Diabłem we wnuka

Małe dzieci nudzą się w kościele. Tak było kiedyś, tak jest dziś i raczej nie zmieni się to, dopóki msze będą kierowane wyłącznie do dorosłych. Ale żadna w tym ich wina. To kolejna godzina, którą muszą odstać z rodzicami, podobna do tej spędzonej w kolejce do lekarza, czy na rozmowie mamy z przypadkowo spotkaną koleżanką.

Pomysłowe dzieciaki szybko znajdą jakieś zajęcie dla zabicia czasu. Zwiedzają zakamarki kościoła, tańczą do rytmu pieśni kościelnych, robią windę z ławek (co – nie ukrywam – było moim ulubionym zajęciem w dzieciństwie), albo bawią się w „chowanego” z zawstydzonymi rodzicami.
Kiedyś w naszym kościele przytrafiła się dość ciekawa sytuacja. Pamiętna niedziela widniała w kalendarzu liturgicznym jako jedno z ważniejszych świąt, kościół odwiedziło więc trochę więcej ludzi.

Przede mną stanęła babcia z wnukiem, dwulatkiem tak „na oko”. Chłopiec niemożebnie się nudził, a że msza była długa, zaczął zwyczajnie płakać. Łzy mu leciały ciurkiem. Albo było mu gorąco, bo warstwy ubrań, jakie miał na sobie, wystarczyłyby na wyprawę w góry, albo też był zmęczony – zbliżało się południe, czas drzemki maluchów.

Babcia chciała go uspokoić, co jej kompletnie nie wychodziło. Kiedy mały nie przestawał, próbowała wykorzystać pewien znany, zaściankowy sposób: „wszyscy się z ciebie śmieją”. Gdy i to nie przyniosło efektów, postanowiła skorzystać z pomocy siły wyższej – i bynajmniej nie mówię tu o gospodarzu miejsca, w którym przebywała. Chwyciła malucha mocno krzycząc: ”jeśli będziesz dalej ryczał, przyjdzie po ciebie diabeł i cię zabierze!”
Takiej babci to by nawet w piekle nie chcieli…

 

18013109_313450149071392_5642355522381283328_n

zrzut ekranu

 

 

Reklamy

Krystaliczne chwile

Są takie wspomnienia, które chciałoby się mocno chwycić za fraki i przyciągnąć, żeby nigdy, przenigdy nie uciekły. To one wyciskają łzy jednocześnie malując uśmiech na twarzy. 

Moje krystaliczne chwile wracają zawsze, gdy piję kawę z anielskich filiżanek, ubieram żółtą, wełnianą czapkę z różowymi paskami, albo…

Albo w takie dni, jak dziś, kiedy od rana w serce uderza jakieś dziwne, nieokiełznane poczucie pustki. 

Wtedy wyłączam się z życia i wracam do wielkiego domu z szarym tynkiem i pięknym ogrodem, a w nim wirują obrazy z dzieciństwa. Otwieram bramkę, biegnę po długim chodniku, a w drzwiach z rozłożonymi ramionami i wielkim, naprawdę olbrzymim uśmiechem wita mnie moja babcia…

I znów przypominam sobie, jak razem robiłyśmy makaron na wielkiej, drewnianej stolnicy, albo jak szyła ubrania i delikatnie je na mnie fastrygowała, uważając przy tym,  żeby nie zrobić mi krzywdy, nawet poczułam przez moment jej dotyk, taki miękki i ciepły. Przypomniałam sobie, jak w progu plotła mi warkocze i wiązała wielkie kokardy na końcu. Albo jak witała mnie uśmiechem, gdy otwierałam jej drzwi do naszego mieszkania. Pamiętam jej zielony sweterek w paski i fioletowy berecik, którego zawsze szukałam w kościele wśród pań siedzących w ławkach. Kiedyś, już po jej śmierci, złapałam się na tym, że nadal go szukam w czasie mszy…

Przypomniały mi się spacery na łąkę, gdzie było pełno żab. Babcia brzydziła się nimi i zawsze ostrożnie stawiała kroki, żeby na jakąś nie trafić. Pamiętam jak przed Bożym Ciałem zbierałyśmy kwiaty do koszyczka i jak chodziłyśmy na majówki, jak babcia uczyła mnie pleść wianki. Nawet przypomniało mi się, jak kiedyś w czasie burzy siedziałam w przedpokoju na jej kolanach i słuchałam opowieści o przygodach, jakie przeżyła, gdy była dzieckiem, jak miała bieluteńkie podłogi w pierwszym własnym domu i jak je z trudem szorowała, jak jej brat jako pierwszy wyjechał ze wsi do szkoły, jak niedaleko jej domu roztrzaskał się wojskowy samolot i jak grała w teatrze dzieła romantyków. Nieraz nuciła mi „Świteziankę”, czasami opowiadała o Balladynie, Zosi z „Dziadów” i o tym, jak czytając „Między ustami a brzegiem pucharu” o mało co nie zgubiła stada, które pilnowała.

Babcia była bardzo mądrą kobietą. I choć wychowała się na wsi, kochała literaturę i sztukę. Uwielbiała czytać dzieła Mickiewicza i Rodziewiczównę. To ona przekazała mi pasję, którą do dziś mogę pogłębiać w pracy. Dla niej wykształcenie było bardzo ważne i zawsze wpajała to każdemu z nas. 

Wierzyła, że w życiu trzeba podążać za marzeniami, dlatego pomagała nam je spełnić, wspierała w nauce, podnosiła na duchu, pocieszała w chwilach zwątpienia. 

Pamiętam, że nawet, gdy wyprowadziliśmy się z domu rodzinnego, często nas odwiedzała. Po kościele biegła do sklepu po lody familijne i przychodziła do nas. Nie zdejmowała beretu, nakładała na spódnicę ściereczkę i siadała między stołem a lodówką. Była malutka i w tym kąciku zawsze jej było wygodnie. Ja opierałam się o blat kuchenny i opowiadałam jej o minionym tygodniu. A ona słuchała z takim ciepłem w oczach, jakiego nie da się opisać żadnymi słowami. 

Uczyła mnie modlić się od dziecka, składała ręce z wielkim trudem, bo stawy odmawiały jej posłuszeństwa przez ciężką pracę. Nigdy nie mogła złączyć dłoni i przy modlitwie robiła z nich koszyczek. Każde słowo wypowiadała z wielką gorliwością i tego też wymagała ode mnie. Wiara była dla niej bardzo ważna. Ufała Bogu w każdej sytuacji, dzieliła się z nim problemami, a miała ich dużo, bo dźwigała troski każdego z nas, nie liczyły się dla niej własne sprawy, żyła nami, to my byliśmy jej życiem… 

Pamiętam, jak prała na podwórku pochylona, cały ogródek świecił czystą i pachnącą pościelą, potem wszystko nakrapiała i prasowała. Pomagałam jej naciągać kołdry, uczyła mnie, jak należy składać firany i jak powinno się układać obrusy. Razem obierałyśmy krzewy porzeczek i agrestu, potem skubałyśmy je i układałyśmy w słoikach. Wspólnie pielęgnowałyśmy małe grządki ziemniaków i marchwi, chodziłyśmy po siano dla królików, zbierałyśmy jajka z kurnika, towarzyszyłam jej przy gotowaniu obiadu, lepiłyśmy pierogi (babcia energicznie szklanką robiła kółka, wypełniała farszem, ja zlepiałam je z niezbyt wielką gracją…)

 Najbardziej lubiłam obserwować jak szyje. Wtedy denerwowała się, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Takiej perfekcjonistki jak ona nie ma na całym świecie. Kiedyś poprosiłam ją, żeby uszyła mi futro dla lalki Barbie. Z wielkim trudem spełniła moje życzenie. Innym razem musiała uszyć i mi i mojej lalce identyczne ubrania. Kiedyś wydziergała na worku na buty moje inicjały, innym razem zrobiła czapkę na drutach (do dzisiaj w niej chodzę), albo uszyła pościel dla lalki do wózka. 

Babcia całe dnie spędzała w biegu, zawsze miała jakieś zajęcie. Wieczorami siadała przy telewizorze i kątem oka oglądała Panoramę, czytała „Gościa niedzielnego”, robiła na drutach albo naprawiała nasze ubrania. Latem siadałyśmy na balkonie i patrzyłyśmy na spadające gwiazdy. Zimą robiła mi ciepłą herbatę i zerkała, jak piszę pamiętnik. Zawsze dziwiło ją, skąd mi tyle myśli przychodzi do głowy… Ja za to zastanawiam się, skąd w niej było tyle ciepła i miłości. Chyba spiła je z całego świata. Kochała tak bardzo bezgranicznie i bezinteresownie, że na samą myśl o tym wszystko w środku się roztapia. 

To był człowiek wyjątkowy, nikt nigdy nie będzie w stanie nawet odrobinę jej dorównać… 

Wypełniła moje dzieciństwo ciepłem, miłością i dała mi najpiękniejszy dar – wspaniałe wspomnienia… 

Stwórz plan na siebie!

 

Powrót po porodzie do „normalności” nie jest łatwy. Szczególnie, kiedy nadmiar obowiązków nie pozwala na poświęcenie sobie zbyt wiele czasu. Uważam, że nie da się tego zrobić bez jasnego i konkretnego planu.

Jestem wzrokowcem, wszystko, co chcę zrobić zapisuję.  W pracy tonę w notatkach, karteczkach, którymi oblepione jest biurko, komputer i klawiatura, często mam nawet popisane dłonie, bo tak najlepiej planuje mi się każdą chwilę.

Dlatego też w powrocie do rzeczywistości pomaga mi organizer. A że nie znalazłam nigdzie takiego, który udźwignąłby mój sposób bycia, stworzyłam swój własny.

Postanowiłam się nim z Wami podzielić. Możecie go pobrać tutaj:

planner

Organizer1

To pierwsza część, stworzona pod wpływem chwili, mam nadzieję, że spodoba Wam się i przyda w kontrolowaniu postępów diety, układaniu jadłospisu, planowaniu ćwiczeń czy pichceniu potraw.

Obiecuję, wkrótce pojawią się kolejne, bardziej rozbudowane części!

Powodzenia!

Uroczyście oświadczam…

1-stycznia-pod-sic582ownic485

Dziś w klimacie noworocznym…

Jest taki dzień, który został odkryty przez kogo? Oczywiście, że przez amerykańskich naukowców. Nazywa się Blue Monday. 

To najbardziej depresyjny dzień w roku. Przypada mniej więcej na trzeci tydzień stycznia. 

Skąd się wziął? Otóż wyliczono, że – oprócz brzydkiej, styczniowej aury i lokalizacji księżyca – to właśnie czas, kiedy uświadamiamy sobie, że nasze postanowienia noworoczne poszły z dymem… I właśnie to nas przygnębia najbardziej. Tracimy chęci i zapał, przez co wszystko wydaje nam się beznadziejne. 

Skoro i tak nic z tego nie wyjdzie, po co te wszystkie obietnice i niemożliwe do spełnienia założenia? Wpieprzając resztki świątecznego sernika wyobrażamy sobie lato 2018, plażę, morze i nas – rozmiar 34, 90x60x90, a za nami sznur facetów… Bo przecież idzie nowy rok a wraz z nim POSTANOWIENIA! W głowach kobiet rodzi się tysiąc myśli, w których widzą swoją noworoczną wersję: stanę się najlepsza, najmądrzejsza, schudnę sto kilo i nauczę się sześciu języków. Codziennie będę jeździć konno, chodzić na basen, siłownię, jogę i do terapeuty. Pójdę na kurs gotowania, tańca, szydełkowania, garncarstwa i NLP. Będę odwiedzać rodziców, ciotki, babcie, teściów i nie pokłócę się z nikim, nauczę się salsy, walca i tanga, codziennie będę biegać rano i wieczorem. Kupię psa, zmienię pracę, wyrzucę stare buty, powiem mu/jej, co tak naprawdę myślę i codziennie przeczytam jedną książkę. Wszystko zrobię! 

Dobrze, że zapał umiera wraz z nadejściem drugiego dnia stycznia, bo by chyba tych Blumondajów musiało być 365 w roku…

Kolejny rok przed nami!  Życzę wszystkim wielu ambitnych (niejednodniowych) postanowień!

I pamiętajcie: