nauki chwytania. Skupia się tylko na ćwiczeniu małej motoryki i robi to zawsze etapowo. Dziś  na przykład dostał pudełko klocków Lego Duplo. Zaczęłam mu się przyglądać. Zajął miejsce w wielkim skupieniu przy nowym nabytku. Każdy element osobno wyciągał prawą dłonią, obracał, przekładał do lewej, wkładał do buzi, zrzucał i podnosił, po czym przemawiał do niego i odkładał, żeby wziąć kolejny. Czynność powtórzył dokładnie w takiej kolejności z każdym klockiem. Zabawa zajęła mu prawie godzinę. Ani razu nie zmienił kolejności, za każdym razem dokładnie wykonał wszystkie zadania, nie spieszył się, podszedł do sprawy bardzo skrupulatnie. Nie przerywałam mu, nie poprawiałam, kiedy nie mógł dosięgnąć któregoś klocka. Poradził sobie sam. Jednak taki sposób spędzania czasu z dzieckiem wymaga wielkiej cierpliwości (i chyba wyspania, bo w pewnych momentach już mi się oczy zamykały).

Na koniec jeszcze raz proszę, dajcie dzieciakom możliwość swobodnego rozwoju. Nie bierzcie udziału w tym najgłupszym wyścigu świata, nie porównujcie dzieci do siebie, nie szukajcie w książkach, nie googlujcie haseł typu „co powinien umieć siedmiomiesięczny niemowlak”. On sam wie, na jakie umiejętności jest gotowy. Zobaczycie, że wasza cierpliwość w przyszłości da znakomite efekty!

Kołowrót macierzyństwa

#humoryzmory

Zobacz, jaki los jest przewrotny. To, co kiedyś wkurzało cię u twojej mamy, stało się teraz twoją cechą charakterystyczną. Ile razy przewracałaś oczami na jej miliony pytań o to, co w szkole, na podwórku, co robiłaś, gdzie byłaś i jakie masz plany na najbliższą i dalszą przyszłość? Jak często ocierałaś łzy ze złości, bo nie zgodziła się na wypad za miasto z przyjaciółmi, odłączyła telefon albo kazała się uczyć cały dzień? Teraz ty zasypujesz dzieciaki pytaniami i drżysz na myśl o ich samodzielnych wyjazdach.
Przy każdym nieporozumieniu obiecywałaś sobie, że nigdy nie będziesz taka jak twoja mama. I co? Ale zonk! Jesteś dokładnie taka sama.
Nic w tym dziwnego. Każda nastolatka marzy o rodzicach, którzy nie będą jej kontrolować, zabiorą na piwo, odpuszczą szkołę, skoczą na bungee i zrobią sobie razem z nią taki sam tatuaż. Panie Boże! Jak to dobrze, że nie słuchasz próśb tych niedojrzałych, farbowanych głów! Nie wiem, gdzie bym dzisiaj była, gdyby moja mama podeszła do wychowania na luzie. Zapewne w czarnej dupie, każdy wie, o co chodzi.
Moja mama to postać dość skomplikowana, bo jest jednym z rzadkich typów, dla których poza rodziną liczy się niewiele. Myślenie takie wyniosła z domu i choć próbowała mi je również wpoić, uznajmy to za jej porażkę, bo w żmudny proces mojego wychowania wdarł się cham egoizm i wyrobił we mnie niemożebną potrzebę posiadania własnego świata. Ale nie o mnie ten wpis.
Mama jest konkretną osobą.  Potrafi osiągnąć zamierzone cele i zazwyczaj dąży do nich sama. W najtrudniejszych czasach dźwigała na barkach cały dom. I dała radę.
Kiedy mam problem, dzwonię do niej, bo wiem, że zawsze mi pomoże. Nie jest prezesem firmy, nie ma znajomości w ważnych kręgach, nie zarabia milionów, a mimo to w każdej trudnej sytuacji potrafi mnie wesprzeć. Kiedy proszę ją o coś, wiem, że mi nie odmówi i ta świadomość bardzo pomaga mi w życiu. Czasami zastanawiam się, jak ona to robi.
Kiedyś powtarzałam sobie, że nie będę podobna do mamy. Dziś wiem, że chciałabym jej dorównać. Już teraz mam w sobie mnóstwo jej cech. Czasami myślę, że jestem nadopiekuńcza i nazbyt wymagająca. Przypominam sobie wtedy, jak cholernie właśnie to drażniło mnie, kiedy byłam nastolatką, ale też jak właśnie takie podejście mojej mamy potrafiło pokierować mną w dobrą stronę.

Dlatego dziewczyny, nie walczcie ze swoimi matkami, bo to walka z góry przegrana. Nie da się przecież wygrać z własnym odbiciem…