Dzień Matki

Wstałaś o szóstej. Udało się! Tym razem nie musiałaś ukradkiem zwlekać się z łóżka, żeby przypadkiem nie obudzić małej syreny, bo – o dziwo – wyjątkowo smacznie śpi.
Kątem oka zerkasz na ekspres do kawy i wiesz, że jeżeli go użyjesz, z pewnością odgłos mielenia, prężenia się powietrza i całej reszty procesu twórczego aromatycznego napoju bogów i matek karmiących postawi na nogi twoją pociechę i z ludzkiego wyjścia do pracy g…, znaczy się zawartość pampersa. Pocieszasz się więc rozpuszczalką i z prędkością kosmiczną nakładasz makijaż, ubierasz się i uciekasz na kilka godzin do normalnego życia.
Wchodzisz do pracy i od progu zauważasz, jak bardzo do tyłu jesteś ze wszystkim. Ludzie biegają z papierami, tworzą projekty, robią wszystko na wczoraj. A ty? Idziesz trochę jak kosmita w nieznane, myślami jesteś w domu i zastanawiasz się, co właśnie robi mały towarzysz twoich ostatnich szesnastu miesięcy… Wieczorem, zamiast siedzieć nad sprawozdaniem, walczyłaś z usypianiem dzieciaka (który właśnie w tym momencie najbardziej na świecie chciał się bawić, śpiewać, jeść, pić, biegać, tańczyć, czytać bajkę, targać książkę, przytulać się, bić siostrę, itd., itp…), po czym padnięta sama zamknęłaś oczy tylko na moment, żeby otworzyć je wraz z porannym budzikiem.
Próbujesz więc szerokim łukiem ominąć szefa, bo wiesz, że spojrzenie mu w oczy będzie skutkowało:
a) twoją śmiercią
b) jego podniesionym ciśnieniem
c) nową bajką, którą puścisz mu, żeby odwlec to, co nieuniknione

Ostatecznie docierasz do swojego biurka niezauważona, otrzepujesz z żakietu resztki kaszki, o które się otarłaś przewijając się przez kuchnię i szukasz w torbie między pieluchami, smoczkami i klockami lego kluczy od szuflady.

Miliony raz dziennie przemyka ci przez głowę myśl, czy dobrze zrobiłaś wracając do pracy. Oczywiście mogłaś zostać w domu. Być może byłoby to lepsze dla twojego dziecka. Zapewne spełniałabyś się jako mama i gospodyni domowa i wszystko byłoby takie cukierkowe…

Nie sądzę…

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. A szczególnie w domu przy garach i pieluchach…

Powrót do pracy to najlepsze, co mogłaś zrobić dla siebie i swojego dziecka.

Po pierwsze, masz prawo do cząstki własnego świata, w którym możesz się realizować, osiągać sukcesy, wyciągać wnioski z porażek i budować swoje poczucie wartości. Po drugie, dzieciak też musi mieć świadomość, że nie jesteś tylko po to, żeby z nim przebywać. Niech zatęskni, niech znajdzie sobie zajęcie „bezmamowe”, niech dzieli swoje życie na czas dla was i dla siebie. Przecież nie będziesz z nim wiecznie organizowała każdej chwili. Po trzecie, pozytywne emocje, które czerpiesz z pracy, przenoszą się potem na wasze relacje. A nie ma nic bardziej budującego dla dziecka jak szczęśliwa mama. I po ostatnie, wiedz, że swoją pracą i aktywnością życiową dajesz niezwykle piękny przykład własnemu dziecku. Zapewne chcesz, żeby wyrosło ono na człowieka sukcesu. Jak miałoby to osiągnąć, gdyby jego własny autorytet codziennie pałętał się po domu w potarganym dresie? Dlatego zanim zaczniesz wymagać od dziecka, skup się na spełnieniu tych samych wymagań wobec siebie.

Nie przejmuj się więc, jeśli się z czymś nie wyrabiasz. Powrót do pracy po „urlopie” macierzyńskim zawsze jest trudny. A ty, jako młoda matka, masz prawo do błędów i potrzebujesz trochę czasu, żeby się rozkręcić. Walcz ze słabościami, próbuj się dalej rozwijać. Twoje dziecko z pewnością nie cierpi pod twoją nieobecność. A dzięki tej małej rozłące będziecie mogli bardziej celebrować wspólne chwile.

Miłej pracy!

21690204_482556225446283_5693807628564561920_n

Reklamy