Uroczyście oświadczam…

1-stycznia-pod-sic582ownic485

Dziś w klimacie noworocznym…

Jest taki dzień, który został odkryty przez kogo? Oczywiście, że przez amerykańskich naukowców. Nazywa się Blue Monday. 

To najbardziej depresyjny dzień w roku. Przypada mniej więcej na trzeci tydzień stycznia. 

Skąd się wziął? Otóż wyliczono, że – oprócz brzydkiej, styczniowej aury i lokalizacji księżyca – to właśnie czas, kiedy uświadamiamy sobie, że nasze postanowienia noworoczne poszły z dymem… I właśnie to nas przygnębia najbardziej. Tracimy chęci i zapał, przez co wszystko wydaje nam się beznadziejne. 

Skoro i tak nic z tego nie wyjdzie, po co te wszystkie obietnice i niemożliwe do spełnienia założenia? Wpieprzając resztki świątecznego sernika wyobrażamy sobie lato 2018, plażę, morze i nas – rozmiar 34, 90x60x90, a za nami sznur facetów… Bo przecież idzie nowy rok a wraz z nim POSTANOWIENIA! W głowach kobiet rodzi się tysiąc myśli, w których widzą swoją noworoczną wersję: stanę się najlepsza, najmądrzejsza, schudnę sto kilo i nauczę się sześciu języków. Codziennie będę jeździć konno, chodzić na basen, siłownię, jogę i do terapeuty. Pójdę na kurs gotowania, tańca, szydełkowania, garncarstwa i NLP. Będę odwiedzać rodziców, ciotki, babcie, teściów i nie pokłócę się z nikim, nauczę się salsy, walca i tanga, codziennie będę biegać rano i wieczorem. Kupię psa, zmienię pracę, wyrzucę stare buty, powiem mu/jej, co tak naprawdę myślę i codziennie przeczytam jedną książkę. Wszystko zrobię! 

Dobrze, że zapał umiera wraz z nadejściem drugiego dnia stycznia, bo by chyba tych Blumondajów musiało być 365 w roku…

Kolejny rok przed nami!  Życzę wszystkim wielu ambitnych (niejednodniowych) postanowień!

I pamiętajcie:

Reklamy

Otrzep kurz wczorajszego życia

14547704_380405042314060_4519801923343220736_n

Przypomnij sobie dzień, w którym na świat przyszło twoje dziecko. Pamiętasz dokładnie wszystko. Pogodę, słowa lekarza, wzrok faceta. Możesz w myślach odtworzyć minutę po minucie. Dla wielu ludzi to była kolejna kartka z kalendarza do spalenia. Dla ciebie najcudowniejszy moment, najwynioślejsze przeżycie. Będziesz o nim myśleć za każdym razem, kiedy spojrzysz na swojego malucha, kiedy się uśmiechnie, przytuli cię, zrobi pierwszy krok, powie „mama”, przyniesie świadectwo, wypadną mu mleczaki, nawet wtedy, gdy cię wpieprzy podczas kłótni o to, czy może wrócić po dwunastej z imprezy.

Bez względu na czar kolejnych chwil, twoje życie właśnie podzieliło się na to, co było przed i całą resztę po porodzie. Wywróciłaś swój świat do góry nogami. Wszystko wygląda jak w lustrzanym odbiciu. Niby tak samo mija dzień za dniem, dookoła ci sami ludzie, stare ściany, identyczny kolor nieba, a jednak jakby zupełnie inny. Bo w twój świat z gracją legwana wśliznęło się małe żyjątko, które swym urokiem, słodyczą i pragnieniem miłości puściło w pizdu harmonię i przewidywalność chwili.
Co ci pozostaje? Żyć. Niby dalej, ponoć do przodu ale tak, aby te narodziny stały się sensem twojej codzienności.

Podobnie jest z Bożym Narodzeniem.

Nie jest to kolejny pretekst do zmasakrowania konta w banku i poluzowania guzików od spodni. Nie wigilijny dress code, nie kolor choinki czy panierka na karpiu tworzą klimat tych dni. Tylko narodziny. Zwykłe – niezwykłe przyjście na świat dziecka, które z uporem powtarza się co roku. Po co? Żeby znów doświadczyć cudu. By poczuć, że świat – zupełnie tak jak wtedy kiedy urodziło się nasze dziecko – przyjął inny kształt, dał szansę na nowe chwile, przyniósł w darze godziny, które możesz wykorzystać, jak tylko chcesz. Bo to narodziny dające nadzieję na lepsze jutro. To narodziny przypominające o tym, że zamykasz wczoraj, żeby cieszyć się tym, co tu i teraz. To narodziny dające motywację do działania.

Na tym polega mistyka świąt Bożego Narodzenia. Na corocznym odrodzeniu nadziei, która przecież jest motorem napędowym. I tak jak twoje dzieci motywują cię do życia, tak narodzone w żłobku dzieciątko przypomina ci, jak wiele dobrego przed tobą.
Święta minęły. Wytrzep obrus z okruszków piernika, spierz plamy z barszczu i zapomnij o tym, co było. Masz kolejny piękny rok przed sobą!

**********************************************************

Ten wpis powstał w ramach akcji Blogrudzień, której inicjatorką jest Magda M.

Oprócz mnie w przedsięwzięciu biorą udział autorki innych blogów. Oto lista wszystkich uczestniczek:

1 – Ewelina z www.pozytywnydom.com

2 – Ania z www.pepek-swiata.com

3 – Weronika z www.minimalisticgirl.pl

4 – Dagmara z www.dziubdziak.pl

5 – Kasia z www.tarapatka.pl

6 – Magda z www.savethemagicmoments.pl

7 – Mirka z www.blondpanidomu.pl

8 – Sylwia z www.matczysko.pl

9 – Gosia z www.jaskoweklimaty.pl

10 – Karolina z www.mlodamamma.pl

11 – Karolina z www.karolinaplichta.pl

12 – Agnieszka z www.321startdiy.pl

13 – Olga z www.rodzinazeszczecina.pl

14 – Sylwia z www.mlodamamapisze.com

15 – Karolina z www.wysmakowana.pl

16 – Karolina z www.dzieciecapodroz.pl

17 – Kamila z www.ugotowanepozamiatane.pl

18 – Agata z www.wesellerka.pl

19 – Emilia z www.mamaisynzgranyteam.pl

20 – Iga z www.znaciskiemnaszczescie.pl

21 – Karolina z www.mamakarolina.pl

22 – Monika z www.mamanacalego.pl

23 – Agata z www.beztroskamama.pl

24 – Magda z www.magdam.com.pl

27 – Asia z www.humoryzmory.blog.pl

28 – Natalia z www.swiattomskiego.pl

29 – Justyna z www.pogodnieprzezzycie.pl

30 – Ola z www.jasiovo.blogspot.com

31 – Edyta z www.mumnaopak.blogspot.com

Szczęście

15048253_1813258958956972_2574566124943310848_n

Każdy dzień ma w sobie coś pięknego. Codziennie uczymy się nowych rzeczy, zaczynamy coś bardziej rozumieć i lepiej poznawać siebie. Bywają takie chwile, kiedy w myśleniu o świecie nastaje wielka rewolucja.
Tak też stało się ze mną, kiedy wybrałam się do kościoła w okolicy, gdzie spędziłam dzieciństwo. Ponieważ nasza dzielnica nie należy do największych, każdy zna tam każdego. Zobaczyłam wielu mniej lub bardziej znajomych ludzi. Bez względu na to, kim są, co osiągnęli i ile znaczą w społeczeństwie, wszystkich łączy jedno – czas odbił już piętno praktycznie na każdym…
Rozglądałam się po tłumie, patrząc na twarze, które jeszcze niedawno były pełne wiary, dziecięcej naiwności i zapału do tworzenia czegoś wyjątkowego. I mnie kiedyś wydawało się, że złapałam Pana Boga za nogi, świat należy do mnie a panem mojego losu jestem tylko i wyłącznie ja…
W pewnej chwili poczułam, że kościół wypełnił się masą niezrealizowanych marzeń. Nagle pragnienia bycia najsławniejszym prawnikiem, jedyną i niepowtarzalną panią weterynarz, matką gromadki dzieci, znanym piłkarzem, adorowaną codziennie przez męża żoną zaczęły odbijać się od kościelnych sklepień i uderzać w sumienia zebranych. Patrzyłam na udawane szczęście małżeństw, które tak naprawdę dawno przestały istnieć. Widziałam spojrzenie rodziców na dzieci, które miały przynosić dumę rodzinie, zamiast tego idą zupełnie inną drogą, niż skrzętnie planowali dla nich już od poczęcia. Każdy z zebranych, niegdyś radosny i zachłyśnięty beztroską, teraz pokornie pochylał się przytłoczony krzyżem swojego życia.
Zastanawiam się, ile jest tu tragizmu w tragizmie…
Czy ludzie są rzeczywiście tak nieszczęśliwi?
Właściwie na czym polega szczęście?
Myślę, ze to kwestia podejścia.
Bo czy szczęściem jest dziecko, które spełniło oczekiwania rodziców, czy takie, które robi w życiu to, co kocha?
Czy szczęściem jest portfel pełen pieniędzy, czy czas pełen rozmów z najbliższymi?
Czy szczęściem jest kolacja w wykwintnej restauracji czy przypalony naleśnik ze szpinakiem zrobiony bez okazji przez ukochaną osobę?
A może szczęście to umiejętność wracania do domu i zostawiania pracy przed progiem?
Czy szczęście osiągniesz wywołując na twarzach innych ludzi zazdrość czy wtedy, gdy dzięki tobie będą się uśmiechali?
Czy szczęście to sprawność do późnej starości, którą spędza się samotnie, czy bycie niepełnosprawnym, którym z wielkim sercem zajmuje się najbliższa rodzina?
Szczęściem jest setka życzeń urodzinowych złożona na portalu społecznościowym dzięki okazjonalnej przypominajce, czy telefon z życzliwościami od starej ciotki, która co roku zapisuje datę twoich urodzin w kalendarzu niepotrzebnie, bo i tak bez tego o nich pamięta?
No co to jest właściwie to szczęście?

W drugiej klasie liceum dostałam trójkę na koniec roku z języka francuskiego. Przez to nie mogłam trafić do grona wyróżnionych, marzenia o czerwonym pasku na świadectwie i nagrodzie odeszły w dal. Wtedy moja babcia zrobiła dla mnie dyplom. Napisała w nim, że jest ze mnie dumna, bo praca, jaką włożyłam w osiągnięcie ocen, była bardzo ciężka i wymagająca wielu poświęceń. Dodała też, że dla niej będę zawsze najlepsza i jedyna, dlatego właśnie zasługuję na wyróżnienie.

I to chyba jest najlepsza odpowiedź na to, czym tak naprawdę jest szczęście…

Dobre złego początki…

ouat-villains-once-upon-a-time-32825846-1600-1000

Kiedyś przypadkowo trafiłam na serial pt. „Dawno, dawno temu”. Tak bardzo spodobał mi się zamysł filmu, że w przeciągu kilku dni obejrzałam ponad sześćdziesiąt odcinków. Historia rozpoczyna się zwyczajnie, główna bohaterka, Emma, to młoda dziewczyna, która wiedzie zwykłe życie współczesnej singielki. Pewnego dnia w drzwiach jej mieszkania staje Henry, dziecko które dawno temu oddała do adopcji. Chłopak dowiedział się o jej istnieniu i postanowił ją odnaleźć. Niestety kobieta chce odwieźć go z powrotem do jego domu, bo nie ma zamiaru zmieniać zdania, które podjęła dziesięć lat wcześniej. Chłopiec mieszka w Storybrooke, gdzie według jego słów znalazły się wszystkie znane postaci z bajek i baśni. Henry uparcie twierdzi, że tylko Emma ma moc przełamania rzekomej klątwy Złej Królowej i przywrócenia wszystkim szczęśliwego zakończenia. Bohaterowie nie mogą sami pokonać zła, ponieważ nikt z nich nie pamięta, kim był w poprzednim życiu, a czas stanął w miejscu. Emma uważa, że Henry ma jedynie wybujałą wyobraźnię. Postanawia jednak zostać na kilka dni w miasteczku, żeby przekonać się, że jej syn ma dobrą matkę adopcyjną. Chyba próbuje w ten sposób choć odrobinę zagłuszyć wyrzuty sumienia, które mimo wszystko rodzą się w niej. I tu zaczyna się niesamowita akcja, świat rzeczywisty powoli miesza się z fantastycznym, bo z dnia na dzień bohaterka zaczyna dostrzegać dziwne zjawiska…

Powoli wychodzi na jaw, że Henry wcale nie jest marzycielem. Ma rację we wszystkim, co powiedział swojej matce biologicznej. Najgorsze jest to, że Zła Królowa w świecie rzeczywistym jest adopcyjną matką chłopca. Akcja rozwija się bardzo szybko, starcie zła z dobrem dokonuje się na każdym kroku. Niezwykle wciągająca fabuła oparta jest na znanych baśniach, jednak żadna z nich nie jest oczywista i przewidywalna, bo… ich bohaterowie w żaden sposób nie przypominają swoich archetypów. Królewna Śnieżka jest rewelacyjną wojowniczką, Czerwony Kapturek zamienia się w krwiożerczego wilka w czasie pełni, Jaś Fasola to kobieta, a Pinokio jest dorosłym mężczyzną, który chodzi w skórzanej kurtce i jeździ na motorze. Wszystkie baśnie łączy jedna postać – Rumpelstiltskina, za sprawą którego spełniają się marzenia bohaterów. Jednak każde szczęście ma swoją cenę i nigdy nie zapomina o odebraniu swojego długu.

Podejrzewam, że opisując całą fabułę utworu, musiałabym poświęcić mnóstwo czasu. Jest ona do tego tak skomplikowana, że nie sposób przekazać jej tak po prostu, bez uszczerbku na jej walorach.

Chciałam jednak skupić się na czymś, co bardziej mnie zaciekawiło, niż rozwiązanie problemów głównych bohaterów – kwestia zła w utworze.

Śledząc losy tzw. „czarnych charakterów” można dojść do wniosku, że zło nie bierze się znikąd, nie jest wrodzone ani przypisane konkretnemu człowiekowi. Każdy rodzi się dobry, ma w sobie mnóstwo ciepła i pozytywnych pierwiastków. Jednak życie, otaczająca nienawiść, znieczulica i wyrządzane krzywdy budzą w sercu mrok.

Żadne zło nie rodzi się bez przyczyny. Królowa znienawidziła ludzi, bo nie otrzymała prawdziwej miłości od swojej matki. Była jedynie dla niej narzędziem do spełniania jej wygórowanych aspiracji, nigdy nie mogła sprostać jej oczekiwaniom, przez co czuła się (i była) niekochana. Rumpelstiltskin został porzucony przez ojca, tułał się samotnie w poczuciu strachu. Aby nigdy więcej się nie bać, przejął sztylet Mrocznego, przez co sam stał się postrachem innych ludzi. Kora była wciąż poniżana przez bogatszych, wykorzystana przez swoją naiwność, zaczęła mścić się na innych, poprzysięgła, że nigdy nikt nie stanie się od niej lepszy, być może bała się, że znów będzie traktowana z góry. Huck był wiernym żołnierzem, oszukany przez Króla musiał patrzyć na śmierć ukochanego brata, przysiągł dozgonny bunt przeciw okrutnemu władcy. „Negatywnych” bohaterów w filmie jest od liku, każdy ma za sobą jakąś historię, każdego poznaje się „od początku” – czyli od momentu, kiedy w jego sercu nie było zalążka zła. Żaden z nich nie zmienił się bez powodu, wszystkim wyrządzono jakąś krzywdę.

Nie ma zła, które powstaje bez przyczyny. Nikt przecież nie chce być okrutnym człowiekiem, tak po prostu. Myślę, że zło rodzi się ze strachu: przed samotnością, przed odrzuceniem, przed poniżeniem…

Patrząc na losy „czarnych charakterów” można jedynie dojść do wniosku, że każde zło prowadzi niestety do jednego – do samotności…

Świąteczne (przy)musy

Święta idą szybko, szybciej... #świętazapasem #święta #pomarańcze #cynamon #pachnieświętami

Przeglądając strony internetowe zauważyłam, że blogerzy prześcigują się w tworzeniu list z dobrymi  radami, jak należycie przygotować się do nadchodzących  świąt. Przeczytałam już o propozycjach idealnych prezentów, wiem, jak nie zrujnować budżetu, co założyć w wigilijne popołudnie i jak się uczesać. Mogę też śmiało ubierać choinkę i brać się za stroiki świąteczne, bo znam już tegoroczne trendy. Mój wigilijny stół też ociera się już o profesjonalizm, bo zobaczyłam propozycje potraw i przeczytałam kilka dobrych przepisów. Poznałam też idealny harmonogram porządków przedświątecznych (i tu już wiem, że mam kilkudniowe opóźnienie…)

Zastanawiam się jednak, czy korzystając z tych wszystkich musów, uda mi się faktycznie zrobić wszystko, żeby święta były prawdziwe i piękne…

 

I – co ciekawe – myślę, że żadna z tych rad nie jest tak naprawdę istotna…

 
Co zrobić więc, by przygotować się do nadchodzących dni? Sprawa wydaje się o wiele prostsza – czy tak jest? Wszystkie te nakazy, plany, trendy, przymusy w zasadzie nie mają żadnego znaczenia.  Bo czym one są? Kolejnym motorem konsumpcjonizmu. Zamiast robić to, co musisz, zabierz się za to, co podpowiada ci serce. To nie jest takie trudne. Przeczytaj:

 
1. Zadzwoń do cioci, z którą nie rozmawiałeś od roku i zapytaj, co u niej słychać.
2. Spotkaj się z sąsiadem i przeproś za ostatnią sprzeczkę.
3. Zamiast prezentów dla rodziny, kup paczkę żywności dla potrzebujących ludzi.
4. Idź w wigilijny wieczór podzielić się opłatkiem z tą samotną panią, która mieszka kilka domów dalej.
5. Wróć wcześniej z pracy, zrób z dziećmi lampiony z papieru i idźcie razem na roraty.
6. Zamiast myć kolejne okno, jedź do rodziców na herbatę.
7. Powiedz swoim bliskim, jak bardzo ich kochasz.
8. Zaśpiewaj z rodziną najpiękniejsze polskie kolędy tak, jak to robili twoi dziadkowie, gdy byłeś mały.
9. Jedni bielą firany, ty wybiel duszę – wybierz się już dziś do spowiedzi i przeżyj ją najgłębiej, jak tylko potrafisz.
10. W noc wigilijną idź na pasterkę i zobacz, jaki wielki cud zdarza się co roku, choć ze sterty planów, prezentów i „idealnego merry christmas” go nie zauważałeś…

 

Zabrakło znów czyjegoś głosu…

Święta Bożego Narodzenia mają w sobie mnóstwo sprzeczności. Z jednej strony w oczekiwaniu na Dzieciątko, powinniśmy się wyciszyć, skupić na idei narodzin, z drugiej popadamy w szał przygotowań, zakupów, sprzątania i odhaczania zaplanowanych prac. Przygotowujemy starannie dom, pieczemy i gotujemy nocami na spotkanie z rodziną, żeby po dwóch dniach siedzenia przy wspólnym stole mieć ich serdecznie dosyć.

Od początku grudnia obiecujemy sobie, że w tym roku zrobimy skromne święta, po czym jeszcze kilka dni po Nowym Roku płacze nasz żołądek, portfel i pękająca w szwach lodówka.
Ale najbardziej skrajne są w święta emocje. Bo wtedy dosadniej przeżywamy wspólne chwile, cieszymy się sobą, radośnie celebrujemy rodzinne przygotowania, podczas gdy w głębi serca silniej doskwiera nam brak tych, którzy byli częścią naszego życia.
I kiedy tak krzątam się po domu pucując okna albo ubierając choinkę, chłonę tę radość wspólnych chwil pachnących goździkami i cynamonem. Tylko od czasu do czasu świat nagle zatrzymuje się. I jedyne, co wtedy widzę, to puste miejsce przy stole…
Nie jestem sama, prawda? Bo każdy przecież za kimś tęskni…

Posłuchajcie

I nie opuszczę cię?

Dzień dobry! #poniedziałek #love #kawa #szaro #tobędzieciężkidzień

O małżeństwie powstały już tony ksiąg. Możnaby z nich zbudować drogę na księżyc i z powrotem  Nikt jednak nie potrafi sprecyzować, na czym to idealne polega. Bo w zasadzie dla każdego jest ono czymś innym.

W świecie celebrytów widzimy na co dzień bajkowe związki – te przemierzające wspólnie Azję z kulawą angielszczyzną, te przybijające sobie piątkę w programie podstarzałego dziennikarza i te z niesfornymi bliźniakami wciskające góralce w reklamie internet i telewizję cyfrową. Jest ich mnóstwo, niektóre od kilkudziesięciu lat, inne tyle co po ślubie. Usilnie próbują nas przekonać, że to właśnie ich związek jest najpiękniejszy, najwierniejszy, najlepszy i w ogóle naj…

Daleko im jednak do ideału.

Miałam okazję poznać parę, którą śmiało nazwę prawdziwym małżeństwem. Nie w telewizji. W szpitalu.

Oboje bardzo wysocy, szczupli, ona ma kruczoczarne włosy, on lekko siwawy. Codziennie koło szesnastej dostojnym krokiem szli korytarzem szpitalnym, jakby przechadzali się po uliczkach w parku.  Ona niosła jego kurtkę, teczkę z papierami, on trzymał ją pod ramię. Przy drzwiach pokoju zabiegowego on spoczywał na krześle, a ona zdejmowała mu buty, zakładała kapcie i podprowadzała do pielęgniarki. Potem siadała w poczekalni i patrzyła to w ścianę, to w jakąś gazetę, telefon… I tak codziennie przez dwie, czasami trzy godziny.

Kiedy on pojawiał się w drzwiach, podrywała się energicznie, żeby chwycić go za rękę. Pomagała mu usiąść, klękała i zakładała mu buty, sznurowała dokładnie i poprawiała spodnie, żeby ładnie ułożyły się na trzewikach. Potem otulała go szalikiem, ubierała kurtkę, delikatnie podtrzymując bezwładną rękę.

Gdy już był gotowy, szybko narzucała płaszcz i tym samym, spokojnym krokiem oddalali się w głąb korytarza, wesoło rozmawiając. Ona kładła mu głowę na ramieniu a on z wielkim wysiłkiem uśmiechał się do niej. Był prawdopodobnie po wylewie. Z trudem się wysławiał, miał opadniętą twarz i bezwładną rękę. Ale w jej towarzystwie wydawał się być bardzo szczęśliwy.

I wiecie co? Ci ludzie doświadczyli zapewne wielkiej tragedii. Ale bardziej zajebistego małżeństwa nie zobaczycie w żadnej telewizji…

 

 

Kochanie, chomik poszedł szukać żony…

B1 i jej ulubione zajęcie  #relaks #małaartystka #fitograf #zdjęcia #sobota #zakopane

Już nieraz mogłam się przekonać, że historia kołem się toczy. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak dosadnie…

Kilka lat temu, dzień przed wyjazdem do Zakopanego zdechł nam chomik. Był całkiem pociesznym zwierzakiem. B1 uwielbiała się z nim bawić. Kiedy ją widział, wychodził na samą górę klatki i czekał, aż go weźmie na ręce. Wtedy biegał zabawnie po ramieniu i niuchał jej policzki. Ponieważ nie chciałam sprawić dziecku przykrości, postanowiliśmy wykorzystać fakt, że nie będzie nas w domu kilka dni, dzięki czemu B1 nie zdąży zauważyć jego zniknięcia. Misję znalezienia sobowtóra naszego chomika poleciliśmy siostrze B. Nie było to takie proste, bo trafiliśmy na bardzo wyjątkowego futrzaka. Biedna szwagierka zjeździła kilka sklepów zoologicznych na Śląsku, zanim znalazła identycznego gryzonia. Na szczęście B1 nie zauważyła różnicy. Co prawda ten sobowtór jakiś nerwowy był i porywczy, ale zgoniliśmy to na tęsknotę za nami podczas wyjazdu…

Po jakimś czasie i ten zdechł, jednak było to w czasie wakacji, kiedy B1 była nad morzem z dziadkami. Gdy wróciła, powiedzieliśmy jej, że chomik dorósł i poszedł szukać żony…

Miała wtedy cztery, może pięć lat.

Teraz ma jedenaście i…

Dzień przed wyjazdem do Zakopanego…

Zdechł chomik.

Cholera, nie mógł sobie lepszego terminu wybrać…

Tym razem wersja z żoną by nie przeszła. Na sobowtóra też szans nie było, bo był spasiony, stary i kulawy. Skąd takie cudo wziąć?

Poszliśmy na całość. Wróciliśmy do domu i… na razie trzymamy się wersji, że chomik jeszcze nie wrócił od cioci, która na czas naszych wyjazdów zajmuje się zwierzętami…

Bo tak naprawdę za cholerę nie mam pojęcia, jak jej to powiedzieć…

Warcz po cichu!?!?

Wyobraź sobie, że na twoim podwórku toczy się wojna między Putinem a Kim Dzonk Unem. Bordowi od gniewu przywódcy marszczą brwi, skaczą sobie do gardła, wyrzucają błędy, wrzeszczą  i grożą. Słyszysz trzaski, ogólne zamieszanie i okrutnie nerwową atmosferę.
Co czujesz?
Nie wiesz, jak zareagować, boisz się ich ruchów, podejrzewasz, że zaraz zacznie się konkretna rozpierducha i twój dom pójdzie z dymem albo w najlepszym wypadku zamieni się w kupę gruzu. Jest ci gorąco, ściska cię w żołądku i chcesz wyrzygać z siebie ten strach. Myślisz o jutrze. Jakie będzie. I czy w ogóle będzie…

Abstrakcja, co?
Nie do końca.
Bo właśnie to czuje twoje dziecko, kiedy kłócisz się ze swoim mężem/ swoją żoną.
Czasami najmniejsza sprzeczka, ta o pierdoły, dla dziecka może być stresorem na miarę egzaminu na prawo jazdy.  Ono nie rozumie, że tak musicie, że gdzieś trzeba wyładować emocje, że po udowadnianiu sobie racji w końcu odpuścicie.

Sprawa jest patowa, bo w małżeństwie kłótnie to norma. Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli przestałaś kłócić się z mężem, znaczy, że albo umarł, albo właśnie pakuje walizki i się rozstajecie.
Przed ślubem planowałam, że każdą kłótnię rozwiążemy na spacerze. Tak żeby dzieci nie słuchały. Kulturalnie wymienimy argumenty, powoli przemierzając ścieżki jakiegoś parku. Obok nas będzie biegał pies, a my będziemy rzeczowo dyskutować…
Planowałam też liczne potomstwo, mieszkanie w Krakowie i to, że będę biegać co wieczór. Jak to z planami bywa, poszły się… (W pobliżu brak parków, zamiast psa mam królika, który z Chiny nie ruszyłby sadła ze swojego sianka, więc o spacerze mogę zapomnieć, a do kulturalnej wymiany argumentów musiałabym zeżreć ze trzy paczki tabletek ziołowych na uspokojenie…)
Nasze kłótnie mają włoski charakter. Warczymy jak dwa lwy na wspólnym terytorium. Albo raczej jak diabły tasmańskie, bo z lwów brakuje nam opanowania…
Wiem, że B2 ma z tego niezły cyrk, bo dla niemowlaka wszystko, co jest odstępstwem od rutyny, staje się atrakcyjne. Za to B1 przeżywa każdą, najdrobniejszą nawet sprzeczkę. Nieraz już zauważyłam, że kiedy robi się gorąco, stara się załagodzić nadchodzącą wojnę. Czasami na samą myśl, że tak to bierze do siebie, chłodzę nerwy i próbuję uspokoić się na tyle, żeby ograniczyć kłótnię do małej acz bolesnej szpili w ego B, zupełnie niewyłapywalnej przez czujne ucho B1.

Niestety, nie za każdym razem mi się to udaje i po wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia. Wiem, jako matka powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ale mój piekielnie ognisty temperament  czasami nie daje się ujarzmić… Cóż… Nie jestem idealna…

Poradniki tworzą sryliony teorii na temat kłótni małżeńskiej. Zalecają stosowanie łagodnego tonu (dziwnie brzmiałoby kurwowanie ciepłym głosikiem z uśmiechem na twarzy…), przełożenie kłótni „na potem”, kiedy emocje opadną i włączy się mózg (no ale jak, kiedy ja właśnie w tym momencie muszę z siebie wywrzeszczeć, co czuję), albo rozwiązywanie problemów w poradni rodzinnej (przy trybie pracy B musieliby tam wprowadzić sesje nocne). Każde małżeństwo jest inne i wszelkie teorie nijak się mają do rzeczywistych relacji. Nie da się tłumić w sobie złości, bo jak negatywne emocje się skumulują, całe małżeństwo może runąć jak domek z kart.

Kłótnia to też forma relacji. Dzieci nie mogą wierzyć, że życie wolne jest od konfliktów. Przeciwnie, niech widzą, że one istnieją, że są czymś naturalnym i że – przede wszystkim – można je rozwiązać. Dzięki temu w przyszłości mała sprzeczka z chłopakiem, przyjaciółką, czy kolegą z pracy nie będzie dla nich tragedią na miarę wojny atomowej. Świat przecież nie jest tylko czarny albo wyłącznie biały.

Historia kołem się toczy, choć czasami zmienia tor…

Słońce... #spacer #słońce #słonecznydzień #zachódsłońca #B1 #babylove #babygirl

Dziś powinniśmy leżeć przy basenie na Teneryfie. Choroba Witamin zmusiła nas jednak do przełożenia terminu wylotu. I nie byłoby żadnego problemu, ba, nawet jest szansa na jeszcze lepszy hotel i więcej atrakcji, gdyby nie fakt, że wakacje w Hiszpanii to prezent dla B1. Za co? A no za wszystko – za to, że jest świetną córką, znakomitą uczennicą, najlepszą na świecie siostrą i przede wszystkim cudownym człowiekiem. Uwielbia Hiszpanię, czyta o niej książki, uczy się języka, śpiewa piosenki, bardzo marzyła o tym wyjeździe. Niestety… Pierwsze poważne choróbsko B2 sprawiło, że baliśmy się ryzyka związanego z lotem i zmianą klimatu. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji i tego, jak długo krtań potrzebuje jeszcze czasu na dojście do zdrowia.

Decyzja zapadła, B wycofał wniosek o urlop, pozostało powiedzieć B1, że przez brata musimy przesunąć jej wymarzony wyjazd… Drżałam. Uwierzcie mi, drżałam…

I tu szukając powodów cofnijmy się o jakieś dwadzieścia lat do pewnej zimy a dokładnie stycznia, kiedy już były wystawione oceny na pierwszy semestr i zaczynały się dwa tygodnie wolnego od szkoły. Ponieważ moi rodzice mieli urlop tylko w lecie, każde zimowe ferie spędzałam w domu. To był najnudniejszy czas. Dzieci jeździły na nartach, łaziły po górach a ja siedziałam pod blokiem i rozmawiałam z bałwanem z osmolonego spalinami śniegu… Pamiętnej zimy sąsiedzi, z którymi byliśmy (i właściwie do dziś jesteśmy) zżyci jak z rodziną zaplanowali wyjazd na ferie do Międzybrodzia. Ponieważ traktowali mnie jak córkę (nawet jestem imienniczką ich własnej) zaproponowali, że pojadę z nimi. Jaka ja byłam szczęśliwa! Pamiętam, że na tę okazję mama kupiła mi bardzo drogie, brązowe lakierkowane (!!!) trapery i kremowy sweter z dużymi guzikami. Nigdy wcześniej nie byłam nigdzie na feriach i marzyłam o tym wyjeździe jak o niczym. W myślach ułożyłam sobie każdy dzień, pozabierałam mnóstwo rzeczy, wepchałam do torby swój pamiętnik (wtedy jeszcze w wersji papierowej) i czekałam, aż nadejdzie upragniona chwila. W sobotę rano, kiedy już mieliśmy jechać, sąsiadka przyszła z przykrą wiadomością, że niestety musimy zostać w domu, bo ich córka – wtedy cztero albo pięciolatka – rozchorowała się…

Wiecie co, do dziś pamiętam mój żal. Leżałam w pokoju i wyłam w poduszkę. Jak ta mała zołza mogła się pochorować? Nie dość, że codziennie robiła z mojego pokoju krajobraz po burzy, podsłuchiwała moje rozmowy z chłopakami i wszędzie za mną łaziła jak cień, to jeszcze zepsuła dzień, na który tyle czekałam… Było mi tak cholernie przykro, że całe ferie straciły dla mnie sens. Postanowiłam spędzić je w łóżku, bo nic, absolutnie nic nie mogło mnie wtedy podnieść na duchu. Rozumiecie, taki prywatny Weltschmerz nastolatki… Po kilku dniach dopiero zeszło ze mnie ciśnienie i mogłam spojrzeć w oczy małemu przyczynkowi zła. Co prawda kiedy zobaczyłam ten zasmarkany kinol i rozczapiszoną z radości na mój widok szczękę, złość mi minęła, bo pomijając całą jej półtorametrową upierdliwość, kochałam ją jak siostrę (i niestety do dziś to chore uczucie we mnie siedzi). Jednak żal pozostał i długo jeszcze było mi przykro. I tak zamiast szaleć w mięciutkim górskim puchu, przesiedziałam dwa tygodnie z kaszlącą przylepą przy grze Mario i klockach Lego…

Wróćmy do moich Witamin. To niebywałe, jak historia zatacza kręgi. Dopiero ja wyłam w poduchę a już w myślach widziałam B1 zalaną łzami na wiadomość o zmianie planów. Zebrałam się wreszcie i wykrztusiłam to z siebie. I co? B1 popatrzyła na zasmarkanego brata, zmarszczyła brwi i powiedziała: „okej”…

Cholera… Zero złości, ani kropli łzy, sto procent zrozumienia i zwykłe OK… aż mi się głupio zrobiło. Ja lamentowałam i byłam wściekła o kilka dni w górach a ona? Hiszpania może poczekać, brat jest ważniejszy…

Udało nam się to dziecko. Wyprzedzę wasze myśli – nie sprzedam, nie oddam, jest moja. Taki osobisty, miniaturkowy sukces…