#kochammorze #Bałtyk #zachodslonca

Moment, w którym na świat przychodzi nowe życie, jest niesamowitym doświadczeniem. Być może to, co napiszę, wyda się banalne i oczywiste, ale kiedy rodzi się tygrys, jest on dla wszystkich tygrysem. Słowik w oczach reszty ptaków po wykluciu się z jaja jest słowikiem. Kot kotem, jaszczurka jaszczurką, wieloryb wielorybem, nawet komar – ku naszej udręce – jest małym, upierdliwym, bzyczącym komarem…

Niestety, nie stało się to regułą w przyrodzie, bo jest taki jeden gatunek, który na siłę próbuje wszystko sobie podporządkować. I gdy rodzi się człowiek, oczy rodziny natychmiast widzą w nim lekarza, prawnika, piłkarza, następcę rodzinnego biznesu, piosenkarkę, modelkę, siatkarkę, itd… (Każdy mógłby tu dopisać swoje typy). Jeszcze dzieciak dobrze świata nie zobaczył, bo oczy mazią płodową miał pozalepiane, a już miał biedak całą przyszłość dokładnie zaplanowaną – najpierw szkoła, korepetycje, trzy języki, potem najlepsza uczelnia w kraju i praca – a to w kancelarii wujka, albo w klinice pod Warszawą, albo też w firmie ojca, matki, ciotki, babci…

Kiedy byłam mała, moja mama chciała, żebym została w przyszłości lekarzem. Pamiętam, że kupiła mi nawet zestaw medyczny do zabawy… A ja? Biegałam po podwórku z wielkim zeszytem pod pachą i rozsadzałam kolegów w ławkach ze starych drzew, potem z zadartym nosem chodziłam między nimi udając profesorkę. Do dziś krążę między ławkami, tylko nos zadarty się nie uchował.

Chcąc nie chcąc z medycznych planów nic nie wyszło. Nie latam w białym fartuchu, nie pracuję w prywatniej klinice, nie zarabiam fortuny i nie mam przed nazwiskiem kupy tytułów. Ale za to czuję się świetnie w swoim zawodzie i – uwierzcie mi – ani razu, odkąd pracuję, nie dąsałam się, że muszę iść do szkoły…

Rodzice i dziadkowie przekrzykują się w snuciu planów dla swoich potomków. „Ona będzie lekarzem, bo taka mądrość bije z jej oczu”, „on zostanie prawnikiem, przecież ma same szóstki”, „on będzie wykładał na uczelni i zrobi doktorat”, „ona stanie się sławną tancerką”… Świetnie, że tak kreatywnie potrafią oni podejść do pisania życiorysów, tylko dlaczego cudzych?

Każdy rodzic ma wizję przyszłości swoich dzieci. Oczywiście, ja też mam. Chcecie ją poznać? Moje dzieci będą… szczęśliwe. Pójdą za swoimi marzeniami. Zrobią to, w czym poczują się najlepiej. Może będą chciały się uczyć, może rozwinąć skrzydła w jakimś sporcie, a może pójść do pracy jak najszybciej i tam próbować drogi awansu, albo zwyczajnie żyć bez presji tytułu i pieniądza. Może zamiast szukać pustego podziwu u innych, osiądą gdzieś w spokojnej okolicy i będą skromnie cieszyć się każdym dniem, a może rozkręcą korpożycie w korpospołeczeństwie bez wytchnienia i praw człowieka.

Bez względu na to, co wybiorą, będzie to ICH decyzja. Bo ja na swoje wybory miałam już czas. Mogłam popełniać błędy i uczyć się na nich, mogłam odnosić sukcesy i budować poczucie własnej wartości, ale miałam też okazję wyciągnąć wnioski z porażek. Teraz dzięki temu mam możliwość przeżywania swojego życia i spełniania swoich marzeń. Nadal robię to, co lubię, w czym czuję się najlepiej. I dzięki temu jestem szczęśliwa.

Nawet nie wiecie, jak wpieprza mnie układanie przyszłości dziecku. Myślicie, że taki człowiek długo jest w stanie spełniać oczekiwania rodziców? Kiedy zauważy, że jego życie jest puste i bezsensowne!

Tylu rodziców okrada własne dzieci z marzeń… Po co? Dla własnych, chorych aspiracji? Dla pokazania się w kregu znajomych? Dla bycia lepszymi od sąsiadki, koleżanki z pracy, siostry, szefowej, kuzynki? No kuźwa po co? Bo ja za cholerę tego nie rozumiem. Przecież każdy ma prawo przeżyć swoje życie tak jak chce…

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s