Nie wstydź się… Wiem, że też tak masz…

Zaburzenia psychiczne u matek są nadal tematem tabu. No bo niby jak ta maszyna, która ma trzymać w ryzach dom, dbać o zdrowie i życie dzieci, może sobie pozwolić na jakąś ułomność. Zwykle wrzuca się takie do jednego wora, określając mianem wariatek. A kiedy dojdzie do jakiejś tragedii, publicznie pali się je na stosie, udając, że to tylko i wyłącznie ich wina.

Nie będzie tu o depresji poporodowej czy załamaniu psychicznym.

Chciałabym poruszyć temat, który jak zauważyłam, nie jest zbyt popularny w sieci. Owszem, jest kilka grup, w których można „co nieco” się dowiedzieć, brakuje jednak konkretnych informacji i opisu doświadczeń. Przedstawię go ze swojego – bardzo niepsychologicznego punktu widzenia.

Czasami ludzi dotyka pewne zaburzenie, które sprawia, że świat przestaje mieć realny kształt. „Wybrańcowi” takiemu towarzyszy ciągły niepokój i wrażenie, jakby nie istniał naprawdę w świecie, jakby wszystko, co dzieje się wokół było tylko jakimś snem, złudzeniem. Taka osoba może się czuć „jakby oglądała siebie w filmie”, dotyka ją wątpliwość, czy myśli, wspomnienia, ciało, ruchy i zachowanie należą do niej. Zjawisko to nazwane zostało depersonalizacją albo derealizacją.

Dlaczego próbuję powiązać to schorzenie z macierzyństwem?

Moment, w którym do ustabilizowanego i przewidywalnego życia dołącza mały człowiek, dla każdego jest czymś nowym. Nie da się przewidzieć ani reakcji, ani uczuć. Praktycznie wszystko jest jedną wielką niewiadomą. Silne matki biorą na wypełnioną mlekiem klatę cały ten rozgardiasz i radzą sobie z nim bez zająknięcia, inne potrzebują więcej czasu do oswojenia się z nim.

Ale bywa też tak, że wszystko to, co dzieje się po porodzie, nagle ograbia kobietę z emocji. Zwalamy to na dół hormonalny, na formę depresji poporodowej, itd. Ogarniamy sprawę i próbujemy żyć dalej. Chociaż kiedy mija trochę więcej czasu a to cholerstwo nie znika, możemy zacząć zastanawiać się, WTF? I co? No właśnie…

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, moja koleżanka, która miała już wtedy dwuletnią córeczkę, opowiedziała mi o swoich doświadczeniach. Od porodu jej życie zupełnie się zmieniło. Zaczęła jakby przyglądać się mu z boku. Nie czuła emocji, nie potrafiła oddać się radości, czy nawet smutkowi. Była obojętna na wszystko. Każdy dzień mijał jej jakby we śnie. Niby była a jednak gdzieś z boku, jak niemy widz, który tylko patrzy na wydarzenia. Starała się wszystko wykonywać, jak należy, dobrze opiekowała się dzieckiem, była aktywna w życiu rodzinnym, jednak po chwili zastanawiała się, czy minione godziny miały miejsce naprawdę. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Potrafiła nazwać swoje odczucia, jednak nie miała pojęcia, co jest ich przyczyną.

Doświadczenie dość dziwne. A jednak obecne w życiu wielu z nas. Mam wrażenie, że poród i macierzyństwo potęgują to odbicie od rzeczywistości z wielu względów. Po pierwsze życie zupełnie zmienia to, codzienność staje się inna i czasami ciężko się do niej przystosować. Po drugie, nie zawsze potrafimy poradzić sobie z rolą matki, zmęczenie, nerwy, stres i życie w nieustannym napięciu odbija się również na postrzeganiu świata i doświadczaniu go. Po trzecie te cholerne hormony mieszają w organizmie, więc i one mają w całej sprawie niemały udział. Według badań derealizacja jest reakcją umysłu na silny stres. A takiego świeżo upieczona matka ma przecież aż nadto!

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego o tym piszę…Tak, właśnie odpowiedź jest prosta – sama przez to przechodzę. To niewytłumaczalne uczucie widzieć świat z boku, nie umieć przeżywać pełni radości i zastanawiać się, czy dzień, który właśnie się kończy, wydarzył się naprawdę. W pewnym momencie wspomnienia – nawet te najbliższe – zaczynają przybierać formę fabuły jakiejś książki, przestają być własne.

Patrzę w lustro i myślę, kto tam po drugiej stronie na mnie się gapi. To niewyobrażalnie trudne doświadczenie. Niby jestem a w rzeczywistości nie do końca czuję swoją obecność. Spoglądam na ręce i zastanawiam się, do kogo one należą, widzę własne dzieci i przechodzi mnie zwątpienie, czy one tu są naprawdę…

To trochę tak, jakby życie było tylko ulotną myślą.

Wiem, że niejedna matka czuje to samo. Nie zawsze potrafi jednak nazwać to doświadczenie. Tak mało się o tym mówi, że czasami nie wiadomo, gdzie szukać pomocy. Chyba najpierw trzeba zajrzeć w głąb siebie. Wiem, to niełatwe szczególnie, gdy obiad przypala się na piecu a dzieciak wgniata chleb w nowy dywan. Dlatego tak ważna jest pomoc bliskich, o którą czasami nie potrafimy poprosić.

Jeśli czujesz się podobnie, napisz do mnie, nie musisz publicznie, czekam na Twoją prywatną wiadomość tu, na blogu albo moim fanpage’u.

Bo my, mamy musimy trzymać się razem.

 

28576834_1601190296639349_8611249522783450466_n

Reklamy

Maraton

Każda matka chciałaby mieć poukładane życie od A do Z. Czysty dom, grzeczne dzieci, piękna figura romantyczny i przedsiębiorczy mąż oraz prestiżowa praca – a w tym wszystkim ona – królowa życia.

Tymczasem scenariusz bywa zawodny i to, czego chcemy dalekie jest od tego co mamy. Dzieciak płacze pół nocy, przez co spóźniasz się do pracy, szef wywala na ciebie rzygi całego świata, a ty siadając zwątpiona w fotelu rozdzierasz na dupie ulubioną spódnicę, bo w pośpiechu nie założyłaś majtek ściągających.

I do tego chłop zapomniał o rocznicy ślubu.

Nieraz najchętniej zaszyłabyś się z daleka od wszystkich w jakiejś kanciapie, gdzie towarzyszyć ci będzie ciepły koc, ptasie mleczko i wino.

Ale tylko na chwilę.

Żeby zaraz wrócić do tego rozgardiaszu. Dziwne, prawda?

Wcale nie!

I nie myśl, że matki tak lubią sobie uprzykrzać życie dla zasady.

Owszem, nie jest łatwo. Wychowanie każdego dziecka to spore wyzwanie. Trochę przypomina bieg w maratonie. W kółko ścigasz się z czasem, walczysz z wiatrem wiejącym w oczy i przekraczasz granice wytrzymałości swojego organizmu – niespania, niejedzenia, nieczesania, niemycia, dźwigania ciężarów, odkurzania, gotowania, prania, układania rozpieprzonych, wszędobylskich lego (które tylko się czają, żeby wbić ci się w stopę!!!), nawet i robienia siku z dzieckiem na rękach. I jak maratończyk, biegniesz sama, choć z twojego sukcesu potem cieszą się tłumy…

I tak naprawdę tylko ty wiesz, ile serca kosztuje cię twój maraton.

Ale z drugiej strony, pomyśl, że na mecie czeka cię wielkie zwycięstwo. Nie puchar, nie medale ani słowa uznania. Ta świadomość, że dzięki twojemu wysiłkowi w świat powoli wkracza mały człowieczek, który swoją bezinteresowną miłością wynagradza ci każdą chwilę zwątpienia. Bo kocha cię taką właśnie nieuczesaną, w rozprutej spódnicy, bez majtek ściągających, brudną i trochę za grubą. Jesteś dla niego mistrzynią, bohaterką, najważniejszą towarzyszką, bez względu na to, czy pachniesz Coco Chanel czy serkiem homogenizowanym o smaku waniliowym.

Nie musisz mieć poukładanego życia od A do Z. Ważne, że idziesz przez nie z tymi, którzy cię kochają…

Alchemia wychowania

Nie jestem matką nowoczesną. Nie uczę dzieci metodami behawioralnymi ani nie karmię BLW. Szczępię „starociami”, pozwalam jeść chleb z glutenem i czekoladę. Kiedy się zdenerwuję, nieasertywnie wrzeszczę a do kurzy używam mokrej szmatki zamiast szczotki antystatycznej.

Nie odprawiam co orawda guseł nad dziećmi, ale uważam, że ta superszybka rozwojowa nowoczesność niech spełnia się w ubraniach sporcie, nawet w medycynie ale nie w wychowaniu. Bo eksperymentować można w każdej dziedzinie poza tą, która ma bezpośredni wpływ na przyszłość małego człowieka.

Kiedyś w telewizji leciał program, w którym pani psycholog podająca się za nianię uczyła rodziców oswajania dzieci. Tresura była urozmaicona i nawet skuteczna, bo zmęczone buntem dzieciaki zwyczajnie się poddawały. Były karne jeżyki, zanoszenie przed snem do własnego łóżka dziesiątki razy, tablice motywacyjne i inne cuda.

Zapożyczyliśmy metodę z jeżykiem. Zamiast niego był co prawda karny krabik (w Ikei nie było jeża…). Ale po kilku momentach, w których B1 pokornie siedziała w kącie na tej kupie waty, stwierdziłam, że żaden głupi pluszak nie będzie dziecku mącił w głowie. Nie chciałam, żeby jakakolwiek część mojego domu kojarzyła się z więzieniem. Krab szybko wylądował w szczęce naszego psa. A ileż przy tym było radości.

Czasami podręczniki powinno zastąpić się intuicją. Wiem, że każdy spec od wychowania marzy o odkryciu jakiejś uniwersalnej metody. Taka niestety nie istnieje i nigdy nie powstanie. Jedyny dobry i skuteczny środek wychowawczy to serce matki i ojca!

Dzień świstaka

Czym różni się mój urlop macierzyński od twojego? Niczym!

Tak samo zmarnowałam rok jak i ty. I choć miałam ambitne plany, że codziennie poćwiczę, pójdę z dzieckiem na spacer, przeczytam stertę książek i nauczę się biegle mówić po rosyjsku, moje plany zatrzymały się na kartce.

Każdy dzień był taki sam. Różnił się najwyżej kolorem kupy albo porą drzemki. Codzienne rytuały wycisnęły już na tobie piętno robota. I tak uciekło ci dwanaście miesięcy, chociaż wydawało ci się, że to szmat czasu.

Pierwsza połowa macierzyńskiego upłynęła mi jak w scenerii „Dnia świstaka”. Zupełnie to samo, co do godziny – sen, karmienie, kupa, karmienie, karmienie, karmienie, kupa, sen, karmienie, spacer, kupa, karmienie, sen… Czasami zdarzały się porywy, takie jak karmienie przez sen albo kupa na spacerze… Kolejna połowa roku wniosła trochę rozrywki , bieganie za raczkującym ssakiem albo nocne alarmy zębowe. Wstawałam rano z myślą, że przede mną kilkanaście godzin walki… Co chwilę zerkałam na zegarek, ile dnia mam już za sobą a ile jeszcze muszę znieść. B wychodził po siódmej rano, wracał po dwudziestej. Sama od rana do nocy przyjęłam postawę człowieka pierwotnego – przetrwać…

Mam wrażenie, że ten miniony czas był jakimś snem, ja w amoku wykonywałam swoje obowiązki, a cały świat żył gdzieś obok, z daleka od pieluch, kaszek i wielkich – małych problemów macierzyńskich.

Moją jedyną odskocznią był blog i świat po drugiej stronie monitora – czytelnicy stali i przypadkowi, z którymi mogłam podzielić się swoimi radościami i smutkami.

Gdzie ta lukrowa strona macierzyństwa? Nie odpowiem ci, bo jej nie znalazłam.

Czerpię mnóstwo radości z bycia mamą, moje dzieci mają w sobie wiele wspaniałych cech. Jednak spędzanie z nimi trzech czwartych doby to zbyt wiele jak na jedną osobę. Wiem, wiem, są i robocopmatki, dla których możliwość poświęcenia swojego życia na wychowanie dziecka jest dobrem najwyższym.

Ale…

Nikt takiemu dzieciakowi nie da gwarancji, że kiedy będzie chciał się wyprowadzić z domu, nie usłyszy klasycznych słów: „To ja się dla ciebie tak poświęciłam! Aty mnie teraz zostawiasz?”…

Dlatego też z nieukrywaną radością coraz bardziej jestem myślami, a niedługo i ciałem, w pracy.

Wiem, że ten czas trybików macierzyńskich mam już za sobą i wraz z rozwojem społecznym B2, odnajdę w opiece nad nim coraz więcej pozytywów.

Po co o tym piszę?

Żeby każda matka, która uważa, że coś z tym jej macierzyństwem jest nie tak, uświadomiła sobie, że nie jest sama.

Nie jesteśmy idealne. Nawet takie nie musimy być. Mamy prawo do momentów słabości, załamania, bo przecież nagle nasze życie zupełnie się zmieniło. Nie mąż, nie babcie, ciotki, czy przyjaciółki muszą kompletnie pozmieniać każdą minutę doby. Tylko my. I niech sobie inni myślą, że jesteśmy zrzędliwe. Nie! My jesteśmy po prostu przytłumione nową sytuacją. Narzekajmy, wywalajmy te swoje żale, nawet płaczmy i histeryzujmy. Wtedy łatwiej będzie przetrwać to, co najgorsze.

A dzień świstaka też kiedyś się kiedyś skończy. Wtedy wszystko wróci do normy. I wiem, że czas urlopu macierzyńskiego będziemy wspominać, jako jeden z najpiękniejszych okresów naszego życia…

23824798_1887644871550517_4924264516935483392_n