Cmentarz niezrealizowanych marzeń

Jeszcze dziś nowy wpis na blogu. O marzeniach. O niewykorzystanych okazjach. O tym, jak nie zabić w dziecku pragnień... #marzenia #blog #blogerka #humoryzmory

Dostałam kiedyś propozycję wyjazdu na rok do Neapolu. Mogłam tam uzyskać absolutorium i potem wrócić do kraju lub zostać na włoskiej uczelni. Nie zgodziłam się. Znalazłam natychmiast tysiące wymówek. Nawet nie zastanawiałam się, tylko odrazu odmówiłam, choć o takiej okazji zapewne marzyła każda młoda humanistka.
A tak naprawdę bałam się. Czego? Nowego, obcego miejsca. Nie znałam dobrze języka, myślałam, że nie odnajdę się sama w nowej rzeczywistości. Czułam się bezpiecznie na sprawdzonym gruncie i nie chciałam dysharmonizować swojego świata.

Z czego to wynikało? Z niewiary w siebie. Nie ufałam swoim możliwościom, nie miałam siły, żeby zmusić się do działania, bałam się porażki.
Wiem, że to nie w moim stylu. Dziś pewnie postąpiłabym inaczej. Nauczyłam się, że nie wolno rezygnować z szans, które los rzuca pod nogi. Ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dojrzeć. Nie znam teraz przeszkody, której nie umiałabym pokonać, bo mam w sobie dużo siły. Wierzę w swoje umiejętności, potrafię je należycie wykorzystać i jestem świadoma własnej wartości. Dlatego mam odwagę stawić czoła każdej sytuacji. Szkoda, że dopiero po latach udało mi się wypracować w sobie te cechy.
Każdy z nas ma pewnie stos zmarnowanych okazji, źle podjętych decyzji i tęsknot za tym, co nie wyszło. Ciagną się one za nami jak niechciane odsetki kredytu i czasami biją po głowie wypominając nam tchórzostwo. Niestety, czasu się nie cofnie. Można jedynie naukę na wlasnych błędach wykorzystać w wychowaniu dzieci. Róbmy więc wszystko, by nie zabijać w nich marzeń i budować życiową odwagę.

Kiedy B1 była w pierwszej klasie, zapisała się na konkurs recytatorski. Zdziwiłam się bardzo, bo wiem, że nie ma ona za grosz talentu oratorskiego. Nawet w myślach rozśmieszyło mnie to, że porywa się z motyką na słońce. Wiele lat jeździłam z dzieciakami na takie konkursy i wiem, jak dużo zależy od wrodzonych zdolności. B1 ma mnóstwo talentów, ale wiersze potrafi najwyżej wykrztusić jak modlitwę albo rozkład jazdy autobusów.

Wiele dni ćwiczyła, wyuczyła się wtedy długiego i trudnego utworu, ale recytowała go co najwyżej poprawnie. Nie wygrała. Wróciła jednak dumna z siebie. Cieszyło ją to, że spróbowała swoich sił. Byłam zaskoczona jej reakcją na porażkę. Nie dosć, że nie bała się spróbować, to jeszcze przy tym świetnie się bawiła! Ile człowiek może nauczyć się od siedmiolatki…
Piąty rok obserwuję ją w szkole i widzę, że nie ma takiego zadania, którego by się nie podjęła. Jeśli się uda, to super, chodzi dumna i zadowolona z siebie; gdy coś nie wyjdzie, trudno. Ważne, że próbowała. Każdą porażkę potrafi zamienić w naukę i budulec charakteru.
Ma ona w sobie tę odwagę, której brakło mi, gdy miałam lecieć do Neapolu…
Co by było, gdybym wtedy przed konkursem recytatorskim powiedziała jej, że się nie nadaje? Pewnie obie siedziałybyśmy w domu bez większego celu. Ja żyjąca nieziszczonymi marzeniami a ona z tych marzeń ograbiona…

Nie zabijajmy w dzieciach pragnień. Niech się sparzą, niech doświadczą sukcesów i porażek. Bo inaczej ich życie stanie sie puste. Muszą codziennie powtarzać i mocno w to wierzyć, że istnieją takie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. To właśnie marzenia…

Reklamy

Last minute

 

Najpierw bieganina w pracy. Koniec roku szkolnego, konferencje, papierologia. Nie było czasu na nic.

Potem przygotowania do wczasów. Uzupełnienie garderoby, jakieś kosmetyki, trochę zabawek, pranie, prasowanie, walka z wiecznie za małą walizką.

Nie było czasu na nic.

Po wczasach wpadliśmy na chwilę, przywieźliśmy mydełka, ouzo i pierdoły z greckich kramów. Oglądaliśmy zdjęcia, zachwycaliśmy się hotelem, plażą, pogodą… ale była już taka nieobecna.

 

Zawsze wpatrzona w nas, z ciepłym uśmiechem, teraz spoglądała w dal, a w oczach brakowało tych wyjątkowych iskierek. Tylko pustka.

Szybko się zwinęliśmy, żeby zacząć pakowanie do krótkiego wypadu nad morze. Wsiadałam do samochodu, a ona siedziała przy oknie balkonowym i machała mi na pożegnanie.  Wtedy przeszlo mnie jakieś drżenie. Jakbym czuła, że ta chwila zostanie w moim sercu już na zawsze…
Wróciliśmy dwa dni przed jej urodzinami, zdążyłam podjechać do sklepu po nalewkę, którą co roku kupowałam jej w prezencie. Planowałam wpaść na chwilę. Ale w dniu urodzin nie miałam czasu, bo wieczorem wyjeżdżałam na obóz z dzieciakami.
Nie było czasu… Wiecznie nie było czasu…

No nic, postanowiłam odwiedzić ją po powrocie. Przecież nalewka się nie zepsuje.
Kiedy wróciłam, już jej nie było. Wiedziała, że nie znoszę pogrzebów, że pożegnania są dla mnie okrutnym przeżyciem. Postanowiła mi tego oszczędzić, nie zaprzątać mi sobą głowy, bo przecież ja wiecznie nie miałam czasu…
Do dziś w myślach widzę ją w oknie, jak podnosi firankę, macha mi i puszcza całusy. Uśmiechnięta, spokojna i pełna miłości. A ja pędziłam. Zawsze gdzieś, po coś, tyle było spraw, tyle obowiązków, planów, ciągle w biegu… Ona zawsze czekała. I była. Nie usłyszałam nigdy, że nie może, że nie da rady, że nie ma czasu, że jutro, za tydzień…

Zawsze miała dla mnie czas.
Nigdy sobie nie wybaczę, że jej nie odwiedziłam w urodziny. Co roku przyjeżdżałam, choćby na chwilę. Co się ze mną stało? Jak mogłam tak przewartościować mój świat?

Czas…
Najgorzej rozlokowany dar, jaki posiadam…

Już nauczyłam się, że mogę nie mieć go na sprzątanie, obejrzenie filmu, książkę, bloga czy pracę. W każdej chwili jednak MUSZĘ bezwzględnie go poświęcić komuś, kto tego właśnie potrzebuje. Teraz! Bo to może już być ostatnia minuta…

Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

– Bo jak ja byłam w ciąży…

– Musisz jeść to i to…

– Powinnaś…

– Ja na twoim miejscu…

– Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

367

Pozostańmy w klimacie liczb. Jako że mam jakąś dziwną skłonność do celebrowania rocznic, w niedzielę minął rok, odkąd nie pracuję. Dokonajmy więc małej ewaluacji.
1. Obejrzałam wszystkie odcinki kilku seriali. Mogę się doktoryzować w „Zdesperowanych kurach domowych” i „Domu”. Andrzej Talar i Gabi Solis towarzyszyli mi przez kilka miesięcy robienia obiadów, przewijania pieluch i zszywania potarganych ubrań.
2. Nadrobiłam czytelnicze zaległości. Co prawda traktaty filozoficzne zamieniłam na lekkie opowiastki o chujowych gospodyniach, dietach, ciążach i relacjach damsko – męskich. Ale czasami trzeba wyłączyć myślenie…
3. Zrobiłam kurs instruktora pierwszej pomocy i egzaminatora maturalnego. Postanowiłam też zapisać się na kurs dietetyki.
4. Zrobiłam porządek w mojej garderobie i pogodziłam się z rozstaniem z ubraniami, które zalegają w kątach półek.
5. Namówiłam B na remont jednego pokoju, który był perfidnie niefunkcjonalny. Teraz wreszcie stał się przydatny.
6. Rozkręciłam bloga i zebrałam całkiem sporą grupę fanów.
7. Zobaczyłam musical „Metro”. Spełniłam w ten sposób marzenie z nastoletnich czasów.

To wszystko. Chociaż chyba o czymś zapomniałam. A, no tak! Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Urodziłam cudownego faceta, który codziennie randkuje ze mną od bladego świtu do późnej nocy.
Jest super, jednak…
Brakuje mi tego pędu i adrenaliny. Nie przywykłam do bezcelowego (nad znalezieniem odpowiedniego określenia myślałam całe popołudnie) spędzania czasu.
Cudownie jest być matką, ale nie mam swojego świata, odskoczni od brudnych garów i histerycznego płaczu dziecka.
Tęsknię za pracą..

Czy to źle, że brakuje mi własnego życia? Bycie tylko matką i żoną nie jest szczytem moich ambicji…

365

received_1643556882531732Kiedy to zleciało? Dokładnie rok temu pierwszy raz zobaczyłam B2. Co prawda niewiele z tego zdjęcia umiałam wyczytać, ale wiedziałam, że właśnie zaczęła się kolejna wspaniała przygoda w moim życiu!

 

 

Matko, nie masz prawa!

Hi!

Nie obserwuję zbyt wielu blogów.  Mam dosłownie kilka ulubionych, do których zaglądam wieczornymi porami. Wśród nich jest świat dziewczyny, która z zawodu jest ginekologiem i w tle życia prywatnego dzieli się swoimi spostrzeżeniami na tematy kobiece. Ma synka i spodziewała się drugiego dzieciaka. No właśnie… Spodziewała…

Wczoraj zmroził mnie jej wpis, w którym oświadczyła, że jej drugi synek, Ernest, umarł, zanim zdążył się narodzić… Była w 23 tygodniu ciąży.

W nocy nie mogłam spać.  Zastanawiałam się, jak ta dziewczyna teraz musi cierpieć. Straciła dziecko, ktore od pięciu miesięcy czuła pod sercem. Miała już wybrane imię, przygotowaną wyprawkę, nawet życzenia z okazji Dnia Matki otrzymała już w imieniu obydwóch synków. Dla niej to trauma na całe życie.  Minie wiele lat, zanim się z tego podniesie.

Przy tym wszystkim po głowie zaczęły mi krążyć słowa wielu matek, których podejście do dzieci jest wręcz przerażające. Ciągle narzekają, a to że nie mają czasu dla siebie, a to, że brak im sił, że przytyły, że mają za dużo na głowie, że przestały rozwijać się zawodowo, że brakuje im pieniędzy, że są zmęczone…

Matko! Nawet nie wiesz, ile kobiet wzięłoby od ciebie to zmęczenie, kilogramy i brak czasu! Przyglądają ci się z boku i nie widzą twoich zmartwień, a jedynie ogrom szczęścia, jaki trafił się właśnie tobie, nie im. Nie masz więc prawa bluźnić!

Jesteś zmęczona, bo ktoś tak bardzo cię potrzebuje, że nie potrafi bez ciebie żyć.  Masz bóle kręgosłupa, bo ktoś nosi w sobie tak wielką miłość do ciebie, że tylko twoje ramiona są w stanie ją zaspokoić. Twój brzuch jest pomarszczony a skóra rozszarpana rozstępami, bo w nim narodziło się życie i tam mogło bezpiecznie przygotować się do przyjścia na świat, bo udało mu się tam przetrwać! Nie masz czasu dla siebie, bo ktoś tylko przy tobie czuje się bezpiecznie. Nie masz pieniędzy, ale dla kogoś ty jesteś największym skarbem, nie potrzebuje on drogich zabawek, najnowszej kolekcji ubrań czy zagranicznych wczasów. Wystarczy mu to, że jesteś. Masz w domu bałagan? Ktoś nie będzie pamiętał czystych podłóg i lśniących okien, on tylko chce ciebie, twojej uwagi, uśmiechu, poczucia bliskości.

Dziecko nie zajmuje ci czasu, ono go wypełnia, nadaje twojemu życiu sens i nawet nie zdajesz sobie sprawy z tego, jak bardzo pusty byłby twój świat bez niego. Doceń to, bo wygrałaś życie – udało ci się zajść w ciążę, donosić ją, urodzić dziecko, teraz możesz je wychowywać. Czy można czegoś więcej chcieć?

Bycie mamą to nie żmudny obowiązek czy ascetyczna praca zmuszająca do wielozadoniowości. To przywilej, który dostałaś od Boga i za to powinnaś być wdzięczna do ostatniej nanosekundy życia.

Dziecko samo zło

Pierwszy raz wakacje udało nam się zaplanować prawie cztery miesiące wcześniej. Postanowiliśmy najpierw wybrać się nad polskie morze, żeby trochę pomarznąć i nafaszerować dzieciaki jodem, a potem dopiero wygrzać dupska w ciepłym kraju. O ile z hotelem za granicą problemu nie ma, bo i łóżko turystyczne w standardzie; i animacje dla bąbli; i nawet udogodnienia dla matek karmiących w samolocie. Ale to normalne, że cywilizacja wspiera macierzyńskie uroki.

Co innego w postsarmackiej rzeczywistości.

Polską część wakacji spędzimy z przyjaciółmi, którzy mają dziecko (dokładnie rzecz biorąc – córkę) dwa tygodnie starszą od B2. Zaraz po decyzji o kierunku wyjazdu zaczęliśmy szukać dogodnych noclegów.  Zależało nam na bliskiej odległości od plaży i detalach związanych z naszą parką, czyli placu zabaw, możliwości zostawienia wózka, podgrzania jedzenia ze słoika, itd. Wybraliśmy pensjonat, pokoje okazały się wolne, przyjaciele przelali zaliczkę i mogliśmy zacząć myśleć o kolorze bikini i liczbie bluz polarowych, które zabierzemy. Jakież było nasze zdziwienie, kiedy po kilku dniach właścicielka wróciła przelaną sumę i telefonicznie poinformowała, że musi cofnąć naszą rezerwację, bo uświadomiła sobie, że nasze dzieci będą przechodzić ząbkowanie a co za tym idzie – z pewnością popłaczą sobie sporo i narobią hałasu. I że nie chce narażać swoich gości na taki dyskomfort…

Szok…

Dobrze, że był jeszcze czas na znalezienie czegoś innego. Udało się zarezerwować lepsze noclegi, praktycznie w samym centrum i w lepszym standardzie. Tym razem nikt nie wystraszył się dwóch ząbkujących siedmiomiesięczniaków…

Dziwna sprawa. Wychodzi na to, że w XXI wieku są jeszcze miejsca, gdzie dzieciom wstęp jest wzbroniony. Dacie wiarę?

A Wy co myślicie o takiej sytuacji? Czy w takim razie rodzice małych dzieci powinni zaszyć się w domu albo wyjechać z dzieciarnią w jakąś puszczę, z daleka od innych ludzi, żeby nikomu nie przeszkadzać?

Ludzka sprawa

Odwiedziła mnie koleżanka, matka dwóch synów.  I chyba jako pierwsza zadała mi pytanie, czy nie mam już dość…

A no mam!

Od grudnia nie przespałam żadnej nocy. Chociaż B2 budzi się dopiero koło piątej rano, ja nie dam rady spokojnie zasnąć. Otwieram oczy co chwilę, sprawdzam, czy oddycha, czy jest przykryty albo czy śpi w dobrej pozycji na poduszce.

Moje plecy, gdyby umiały mówić, odpieprzyłyby jakąś konkretnie wielką improwizację o bólu rozrywającym z każdej strony, że by się jej Adam nie powstydził. (Swoją drogą – jak oni taką bandę dzieci ogarnęli, skoro ja przy dwójce piszczę…) Wracając do mniej poetyckiej rzeczywistości, kręgosłup mi wysiada. Większość dnia spędzam w pozycji leżącej, bo B2 to wyjątkowo żarłoczne dziecko. Je jakieś piętnaście razy dziennie. I do tego nie znosi spożywania posiłków nigdzie indziej poza swoim pokojem. Wywala się panicz na łożu i memła cycka od świtu do zmierzchu z małymi przerwami na zabawę.  A ja leżę wiecznie w jednej pozycji i tylko czuję zdrętwienie w lędźwiach i ból łopatek. Kiedy tylko próbuję choć na chwilę położyć się na plecach, panicz budzi się i swoim delikatnym głosem, który słychać chyba na końcu naszej ulicy, domaga się oddania mu tego, co do niego – jak mu się zdaje – należy.  Pomijam już fakt, że w tym leżeniu można umrzeć z nudów.  Wiem, powinnam się błogo wpatrywać w dzieciaka jak te matki w reklamach, ale ile można. Mój jedyny ruchomy obraz to czereśnia za oknem, której – jak tak dalej pójdzie – zacznę liczyć liście… Gdybym miała chociaż telewizor, dowiedziałabym się, co słychać w świecie albo obejrzała jakiś odmóżdżający serial. A tak godziny upływają mi na niczym.  Tylko leżę i gadam do siebie w myślach. Już nawet książki przestały mnie rajcować, bo żadna pozycja nie pozwala mi na swobodne czytanie!

Ręce mam już tak umięśnione, jak nigdy do tej pory. Noszę to moje siedem kilo, bo najbardziej lubi on oglądać świat z wysokości. Dlatego zazwyczaj, kiedy nie śpi, nie robi kupy i nie je, spaceruje sobie po domu w moich ramionach. A ja czuję już po rękawkach koszulek, że obwód mięśnia sukcesywnie się zwiększa…

Mój dom opanowała mafia pająków. Pajęczyny w każdym kącie. Sprzątam codziennie w miarę możliwości, ale nie mam na tyle czasu, żeby na spokojnie wziąć się za porządki. Do tego moje sprzątanie wygląda tak, że:

A) Kiedy B2 śpi, robię coś w pośpiechu i co chwilę zaglądam do niego. Wszystko zajmuje mi dwa razy więcej czasu, bo skupiam się na tym, żeby zbytnio nie hałasować.

B) Kiedy B2 nie śpi, biegam po domu z nim na rękach, odkurzam, układam klamoty. Taka opcja też spowalnia mi czas, bo robota jedną ręką nie należy do najłatwiejszych.

Jem śniadanie z brzdącem na rękach, o ciepłej herbacie mogę już zapomnieć, bo zbyt długie siedzenie w miejscu go nudzi a i boję się, że go obleję. Obiad gotuję biegając od wózka do pieca, żeby go nie poparzyć, pranie nastawiam razem z nim, na szczęście czasami potrafi się czymś zająć, wrzucam go wtedy do wózka i wykorzystuję te chwile na wywieszenie ubrań czy obranie ziemniaków albo krojenie mięsa. Wszystko jednak robię w tempie ekspresowym.

Najgorzej jest, kiedy B1 wraca ze szkoły, bo też chciałaby mojej uwagi. Czasami podaję jej obiad, albo herbatę robiąc w międzyczasie „samoloty”, żeby mały berbeć nie zabił nas swoim wrzaskiem. Kątem oka bawię się z B2, żeby móc wysłuchać relacji B1 z tego, co działo się w szkole, jak poszło jej na sprawdzianach i co robiła na przerwach. O pomocy w odrabianiu lekcji nawet już nie wspomnę. Siedzimy w sypialni berbecia, bo to zazwyczaj jego pora karmienia i tam się uczymy z przerwami na zmianę cycka albo hepnięcia.

Przyznam, że opieka nad dwójką dzieci, kiedy jest się praktycznie samą całe dnie, nie należy do najłatwiejszych. Czasami zazdroszczę tym mamom, które o szesnastej mogą przekazać pałeczkę tatusiom, a same idą na spotkanie z koleżankami, do klubu fitness albo zwyczajnie zamykają się w sypialni i odsypiają minione godziny. B wychodzi z domu po siódmej, wraca po dwudziestej, ma wolne tylko niedziele. Wszystkie obowiązki spadają na mnie. Próbuję więc pogodzić życie dziesięciolatki, która walczy codziennie z przerośniętymi ambicjami nauczycieli i niemowlaka, który chyba nie walczy z niczym, poza kupą i moją bezgraniczną uwagą… Kiedy jedno ma wizytę u lekarza, drugie jedzie ze mną, ładujemy się razem do auta, bierzemy zabawki, kocyki, smoczki i ruszamy. Na zakupy jeździmy we trójkę. I tak większość rzeczy kupuję przez internet, bo w klepie nie mam nawet jak się zastanowić nad wyborem. Zazwyczaj szybko wrzucam do koszyka kilka artykułów, bez których nie przeżylibyśmy do wieczora, a resztę rzeczy dokupuje B. Na spacery, które były dla mnie jedyną formą relaksu, ostatnio nie wychodzimy, bo ulice są tak rozorane, że nawet nie da się przejechać wózkiem, na każdym kroku kopary, kurz, smród i hałasujący robotnicy. Akurat teraz miasto musiało wpaść z robotami kanalizacyjnymi do nas. Zamiast tego wietrzymy się na podwórku. Wystawiam wózek na taras, a sama próbuję nadgonić w tym czasie jakieś obowiązki. No kuźwa co mam mówić, łatwo nie jest. Sama się dziwię, że jakoś to wszystko funkcjonuje, bo w pewnych momentach mam chęć dosłownie usiąść i płakać.

Mówię więc szczerze – mam cholernie dość! Ale… Ani na moment nie oddałabym tego mojego obolałego kręgosłupa, mafii pająków i zwariowanego świata nikomu! Zaleciało ascetyzmem… Ale taka prawda. Jest ciężko, nieraz sama nie wiem, za co się wziąć i jak pogodzić to wszystko. Jednak mimo wszystko lubię swoje życie i jestem w nim szczęśliwa, bo może i jest pełne wyzwań, do których nie przywykłam jako osoba, która do niedawna potrafiła poświęcić się wyłącznie pracy (jak to sama ostatnio stwierdziłam – o wiele łatwiej jest mi stworzyć plan wynikowy do poszczególnych oddziałów niż plan gotowania na dany tydzień…), ale jest moje. I nie zamieniłabym go na żadne inne!

#oszalałamnajegopunkcie #oczy  #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot
#oszalałamnajegopunkcie #oczy #babylove #babyboy #b2 #b2ija #macierzyństwo #odlot

O zawartości serca w człowieku

Weekend majowy spędziliśmy na wsi, u rodziny B2 (w zasadzie po dwunastu latach małżeństwa mogę powiedzieć – u naszej rodziny…). Zajmują się oni sadownictwem. Chociaż pogoda nie dopisywała, wybraliśmy się na spacer po okolicy. Kuzynka pokazała nam ich sady. Byłam w olbrzymim szoku, ile tego jest. Kilometry drzew, które teraz kwitną, a wkrótce zaowocują i będzie trzeba mnóstwo wysiłku, aby pozbierać owoce jak najprędzej. Zawsze podziwiałam ludzi pracujących i uważam, że właśnie ciężka praca uczy pokory (o czym wkrótce na blogu). Ale chyba nigdy tak do końca nie zdawałam sobie sprawy z tego, ile ludzie potrafią włożyć wysiłku w to, co robią. Kiedy ma się własne uprawy, nie istnieją dni wolne, noce czy relaks. W każdej chwili pogoda, los lub złośliwość ludzka może sprawić, że zamiast siedzieć w domu, trzeba będzie pilnować swoich plonów.

Ale nie o tym dziś chciałam napisać.

Do tej pory w głowie mam jeden obraz, który zobaczyłam właśnie tam. Ciocia i wujek mają piętrowy dom, jednak całe życie rodzinne toczy się na parterze. Tam mają niewielki pokoik i kuchnię. Kiedy w niedzielę wieczorem udało mi się uśpić B2, zeszłam na dół na kolację i widok, który zastałam, zaparł mi dech w piersiach. Zobaczyłam stół, przy którym siedzieli wszyscy dorośli i głośno się śmiali, rozmawiali, jedli i słuchali siebie nawzajem. Na kanapie obok siedziały dzieciaki, grały w coś, komentując swoje ruchy. Najmłodszy berbeć biegał od kąta do kąta, zaczepiał psa i mówił coś do siebie. I co ciekawe – młodzi, którzy mogliby spędzać ten dzień z kolegami albo przy komputerze z wielkim szacunkiem i widoczną gołym okiem radością słuchali opowieści dziadków. Było gwarno, wesoło, pachniało smażoną kiełbasą i chlebem. Uwierzcie mi, zamarłam w tych drzwiach. Nie widziałam takiej sceny od lat. Od ilu? Chyba odkąd umarł mój dziadziuś. Kiedyś w naszym domu zbierali się wszyscy i wspólnie spędzali dnie. Teraz każdy żyje swoim życiem. Nie ma czasu (albo może chęci) na wspólne spotkania. Spontany wyginęły chyba już na zawsze, są tylko cykliczne gościny z konkretnych okazji.

Po chwili wpatrywania się w tak niesamowitą scenę usiadłam z nimi wszystkimi przy stole. Słuchałam ich, obserwowałam i czułam się niesamowicie. Bardzo spodobało mi się też to, że wszyscy wymawiają swoje imiona w formie zdrobniałej. Niby szczegół, ale podkreśla nie tylko ich relacje ale mimowolnie udowadnia, że te uczucia nie są płytkie, ani na pokaz. To szczere, prawdziwe i wyjątkowe więzi rodzinne.

Ciocia natychmiast przyniosła mi jedzenie i – serio – chyba nigdy tak nie smakowała mi żadna kolacja. To wszystko było tak bardzo ciepłe, że żaden normalny piec nie mógłby tego aż tak podgrzać. Było przesiąknięte aurą tego domu. Życzliwością, miłością i wzajemnym szacunkiem.

Kiedy wyjeżdżaliśmy do domu, czułam niemożebny żal. Tak mi dobrze było z nimi, że wcale nie cieszyłam się z powrotu. Wszyscy obdarzyli nas takim ciepłem, że nawet B1 chciała jeszcze zostać, chociaż zazwyczaj po paru dniach tęskni za laptopem i tabletem. Tym razem nawet to nie było jej potrzebne i wcale nie chciała jechać. Bo nasz dom może i jest nowy, urządzony w zgodzie z obecnymi trendami, przytłoczony multimediami, ekonomiczny, może i posiada jakieś tam certyfikaty i atesty, ale nie ma tak wielkiej duszy, jaką przesiąknięte są tamte ściany. To tam mieszkają najbogatsi ludzie świata. Mają wielki skarb, którego zapewne pozazdrościłby im każdy. Doceniają się, szanują, kochają, są dla siebie podporą.

Chciałabym, żeby kiedyś i u nas tak wrzało rodzinne życie. Wiem, że to zasługa cioci i wujka, to oni tak wychowali swoje dzieci, a one przekazały takie same nauki swoim potomkom. Dzięki temu teraz są razem i doceniają się. To właśnie od rodziców zależy, czy ich dzieci będą tworzyły prawdziwą rodzinę. Tam widać ciężką i konsekwentną pracę cioci i wujka. Może i nam kiedyś to się uda. Zastanawiam się, ile serca musi mieścić się w człowieku, żeby mógł przekazać innym aż tyle miłości.

 

#majówka
#majówka