Otrzep kurz wczorajszego życia

14547704_380405042314060_4519801923343220736_n

Przypomnij sobie dzień, w którym na świat przyszło twoje dziecko. Pamiętasz dokładnie wszystko. Pogodę, słowa lekarza, wzrok faceta. Możesz w myślach odtworzyć minutę po minucie. Dla wielu ludzi to była kolejna kartka z kalendarza do spalenia. Dla ciebie najcudowniejszy moment, najwynioślejsze przeżycie. Będziesz o nim myśleć za każdym razem, kiedy spojrzysz na swojego malucha, kiedy się uśmiechnie, przytuli cię, zrobi pierwszy krok, powie „mama”, przyniesie świadectwo, wypadną mu mleczaki, nawet wtedy, gdy cię wpieprzy podczas kłótni o to, czy może wrócić po dwunastej z imprezy.

Bez względu na czar kolejnych chwil, twoje życie właśnie podzieliło się na to, co było przed i całą resztę po porodzie. Wywróciłaś swój świat do góry nogami. Wszystko wygląda jak w lustrzanym odbiciu. Niby tak samo mija dzień za dniem, dookoła ci sami ludzie, stare ściany, identyczny kolor nieba, a jednak jakby zupełnie inny. Bo w twój świat z gracją legwana wśliznęło się małe żyjątko, które swym urokiem, słodyczą i pragnieniem miłości puściło w pizdu harmonię i przewidywalność chwili.
Co ci pozostaje? Żyć. Niby dalej, ponoć do przodu ale tak, aby te narodziny stały się sensem twojej codzienności.

Podobnie jest z Bożym Narodzeniem.

Nie jest to kolejny pretekst do zmasakrowania konta w banku i poluzowania guzików od spodni. Nie wigilijny dress code, nie kolor choinki czy panierka na karpiu tworzą klimat tych dni. Tylko narodziny. Zwykłe – niezwykłe przyjście na świat dziecka, które z uporem powtarza się co roku. Po co? Żeby znów doświadczyć cudu. By poczuć, że świat – zupełnie tak jak wtedy kiedy urodziło się nasze dziecko – przyjął inny kształt, dał szansę na nowe chwile, przyniósł w darze godziny, które możesz wykorzystać, jak tylko chcesz. Bo to narodziny dające nadzieję na lepsze jutro. To narodziny przypominające o tym, że zamykasz wczoraj, żeby cieszyć się tym, co tu i teraz. To narodziny dające motywację do działania.

Na tym polega mistyka świąt Bożego Narodzenia. Na corocznym odrodzeniu nadziei, która przecież jest motorem napędowym. I tak jak twoje dzieci motywują cię do życia, tak narodzone w żłobku dzieciątko przypomina ci, jak wiele dobrego przed tobą.
Święta minęły. Wytrzep obrus z okruszków piernika, spierz plamy z barszczu i zapomnij o tym, co było. Masz kolejny piękny rok przed sobą!

**********************************************************

Ten wpis powstał w ramach akcji Blogrudzień, której inicjatorką jest Magda M.

Oprócz mnie w przedsięwzięciu biorą udział autorki innych blogów. Oto lista wszystkich uczestniczek:

1 – Ewelina z www.pozytywnydom.com

2 – Ania z www.pepek-swiata.com

3 – Weronika z www.minimalisticgirl.pl

4 – Dagmara z www.dziubdziak.pl

5 – Kasia z www.tarapatka.pl

6 – Magda z www.savethemagicmoments.pl

7 – Mirka z www.blondpanidomu.pl

8 – Sylwia z www.matczysko.pl

9 – Gosia z www.jaskoweklimaty.pl

10 – Karolina z www.mlodamamma.pl

11 – Karolina z www.karolinaplichta.pl

12 – Agnieszka z www.321startdiy.pl

13 – Olga z www.rodzinazeszczecina.pl

14 – Sylwia z www.mlodamamapisze.com

15 – Karolina z www.wysmakowana.pl

16 – Karolina z www.dzieciecapodroz.pl

17 – Kamila z www.ugotowanepozamiatane.pl

18 – Agata z www.wesellerka.pl

19 – Emilia z www.mamaisynzgranyteam.pl

20 – Iga z www.znaciskiemnaszczescie.pl

21 – Karolina z www.mamakarolina.pl

22 – Monika z www.mamanacalego.pl

23 – Agata z www.beztroskamama.pl

24 – Magda z www.magdam.com.pl

27 – Asia z www.humoryzmory.blog.pl

28 – Natalia z www.swiattomskiego.pl

29 – Justyna z www.pogodnieprzezzycie.pl

30 – Ola z www.jasiovo.blogspot.com

31 – Edyta z www.mumnaopak.blogspot.com

Reklamy

Słoik miodu, szczypta soli i dwa ziarnka gorczycy

Jesień... #niedziela #spacer #sosnowiec #b1 #b2 #mojemiłości #babylove #babyboy #babygirl

Pamiętacie swoją ostatnią chwilę błogostanu? Taką, w której nikt ani nic Was nie martwiło, stresowało,niczym nie zaprzątaliście sobie głowy? Kiedy mogliście skupić się tylko na tym, co tu i teraz?

Leżałam w szpitalu po porodzie, B1 jeszcze była ważona, mierzona i klasyfikowana w kategoriach niemowlęcych. W zasadzie nie pamiętam, co dokładnie czułam, ale było mi dobrze. Mimo tego, że minęło prawie dwanaście lat, ciągle mam w głowie to obce mi już teraz poczucie spokoju. Wiedziałam, że stres porodu już za mną, wszelkie obawy z nim związane odeszły w dal, bólu nie było a dzieciak urodził się zdrowy. Wywaliłam się więc szczęśliwa na łóżku i licząc na to, że już tylko to, co dobre przede mną, czekałam na bobasa.

I to była właśnie ostatnia spokojna chwila. Tak, wtedy skończył się beztroski rozdział mojego życia.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam B1, taką malutką, pokiereszowaną po porodzie, uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę mogła spokojnie zasnąć. Bo od tej pory stałam się za kogoś odpowiedzialna…

Do dziś pamiętam to uczucie – dziwny, nieznany nigdy wcześniej strach i niemożebne przerażenie. W jednym momencie euforia związana z narodzinami dziecka zamieniła się w potężny stos obaw i poczucia bezradności. W mojej głowie zaczęły się przewijać obrazy potencjalnych zagrożeń, jakie czyhają na dziecko. I zrozumiałam, że to życie, które przed momentem się rozpoczęło, jest w pełni uzależnione ode mnie i jego los właśnie ja ściskam mocno w rękach.

Od tamtego dnia wiele się nie zmieniło. Codziennie z niepokojem obserwuję życie jednego i drugiego dzieciaka. A zmartwień jedynie przybywa. Wiem, na tym polega macierzyństwo. Być może histeryzuję, może jestem zbytnio przewrażliwiona, ale całą słodycz życia z dziećmi przyćmiewają obawy, które pewnie w każdej matce mnożą się z minuty na minutę. I nie jest to łatwe doświadczenie. Ale chyba taka właśnie jest rola matki. Kto, jeśli nie ona poradzi sobie lepiej z tym wszystkim? Nie tak prosto przełknąć słodycz doprawioną goryczą i słonymi łzami…

Jedz, bo nie urośniesz!

Pożrę cię!!! Aaaaaaaaaa!!!! #b2 #b2ija #babylove #babyboy #żarłaczmały

Nie jestem ani pediatrą ani dietetykiem. Jestem zwykłą matką. I właśnie z tej perspektywy chciałabym Wam opowiedzieć moją przygodę z żywieniem dzieci.

B1 urodziła się w 36 tygodniu. Podchodziła pod wcześniaka tylko z teorii, bo parametry miała znakomite. Z moich planów trzymiesięcznego karmienia piersią nic nie wyszło. (Tylko przy pierwszym dziecku myślałam, że w macierzyństwie można coś zaplanować). Do siódmego miesiąca karmiłam ją wyłącznie moim mlekiem, następnie jeszcze jedenaście miesięcy na zmianę ze zwykłym jedzeniem. Stosunkowo późno zaczęłam wprowadzać jej inne pokarmy. Dziś widzę, że robiłam to bardzo chaotycznie.  Nie było wtedy tak rozpowszechnionego internetu, przeczytałam kilka książek, czasopism dla matek i połączyłam dobre rady w wygodną dla mnie całość. Bez ładu i składu uczyłam ją nowych smaków a to jagódek, a to marcheweczki, a to rosołku, sukcesywnie rezygnując z tego, czym pluła. Już na początku popełniłam kardynalny błąd podając jej na pierwszy rzut słodkie owoce. Przez to wiele warzyw natychmiast poszło w odstawkę. Drugim grzechem było niepowielanie prób. Gdy raz jej coś nie zasmakowało, więcej jej tego nie podawałam. kilka miesięcy próbowania i eliminowania skończyło się tym, że ostatecznie w menu B1 zostały parówki, bułka pszenna z masłem i Kinder kanapka…

Na szczęście badania, które wykonywaliśmy regularnie ani razu nie wykazały jakichkolwiek niedoborów. Wagę też udawało się utrzymać w normie, co prawda w dolnej granicy, ale jednak, za to wzrost nigdy nie schodził poniżej górnej kreski na siatce centylowej. Owszem, nigdy nie była ona pulchnym bobaskiem, raczej szczuplutką dziewczynką bez zwijek i pucołowatych policzków. W żaden sposób nie odbiło się to na jej rozwoju fizycznym ani intelektualnym. Niestety, za to duży wpływ wywarło na odporność, albo raczej na kompletny jej brak. Stąd kilkanaście razy w roku zmagaliśmy się z zapaleniem oskrzeli, leczyliśmy się nawet w kierunku astmy.

Latami walczyłam z nią o to, żeby chociaż spróbowała pomidora, sałaty czy owoców. Nadaremnie. Był ryk, zaciśnięte usta, dławienie się. Ani prośba ani groźba nie przynosiła efektów. Nie wiem, ile w tym było prawdziwej odrazy do jedzenia, a ile gry, bo aktorką w takich kwestiach jest ona wybitną…

O normalnym jedzeniu do dziś nie ma mowy. Co prawda nieco poszerzyła wachlarz smaków. Zaczęła jeść warzywa, owoce i inne pokarmy, nadal nie tknie się jednak wielu potraw. Przy większości kręci nosem. Ale je! Uodporniłam się już na jej fochy, zaciskam zęby przy obiedzie, nie patrzę na przerzucanie jedzenia na talerzu i marszczenie nosa, kurwuję w myślach, ale uśmiecham się i czekam cierpliwie, aż zje. Czasami trwa to pół godziny, czasami dłużej. Ale ostatecznie zjada. Najgorsze, że nie chce pić nic poza herbatą. Nie przyłoży do ust szklanki z wodą albo sokami. Po wypiciu wody ma odruchy wymiotne. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak dziwnie patrzą na nas barmani pull barów, kiedy na wczasach przy temperaturze powyżej 30 stopni słyszą „Hot tea please…”

I tak za swój sukces uważam fakt, że od kilku tygodni do herbaty pozwala sobie wcisnąć cytrynę.

Ile ja się nasłuchałam, że głodzę dziecko, że chudzina, że nie urośnie, że szara cera… Tak jakbym specjalnie przed nią lodówkę zamykała… Nie było mi łatwo, miałam wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nikt poza mną nie ponosi winy za te błędy żywieniowe. Jednak czasu nie cofnę. Ostatecznie stwierdziłam, że głową muru nie przebiję i pozostaje mi przeczekać ten okres żywieniowego buntu.

Na szczęście widać organizm sam wie, ile mu potrzeba, bo wyrosła nam mądra, ładna, zgrabna i wysoka panna. Jest ona znakomitym przykładem na to, że hasło naszych babć „jedz, bo nie urośniesz” można zapisać w dziale bajek i legend…

Co do B2, w skrócie rzec by można, że lepiej go ubierać niż żywić…

Wchłonie wszystko, co tylko mu się przystawi pod nos. Kaszki, zupki, owoce, warzywa, chrupki, biszkopty, nie ma na niego mocnych. Kiedy jemy obiad, wychyla się z krzesełka i łapczywym wzrokiem żebraka zagląda do naszych talerzy. Ma ochotę na wszystko i o każdej porze. Nawet, gdy coś mu nie smakuje, wykrzywi buzię, zmruży oczy, otrzepie się, ale rozwiera paszczolka i sięga po jeszcze, jakby robił zapasy przed miesiącami epoki lodowcowej…

Nauczona błędami z pierwszego macierzyństwa, tym razem nie czekałam do siódmego miesiąca, tylko w połowie piątego zaczęłam wprowadzać pokarmy. I na pierwszy rzut za radą naszej kuzynki – przyszłej pani doktor, poszła dynia, brokuły i jabłko, długo potem dopiero przedstawiłam łasuchowi słodką marchew czy banana. W ten sposób zaakceptował on wszystkie smaki. Do tego nie stosuję się do haseł o niedopajaniu przy karmieniu piersią, a podaję mu wodę mineralną i sporadycznie herbatkę.

Jego obżarstwo jakoś wyjątkowo nie bije po oczach, jest wysokim chłopczykiem (jak na swój wiek oczywiście – ma mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów), ale przy tym dość szczupłej postury. Nie policzę mu żeber, jak to mogę do dziś u B1 zrobić, ale też nie ma fałdek tłuszczu.

Mamy w domu dwie skrajności. Pod jednym dachem mieszka duży cedzak i mały odkurzacz – ta sama krew, te same geny, nawet kolor oczu ten sam, a jednak zupełnie różne nawyki żywieniowe. Jeden je tyle, żeby przeżyć, drugi żyje, żeby jeść… Nie wiem, co gorsze.

Widać jednak, że w żywieniu dzieci książki i teorie naukowe niekoniecznie się sprawdzają. Trzeba trochę posłuchać własnej intuicji i wyczuć potrzeby dziecka. A co najważniejsze – nie poddawać się. Wiem, że to nierówna walka, ale taki los rodzica. 

Komory gazowe na obcasach

Wczoraj zobaczyłam coś niewiarygodnego. Aż przetarłam oczy ze zdziwienia. Myślałam, że takie zjawiska w dzisiejszych czasach nie istnieją. A jednak…

Na spacerniaku przy galerii handlowej przechadzała się pani w ciąży. Po dość sporym brzuchu można było wnioskować, że to jakiś szósty, siódmy miesiąc. Razem z koleżanką ostro dyskutowała gestykulując przy tym niemiłosiernie. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że w dłoni tej pani spoczywał papieros… Co kilka zdań majestatycznie zaciągała się dymem i wymachiwała fają we wszystkie strony. Uwierzcie, wmurowało mnie. W czasach, kiedy o skutkach palenia w ciąży wie nawet dzieciak w podstawówce, jakaś troglodytka jawnie, na oczach całego społeczeństwa niszczyła własne dziecko. Pomyślałam sobie, że równie dobrze mogłaby przyjść na spacerniak z niemowlakiem i podtopić go w fontannie… W zasadzie nie byłoby to bardziej drastyczne niż faszerowanie maleństwa tablicą Mendelejewa przez pępowinę…

Polskie akcje profilaktyczne są chyba zbyt łagodne i nie trafiają widać do każdej kobiety. Napis o szkodliwości palenia na paczce papierosów jest tylko pustym sloganem. Nie przemawia on do ludzi, bo nie każdy może pochwalić się bogatą wyobraźnią.

W Brazylii na przykład opakowania papierochów zawierają konkretne, mocne obrazy. Brazylijskie Ministerstwo Zdrowia narzuciło nawet napis odnoszący się właśnie do ciężarnych: „w przypadku kobiet w ciąży papieros może powodować przedwczesne porody, noworodki o wadze urodzeniowej poniżej normy i zwiększone prawdopodobieństwo zakażenia astmą”. Ale to nie wszystko, poza hasłem umieszczono również zdjęcie noworodka, który przyszedł na świat z ciąży palaczki. Może gdyby u nas w kioskach z paczek papierosów krzyczały takie obrazy, matki opamiętałyby się i dla dobra własnych dzieci zrezygnowały na te parę miesięcy z palenia.

 

Od największych dla najmniejszych

Dzieci są największymi motywatorami do działania. To niesamowite, jak dorośli stają na głowie, żeby maluchom było w życiu łatwiej, cieplej, wygodniej, zdrowiej, itd…

Największe koncerny prześcigają się w innowacyjnych produktach do zabawy, jedzenia i pielęgnacji. A wszystko dla nich, najwspanialszych czasoumilaczy…

Wśród firm przyjaznych dzieciom zdecydowanie wiedzie prym Canpol Babies, która jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i drugi raz towarzyszy nam w drodze macierzyńskiej. Jeśli chcecie poznać bliżej świat dziecięcych marzeń, rodzicielskich rozterek,wpadajcie do Blogosfery Canpol. Możecie tam nie tylko zasięgnąć porad w sprawie wychowania i pielęgnacji maluszków, wypowiedzieć się na forum i poznać inne mamy, ale też otrzymać świetne produkty – zabawki i akcesoria Canpol Babies.

Sama jestem Canpolmamą, o czym już nieraz mogłam Wam opowiedzieć, kiedy to razem z B2 testowaliśmy produkty. Jesteśmy wiernymi fanami Canpol Babies i mamy nadzieję, że i tym razem firma nam zaufa i pozwoli na wyrażenie swojej opinii o kolejnym fascynującym produkcie.

Zaglądajcie koniecznie!

Mleczna prawda

#karmieniepiersią #karmiębokocham #karmieniepiersiąjestpiękne #B2 #babylove #babyboy #blog #instababy

Ja wiem. Karmienie piersią to koszmar. Już po kilku dniach od porodu masz chęć uciec gdzieś daleko, schować swoje cycki przed światem ( a konkretnie przed wydanym na tenże świat nienażartym ssakiem) i wrzasnąć, żeby wszyscy dali ci święty spokój. Nie spodziewałaś się z pewnością, że leżenie może być tak męczące. A jednak! Kręgosłup jest poturbowany jak wóz na kamienistej drodze, czujesz każdy zastany mięsień, sutki pogryzione do krwi a piersi zapomniały dawno o jędrności i powoli zaglądają pod kolana.
Ale przyznaj, kochasz to. Cierpisz jak cholera, ale wiesz też jak szybko ucieka czas. Te chwile trwają bardzo krótko i są niepowtarzalne. Takie mgnienie niewyobrażalnej cudowności. Przecież już nigdy więcej nie poczujesz tego błogostanu i aury więzi z dzieckiem.
To najpiękniejsze z przeżyć, podczas którego czujesz, jakby świat stanął w miejscu, nic nie jest ważne, liczy się tylko jedno – widok maleńkiego dzieciątka, które z przymrużonymi oczami, bez pośpiechu delektuje się każdym łykiem. To ponadwymiarowe poczucie, że teraz jesteś tylko ty i ono, jedność i świadomość, że wciąż tworzycie wspólny organizm, ten wszechobecny spokój. Nic tak nie wycisza cię jak ciepło wtulonego w ciebie dziecka!
Karmienie to przeżycie mistyczne. Ma w sobie cudowne pierwiastki. Nie uciekaj przed nim. Nie tłumacz się brakiem czasu, powrotem do pracy bólem czy niemożnością zaspokojenia głodu dziecka. Wykorzystaj swój dar do granic możliwości. Bo potem pozostanie już tylko szara rzeczywistość.

Pranie mózgu?

Kiedy wróciłam ze szpitala z maleńką B1, zastałam cały sznur miniubranek wypranych starannie przez moją mamę. Jest ona zwolenniczką prania ręcznego, dlatego każde ubranko potraktowała osobiście płatkami mydlanymi i hektolitrami wody. Potem długo je prasowała i układała w szafie bez składania w kostkę, żeby przypadkiem zagięcia nie gniotły małego ciałka. Po pierwszej wizycie położnej z rąk ubranka powędrowały do pralki, bo usłyszałam, że nawet najbardziej uparte ręce matczyne nie wypłukają tak dobrze chemii z tkanin jak urządzenie specjalnie do tego stworzone. Płatki mydlane też poszły w odstawkę i zaczęłam testować różne proszki i płyny – hypoalergiczne, bezzapachowe, zmiękczające, itd. Ostatecznie, gdy B1 miała roczek, prałam już w zwykłych proszkach i do dziś moje dziecko nie ma żadnych problemów ze skórą.
Przy B2 pominęłam etap płatków mydlanych i od początku wprowadziłam proszek dla dzieci. Najbardziej przypadł mi do gustu Jelp. Jest dobry. Nie ma mdłego zapachu jak Lovella i łatwo się wypłukuje z ubranek. W programie antyalergia radzi sobie z większością świeżych zabrudzeń. Gorzej z zaschniętymi plamami… Nie znalazłam jeszcze złotego środka na swoiste menu dnia B2 na jego koszulkach i bodziakach…

Zastanawiam się jednak nad faktyczną wyższością proszków dla dzieci nad zwykłymi środkami do prania. Stosuję, bo wolę nie testować swoich wątpliwości na dziecku, ale podejrzewam, że to mydlenie oczu matkom przez koncerny produkujące chemię domową. Zapewne przy B2 też wrócę do zwykłego prania już za kilka miesięcy.

Chociaż…
Usłyszałam też o innowacyjnej metodzie prania, szczególnie sprzyjającej niemowlakom. Firma TianDe wypuściła na rynek kule turmalinowe do prania, które w 100% posiadają naturalne składniki. Doskonale i ekonomicznie zastępują proszek do prania, płyn do prania oraz płyn do płukania. Kule są przeznaczone do prania bielizny osobistej i pościelowej bez użycia proszków i innych środków do prania.
Turmalinowe kule zapewniają doskonałe efekty prania bez fosforanów i środków powierzchniowo czynnych. Ze względu na brak agresywnych składników chemicznych kule są całkowicie nieszkodliwe dla zdrowia ludzkiego i środowiska. Nie uczulają. Nie powodują podrażnienia i reakcji  alergicznych. Ponadto granulki kul mają silne działanie antybakteryjne. Usuwają nieprzyjemny zapach. Nadają materiałowi miękkość, świeżość i ochronę koloru.
Podstawowy składnik w procesie prania stanowi woda. Aby usunąć brudne plamy, należy wzmocnić jej właściwości rozpuszczenia substancji za pomocą zmniejszenia jej napięcia powierzchniowego. W proszkach do prania dzieje się to za sprawą Substancji Powierzchniowo Czynnych (SPC). Natomiast ekosfery osiągają ten rezultat oddziałując na wodę za pomocą stabilnych zmiennych pól elektromagnetycznych.
Przy ruchu turmalinu w wodzie tworzą się elektryczne mikrostrumienie, które zmniejszają siłę napięcia między molekułami wody, zwiększając ich właściwości rozpuszczające. Metale ziem rzadkich poprawiają jakość prania, zwiększając przewodzenie prądu w wodzie. Zeolity zaś zmiękczają ją poprzez usunięcie nadmiaru soli. W skład niebieskiej ekosfery wchodzi srebro koloidalne posiadające działanie antybakteryjne.
Po praniu z użyciem ekosfer odzież pachnie prawdziwą czystością i świeżością. Jest też bezpieczna dla delikatnego ciała dziecka.
W dzisiejszych czasach my, mamy możemy dokonywać wyborów. Jest dużo możliwości utrzymania czystości i dbania o zdrowie naszych dzieci. Co prawda era płatków mydlanych już przeminęła, ale wśród proszków  i naturalnych produktów można się bardzo długo zastanawiać.
A Wy jak pierzecie ubranka dzieci?

Mamo, nie zabijaj mnie!

 

Zastanów się nad swoimi wydatkami z ostatniego półrocza. Ile kupiłaś nowych par butów? Wiem, aż grzech nie wziąć, gdy twoje wymarzone kozaki świecą na czerwono ceną niższą o 500 zł, a te czółenka z cudną aplikacją możesz mieć gratis, jeśli wydasz na inne buty zaledwie 200 zł. Jak wiele pieniędzy poszło ci na ubrania? Najpierw zimowa, wiosenna, teraz letnia wyprzedaż. Tu stówka na bluzeczkę, tam dwie na płaszczyk i gdzieś jeszcze kolejna na jeansy. A inne przyjemności? Wyjazd w góry na weekend majowy, nowe zasłony do salonu, kolczyki, trochę kosmetyków do makijażu (bo w jednej z sieciówek była promocja), jakieś drobne umilacze – wypad do kina, fryzjer, ptasie mleczko, godzina w siłowni. Pewnie nazbierałoby się tego sporo. Odpowiedz mi więc na jedno, elementarne pytanie – dlaczego uważasz, że nie stać cię na prawdziwy fotelik do samochodu dla twojego dziecka?

Na rynku wybór fotelików jest olbrzymi. Ciężko jednak znaleźć ten jeden, odpowiedni. Niestety, bez względu na to, jaki wybierzemy, chcąc mieć pewność bezpieczeństwa, nie będzie on kosztował mniej niż tysiąc złotych. Owszem, są tańsze, dobre, ale używane. Odradzam jednak takie rozwiązanie, bo nigdy nie macie pewności, że fotelik nie brał udziału w wypadku, albo jakaś jego część nie zużyła się już na tyle, że nie będzie chronić dziecka. Na używanym foteliku możecie zaoszczędzić jakieś 200 – 300 złotych, dlatego lepiej odmówić sobie pary butów, dwóch miesięcy siłowni albo jakiejś fajnej kiecki i zainwestować w nowy. Zagłuszanie sumienia steropianowymi pseudofotelikami za 150, 300 albo 500 złotych nie rozwiąże problemu. Czy czułabyś się bezpiecznie w domu z tektury? Oczywiście, że nie! I żadna combo – srombo nazwa nie zapewni twojemu dziecku bezpieczeństwa, bo nie sztuką jest założyć piękną, oczojebną – tak przecież modną teraz – tapicerkę na gówniany fotelikopodobny twór, który na zdjęciach wygląda zajebiście. Myślisz, że w gazecie informującej o wypadku na pierwszej stronie też będzie pięknie się prezentował?

Zajmijmy się więc prawdziwymi fotelikami. Nie zakładamy innej opcji, jak zakup fotelika posiadającego nie tylko europejskie certyfikaty bezpieczeństwa ECE R44-03 oraz ECE R44-04 ale też pozytywne wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez niezależne organizacje, takie jak np. ADAC.

Na co należy zwrócić uwagę?

1. Na rynku jest kilka kategorii fotelików, jednak nie zawsze powinniśmy się nimi kierować, ponieważ niekoniecznie oddają one faktyczne potrzeby dziecka. Pierwsza bezwzględnie nakazuje wozić dzieciaka w tak zwanej skorupce, czyli foteliku nie tylko zabezpieczającym głowę, ale również dbającym o kręgosłup. Tu jedyne, co może wzmocnić bezpieczeństwo, to wybór nosidełka mocowanego do samochodu systemem isofix.

Kolejna kategoria to fotelik dla dziecka około sześciomiesięcznego. Szukając takiego spotkałam się jeszcze z błędnym określaniem przedziału na podstawie wagi dziecka. Od 2013 norma i-Size nakazała dokonywanie wyboru fotelika w oparciu o wzrost, a nie wagę dziecka. To oczywiste, że waga absolutnie nie oddaje gabarytów, tzn. wysokości ułożenia główki, ramion, itd. Wiem coś o tym. W końcu ja sama ważę tyle co modelki… Niestety, jestem od nich niższa o jakieś 25cm… Główka dziecka nie może wystawać poza obrys oparcia fotelika, bo groziłoby to poważnymi urazami szyi. Dlatego foteliki zgodne z normą i-Size nie dzielą się już na kategorie wagowe (0, 0+, 1, 2 itd.), ale ich rozmiar uwzględnia dwie rzeczy – wzrost wyrażony w centymetrach oraz maksymalną wagę dziecka, które może danego fotelika używać.

Kompletnie nielogiczną kategorią fotelika jest dla mnie przedział 0 – 36kg. Wychodzi na to, że w tym samym foteliku mogę przewozić B1 (~ 34 kg) i B2 (ponad 8 kilosów konkretnej masy). Wiecie jak to się mówi, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do d… W takiej kategorii żadne dziecko nie będzie bezpieczne, bo fotelik nie będzie gwarantował maksimum ochrony dziecku w razie zderzenia, ponieważ jego konstrukcja nie uwzględnia dynamicznie zmieniających się proporcji ciała dziecka.

Dziecko powinno mieć trzy foteliki (minimum!). Ostatni w wieku około 4 lat. I to ten, który jako pierwszy mocuje się wyłącznie przodem do kierunku jazdy!

2. I właśnie tu zajmę się najpopularniejszym ostatnio tematem – kierunek jazdy. Norma i-Size nakłada obowiązek przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Ostatnie badania wykazują, że dzieci co najmniej do 15 miesiąca życia są dużo bezpieczniejsze w podróży, gdy są przewożone tyłem do kierunku jazdy. Dopiero wtedy ich mięśnie szyjne są na tyle silne by wytrzymać nagłe szarpnięcie wywołane kolizją czołową.

Jeśli niemowlę podróżowałoby przodem do kierunku jazdy, w przypadku kolizji czołowej, jego duża i ciężka głowa w stosunku do reszty ciała nie mając podparcia, zostałaby szarpnięta do przodu. Mogłoby to spowodować bardzo poważne uszkodzenia i obrażenia szyi oraz głowy. Przy mocnym zderzeniu kręgosłup zwyczajnie może nie wytrzymać i nie utrzymać główki! Przewożenie niemowląt tyłem do kierunku jazdy gwarantuje, że w chwili zderzenia czołowego, głowa dziecka ma podparcie, a siły działające podczas wypadku, rozchodzą się po większym obszarze, przez co są amortyzowane.
Dziecko może być przewożone tyłem nawet do szóstego roku życia. Im dłużej, tym lepiej i bezpieczniej dla niego.

3. I-Size promuje mocowanie poprzez system ISOFIX. Dzięki temu fotelik staje się integralną częścią samochodu. Niestety, nie wszystkie samochody posiadają ten system. W sklepie z fotelikami dowiedziałam się, że podobno od 2000 roku większość aut powinna być wyposażona, nowsze mają na pewno. Musimy więc najpierw sprawdzić nasze auto. Jeśli takiego systemu nie posiadamy, pozostaje wybór wśród fotelików montowanych pasami.

4.Nie każdy fotelik będzie pasował do każdego auta. Dlatego należy najpierw to sprawdzić. Producenci zazwyczaj mają takie listy samochodów kompatybilnych z ich fotelikami, dlatego koniecznie należy się z nią zapoznać. Na stronkach producentów fotelików samochodowych są też specjalne aplikacje, które nie tylko sprawdzą, czy nasze auto było sprawdzane pod względem kompatybilności z danym fotelikiem, ale również zobaczymy, jak powinniśmy go zamontować, na którym fotelu może być wożony.

Wbrew pozorom zakup fotelika nie jest więc tak trudną sprawą.

Sprawę doboru fotelika mamy za sobą. Pozostaje znów kwestia finansów. Wiesz już, że skrobnie cię to minimum półtora tysiąca, w dobrej promocji znajdziesz może coś za tysiąc złotych. Chociaż miałaś pół roku czasu na zebranie gotówki, omamiły cię jednak te wyprzedaże, buty, kiecki i fitnessy, portfel świeci pustką. Ale jest nadzieja! Jeden z banków pomyślał nie tylko o własnych korzyściach ale o bezpieczeństwie najmniejszych. Oferuje kredyt do 2000 zł na zakup fotelika (trzeba przedstawić dowód zakupu!). Najważniejsze, że pożyczka nie jest obciążona żadnymi opłatami, oprocentowaniem, itd. W 10 ratach oddajesz dokładnie tyle, ile weźmiesz. Jeśli fotelik będzie kosztował 1500 zł, rata będzie równa 150 zł, jeśli 2000 – 200 zł, itd. Jest to więc całkiem dobre rozwiązanie.

Nie masz już więc żadnej wymówki, aby nie kupić dziecku bezpiecznego fotelika. Nic nie stoi na przeszkodzie. Pamiętaj, że wyrazem największej miłości rodzicielskiej jest dbanie o zdrowie i życie dzieci.

Przeczytaj jeszcze raz uważnie cały tekst i poszukaj w okolicy sklepu z fotelikami. Nie żałuj pieniędzy. Zastanów się, czy twoje nowe buty warte są więcej niż życie dziecka?

Hej(t) mama!

 

#poranek #b2 #czytamygazetę #macierzyński #deszczowydzień #piątek #weekend

Odkąd zobaczyłaś dwie krechy na teście, zaczynasz nowe życie. Nie mam tu jednak na myśli cudownych wizji matki z okrągłym brzuszkiem składającej ręce w kształt serca czy pulchnych bobasów przytulających się do cycka. Od tej chwili jesteś na świeczniku. Twoje życie zostało rzucone na żer innych ludzi – matek, niematek, panien, mężatek, babć, ciotek i całej reszty świata, która z pewnością wie lepiej, co dla ciebie dobre, dzięki czemu będziesz zdrowsza a twoje dziecko szczęśliwsze.

Najpierw musisz przetrwać ciążę – kilogramy dobrych rad, tony zabobonów i setki tysięcy instrukcji. Uodpornij się więc na:

– Bo jak ja byłam w ciąży…

– Musisz jeść to i to…

– Powinnaś…

– Ja na twoim miejscu…

– Nie możesz …

Bez względu na to, co robisz i tak usłyszysz, że to jest złe, bo w ciąży jesz za mało/ za dużo, (nie) ćwiczysz, zbyt wiele/mało przytyłaś, (nie) pijesz kaw(y/ę), śpisz na prawym/lewym boku,  (nie) kompletujesz wyprawk(i/ę) dla dziecka, chodzisz na wysokim/niskim obcasie, (nie) opalasz się, za dużo/za mało odpoczywasz.*

*Niepotrzebne skreślić.

Choćbyś jak się starała, zawsze napatoczy się ktoś, kto znajdzie w tobie coś złego. Ale nie przejmuj się. Jeszcze za tym zatęsknisz. Bo prawdziwy hardcor zacznie się, kiedy urodzisz. Najpierw cię zlinczują, bo rodziłaś ze znieczuleniem zewnątrzoponowym, zamiast dać się zarżnąć na żywca. Jesteś egoistką, nie liczysz się z dobrem dziecka, jakoś dawniej nie było takich udziwnień i kobiety dawały radę. Do tego jeszcze zaraz po porodzie szły pracować w pole a ty udajesz zmęczoną!

Nie miałaś znieczulenia? I co z tego? Dostanie ci się, bo udajesz strongbabę. A co z cesarką? No to dopiero wygoda! Leżałaś sobie a lekarze za ciebie odbębnili robotę!

Potem kwestia karmienia. Na piersi źle, bo chude mleko, bo dziecko niedożywione. Jesz wszystko – przez ciebie dziecko ma kolki. Uważasz z dietą, głodzisz je. Przy sztucznym karmieniu trujesz je chemią. Kąpiesz codziennie – obnizasz odporność, nie kąpiesz, uczysz życia w brudzie.

Idziesz na spacer – mrozisz, trujesz smogiem. Siedzisz w domu – kisisz dzieciaka. Nosisz – dajesz sobą manipulować, nie nosisz – jesteś leniwa. Kiedy bawisz się z dzieckiem, słyszysz, że powinnaś zająć się domem, gdy sprzątasz, zaniedbujesz dziecko. Za wcześnie oddajesz je w ręce opiekunki i wracasz do pracy. Kurodomowiejesz, zamiast zacząć życie zawodowe, niańczysz dzieciaka. Masz za cicho/ za głośno, gdy maluch śpi. Nie potrafisz go nawet ubrać odpowiednio do pogody…

U jednej z blogerek zawrzała gównowojna, bo w kwietniu wyszła z domu z dzieckiem bez czapki. Zatroskane losem maltretowanego wiosennym wiatrem blogpotomka e-matki prawie już pal naostrzyły, żeby wyrodną nabić na niego… Bo one wiedzą, że robi żle.

Kiedy Lewandowska pokazała swój wyrzeźbiony brzuch miesiąc po porodze, w komentarzach już jej opiekę społeczną nasyłali, no bo jak to po ciąży tyle ćwiczyć można? Trzeba zająć się dzieckiem a nie sobą! Za to na żonie Janiaka psy wieszali miesiącami, bo dodatkowe kilogramy długo jej nie opuszczały. Wrzeszczeli w komentarzach, że zamiast pomyśleć o sobie, bawi tylko dzieci. To dopiero była pożywka dla hejterów!

Matka to najlepszy worek treningowy. Bo zawsze znajdzie się coś, do czego można się będzie przypieprzyć. A specjalistów od wychowania dookoła jest mnóstwo. I zazwyczaj najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy dzieci widują tylko w reklamach pieluch albo tacy, co już dawno wyprawili je w świat.

Matka ma prawo popełniać błędy, uczyć się na nich. Dziecko nie potrzebuje idealnego wychowania. Czasami może potknąć się o niepoukładane buty w holu, nie mieć w czym wypić herbaty, bo wszystkie kubki są brudne, może iść spać nieumyte i zamiast kanapki z szynką bez konserwantów wsunąć tabliczkę czekolady. Najważniejsze, żeby zawsze czuło, że jest kochane.

Niech cię tłumy linczują, niech gadają za plecami i prosto w twarz. Słuchaj, że jesteś złą matką, że kompletnie nie nadajesz się do wychowywania dzieci. Niech się nawet nad tobą rozciąga chmura negatywnych komentarzy. To co mówią o tobie inni, jest nieistotne. Dla świata możesz być złą matką. Jakoś to przełkniesz. I tak najważniejszymi recenzentami są twoje dzieci i to, ile gwiazdek dostaniesz od nich za dwadzieścia lat powinno liczyć się najbardziej.

367

Pozostańmy w klimacie liczb. Jako że mam jakąś dziwną skłonność do celebrowania rocznic, w niedzielę minął rok, odkąd nie pracuję. Dokonajmy więc małej ewaluacji.
1. Obejrzałam wszystkie odcinki kilku seriali. Mogę się doktoryzować w „Zdesperowanych kurach domowych” i „Domu”. Andrzej Talar i Gabi Solis towarzyszyli mi przez kilka miesięcy robienia obiadów, przewijania pieluch i zszywania potarganych ubrań.
2. Nadrobiłam czytelnicze zaległości. Co prawda traktaty filozoficzne zamieniłam na lekkie opowiastki o chujowych gospodyniach, dietach, ciążach i relacjach damsko – męskich. Ale czasami trzeba wyłączyć myślenie…
3. Zrobiłam kurs instruktora pierwszej pomocy i egzaminatora maturalnego. Postanowiłam też zapisać się na kurs dietetyki.
4. Zrobiłam porządek w mojej garderobie i pogodziłam się z rozstaniem z ubraniami, które zalegają w kątach półek.
5. Namówiłam B na remont jednego pokoju, który był perfidnie niefunkcjonalny. Teraz wreszcie stał się przydatny.
6. Rozkręciłam bloga i zebrałam całkiem sporą grupę fanów.
7. Zobaczyłam musical „Metro”. Spełniłam w ten sposób marzenie z nastoletnich czasów.

To wszystko. Chociaż chyba o czymś zapomniałam. A, no tak! Jest jeszcze jedna ważna sprawa. Urodziłam cudownego faceta, który codziennie randkuje ze mną od bladego świtu do późnej nocy.
Jest super, jednak…
Brakuje mi tego pędu i adrenaliny. Nie przywykłam do bezcelowego (nad znalezieniem odpowiedniego określenia myślałam całe popołudnie) spędzania czasu.
Cudownie jest być matką, ale nie mam swojego świata, odskoczni od brudnych garów i histerycznego płaczu dziecka.
Tęsknię za pracą..

Czy to źle, że brakuje mi własnego życia? Bycie tylko matką i żoną nie jest szczytem moich ambicji…