Jedz, bo nie urośniesz!

Pożrę cię!!! Aaaaaaaaaa!!!! #b2 #b2ija #babylove #babyboy #żarłaczmały

Nie jestem ani pediatrą ani dietetykiem. Jestem zwykłą matką. I właśnie z tej perspektywy chciałabym Wam opowiedzieć moją przygodę z żywieniem dzieci.

B1 urodziła się w 36 tygodniu. Podchodziła pod wcześniaka tylko z teorii, bo parametry miała znakomite. Z moich planów trzymiesięcznego karmienia piersią nic nie wyszło. (Tylko przy pierwszym dziecku myślałam, że w macierzyństwie można coś zaplanować). Do siódmego miesiąca karmiłam ją wyłącznie moim mlekiem, następnie jeszcze jedenaście miesięcy na zmianę ze zwykłym jedzeniem. Stosunkowo późno zaczęłam wprowadzać jej inne pokarmy. Dziś widzę, że robiłam to bardzo chaotycznie.  Nie było wtedy tak rozpowszechnionego internetu, przeczytałam kilka książek, czasopism dla matek i połączyłam dobre rady w wygodną dla mnie całość. Bez ładu i składu uczyłam ją nowych smaków a to jagódek, a to marcheweczki, a to rosołku, sukcesywnie rezygnując z tego, czym pluła. Już na początku popełniłam kardynalny błąd podając jej na pierwszy rzut słodkie owoce. Przez to wiele warzyw natychmiast poszło w odstawkę. Drugim grzechem było niepowielanie prób. Gdy raz jej coś nie zasmakowało, więcej jej tego nie podawałam. kilka miesięcy próbowania i eliminowania skończyło się tym, że ostatecznie w menu B1 zostały parówki, bułka pszenna z masłem i Kinder kanapka…

Na szczęście badania, które wykonywaliśmy regularnie ani razu nie wykazały jakichkolwiek niedoborów. Wagę też udawało się utrzymać w normie, co prawda w dolnej granicy, ale jednak, za to wzrost nigdy nie schodził poniżej górnej kreski na siatce centylowej. Owszem, nigdy nie była ona pulchnym bobaskiem, raczej szczuplutką dziewczynką bez zwijek i pucołowatych policzków. W żaden sposób nie odbiło się to na jej rozwoju fizycznym ani intelektualnym. Niestety, za to duży wpływ wywarło na odporność, albo raczej na kompletny jej brak. Stąd kilkanaście razy w roku zmagaliśmy się z zapaleniem oskrzeli, leczyliśmy się nawet w kierunku astmy.

Latami walczyłam z nią o to, żeby chociaż spróbowała pomidora, sałaty czy owoców. Nadaremnie. Był ryk, zaciśnięte usta, dławienie się. Ani prośba ani groźba nie przynosiła efektów. Nie wiem, ile w tym było prawdziwej odrazy do jedzenia, a ile gry, bo aktorką w takich kwestiach jest ona wybitną…

O normalnym jedzeniu do dziś nie ma mowy. Co prawda nieco poszerzyła wachlarz smaków. Zaczęła jeść warzywa, owoce i inne pokarmy, nadal nie tknie się jednak wielu potraw. Przy większości kręci nosem. Ale je! Uodporniłam się już na jej fochy, zaciskam zęby przy obiedzie, nie patrzę na przerzucanie jedzenia na talerzu i marszczenie nosa, kurwuję w myślach, ale uśmiecham się i czekam cierpliwie, aż zje. Czasami trwa to pół godziny, czasami dłużej. Ale ostatecznie zjada. Najgorsze, że nie chce pić nic poza herbatą. Nie przyłoży do ust szklanki z wodą albo sokami. Po wypiciu wody ma odruchy wymiotne. Nawet nie wyobrażacie sobie, jak dziwnie patrzą na nas barmani pull barów, kiedy na wczasach przy temperaturze powyżej 30 stopni słyszą „Hot tea please…”

I tak za swój sukces uważam fakt, że od kilku tygodni do herbaty pozwala sobie wcisnąć cytrynę.

Ile ja się nasłuchałam, że głodzę dziecko, że chudzina, że nie urośnie, że szara cera… Tak jakbym specjalnie przed nią lodówkę zamykała… Nie było mi łatwo, miałam wyrzuty sumienia. Wiedziałam, że nikt poza mną nie ponosi winy za te błędy żywieniowe. Jednak czasu nie cofnę. Ostatecznie stwierdziłam, że głową muru nie przebiję i pozostaje mi przeczekać ten okres żywieniowego buntu.

Na szczęście widać organizm sam wie, ile mu potrzeba, bo wyrosła nam mądra, ładna, zgrabna i wysoka panna. Jest ona znakomitym przykładem na to, że hasło naszych babć „jedz, bo nie urośniesz” można zapisać w dziale bajek i legend…

Co do B2, w skrócie rzec by można, że lepiej go ubierać niż żywić…

Wchłonie wszystko, co tylko mu się przystawi pod nos. Kaszki, zupki, owoce, warzywa, chrupki, biszkopty, nie ma na niego mocnych. Kiedy jemy obiad, wychyla się z krzesełka i łapczywym wzrokiem żebraka zagląda do naszych talerzy. Ma ochotę na wszystko i o każdej porze. Nawet, gdy coś mu nie smakuje, wykrzywi buzię, zmruży oczy, otrzepie się, ale rozwiera paszczolka i sięga po jeszcze, jakby robił zapasy przed miesiącami epoki lodowcowej…

Nauczona błędami z pierwszego macierzyństwa, tym razem nie czekałam do siódmego miesiąca, tylko w połowie piątego zaczęłam wprowadzać pokarmy. I na pierwszy rzut za radą naszej kuzynki – przyszłej pani doktor, poszła dynia, brokuły i jabłko, długo potem dopiero przedstawiłam łasuchowi słodką marchew czy banana. W ten sposób zaakceptował on wszystkie smaki. Do tego nie stosuję się do haseł o niedopajaniu przy karmieniu piersią, a podaję mu wodę mineralną i sporadycznie herbatkę.

Jego obżarstwo jakoś wyjątkowo nie bije po oczach, jest wysokim chłopczykiem (jak na swój wiek oczywiście – ma mniej więcej osiemdziesiąt centymetrów), ale przy tym dość szczupłej postury. Nie policzę mu żeber, jak to mogę do dziś u B1 zrobić, ale też nie ma fałdek tłuszczu.

Mamy w domu dwie skrajności. Pod jednym dachem mieszka duży cedzak i mały odkurzacz – ta sama krew, te same geny, nawet kolor oczu ten sam, a jednak zupełnie różne nawyki żywieniowe. Jeden je tyle, żeby przeżyć, drugi żyje, żeby jeść… Nie wiem, co gorsze.

Widać jednak, że w żywieniu dzieci książki i teorie naukowe niekoniecznie się sprawdzają. Trzeba trochę posłuchać własnej intuicji i wyczuć potrzeby dziecka. A co najważniejsze – nie poddawać się. Wiem, że to nierówna walka, ale taki los rodzica. 

Reklamy

Miodzik

Pozostając przy słodkościach pokażę Wam szybki i bardzo łatwy sposób na pyszne i zdrowe babeczki. Składniki wystarczają na sześć sztuk, tyle też zazwyczaj jest na formie. Używam kauczukowych tac, których nie muszę smarować żadnym tłuszczem, babeczki się nie przypalają i wyglądają bardzo ładnie.

Składniki:

– 4 jajka

– 4 łyżki otrąb pszennych

– 8 łyżek otrąb owsianych

– 4 łyżki twarogu 0%

– 4 łyżki miodu wielokwiatowego

– orzechy nerkowca

 

Oddzielam żółtka od białek. Mieszam żółtka z otrębami, twarogiem i miodem. Odstawiam na 20 minut. W tym czasie z białek ubijam pianę i delikatnie mieszam z resztą masy. Wypełniam formę na babeczki i piekę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez pół godziny.

Do ozdobienia gotowych babeczek można użyć zmielonych orzechów nerkowca, wymieszanych z miodem, lub wyłożyć połówkami orzechów i polać miodem.

 

Bez ozdoby, czy z nią, babeczki smakują wspaniale. Istny miodzik!

 

 

 

image

image

 

Smacznego!!!

Na bogato

Moja teściowa co roku przed świętami przypomina mi o tym, że konieczny jest makowiec na stole wigilijnym. Dlaczego?  Bo mak jest na pieniądze.
Nie jestem straszną zaboboniarą, ale jeśli coś pomóc może, to z pewnością nie zaszkodzi.
Dlatego bez względu na rodzaj diety, rozmiar, modę, czy inne czynniki, makowiec na moim stole musi być!
Na szczęście udało mi się wypracować sposób na w miarę niskokaloryczny ale przepyszny zawijaniec.
Oczywiście z miłą chęcią podzielę się z Wami przepisem.
Składniki na masę:
– 250g maku
– 3 łyżki cukru trzcinowego
– 3 łyżki jogurtu naturalnego
– aromat arakowy
– skórka z pomarańczy
– dwie łyżki miodu

Mak zalewam dwiema szklankami wody i gotuję pół godziny. Mielę dwukrotnie i po całkowitym wystygnięciu dodaję cukier, jogurt, drobno pokrojoną skórkę pomarańczy, aromat i miód. Mieszam i zamykam w pojemniku.

Odstawiam na bok, bo muszę zająć się ciastem, do którego potrzebuję:
– 3 łyżki otrąb owsianych
– 3 jajka
– 1 łyżka skrobii kukurydzianej
– 1 łyżka odtłuszczonego mleka w proszku
– 300g białego, chudego sera
– 2 łyżki jogurtu greckiego 0%
– łyżka cukru trzcinowego
– łyżeczka proszku do pieczenia

Żółtka oddzielam od białek i miksuję z resztą składników. Z białek ubijam sztywną pianę i bardzo delikatnie mieszam z resztą masy. Wylewam na wyłożoną papierem do pieczenia blachę – tę kwadratową z piekarnika – I piekę 25 minut w piekarniku nagrzanym do 160 stopni. Wyciągam upieczone ciasto i kładę je na dużej ścierce. Smaruję makową masą i zawijam delikatnie.

image

image

image

I tak powstaje najpyszniejszy element naszego wigilijnego stołu.
Już wkrótce u nas zagości. A nóż przyniesie ze sobą wygraną w totolotka…
Mam nadzieję, że Wy też się skusicie!

image

Przyczajony banan

Nie każde dziecko lubi banany. Moje wręcz dławi się na sam ich widok. Znalazłam więc sposób na bezbolesną aplikację ich do organizmu mojego małego uparciucha.
Robię ciasto naleśnikowe z mąki, jajek, mleka i wody, dodaję zmiksowane banany i łyżkę cukru wanilinowego. Smażę na odrobince oleju rzepakowego, aż się zarumienią i podaję z białym serem zmieszanym z jogurtem kremowym. Posypuję cukrem pudrem – dla smaku i wyglądu.
Ku mojej uciesze – trzy naleśniki zostały wchłonięte przez małego żarłoka.
A Wy jakie macie sposoby na niejadka?

image

image

image

Jagodowo – czekoladowa rozkosz

Sprzedam Wam ciekawy, bardzo szybki i łatwy w przyrządzeniu przepis na pyszny smakołyk. Poleciła mi go moja dietetyczka. Co prawda odrobinę go zmieniłam, jednak zachowałam proporcje i kaloryczność. W wersji pierwotnej składnikiem były wiśnie, ja zamieniłam je na jagody.

Oczywiście żyjąc w stadzie (czyt. małżeństwie) musiałam zrobić dwie wersje – dietetyczną dla mnie i mocno kaloryczną dla mojego małżonka.

Kupiłam w Biedronce makaron czekoladowy i serek wiejski z jagodami.

12278238_942204195869648_415759648_n

 

 

Do garnka wrzuciłam garść zamrożonych jagód (z mojego ogrodu), dodałam zaprawkę jagodową z serka wiejskiego i zagotowałam.

Zostawiłam na płycie, dopóki jagody nie zmieniły się w jednolitą masę.

 

W wersji kalorycznej – zamrożone jagody zasypałam cukrem wanilinowym i uprażyłam na maśle.

Makaron wrzuciłam do osolonej (sól oczywiście o obniżonej zawartości sodu)  wody i gotowałam przez 8 minut. Gdybym robiła tylko wersję kaloryczną, mogłabym dodać łyżkę oleju, żeby makaron się nie sklejał. Odpuściłam jednak ze względu na kalorie.

Na talerz wyłożyłam cieplutki makaron, nałożyłam łyżkę serka wiejskiego i ugotowane jagody. W wersji dietetycznej trzymałam się gramatury – 150g makaronu i duża łyżka jagód. W wersji kalorycznej – dowolnie.

Wersja dietetyczna:

Wersja kaloryczna:

Danie jest przepyszne. Nie dość, że sycące, to jeszcze sprawia wielką rozkosz podniebieniu! Obydwie wersje wspaniałe. Małżonek wsunął dokładkę, więc musiało być smaczne!

Danie co prawda mojemu dziecku nie przypadło do gustu – wiadomo, że dzieci jedzą oczami… Dlatego też i takie słodkości pojawiły się na moim stole:

Najlepsze jest to, że wcale mnie nie kusiły. Widocznie makaron z jagodami zaspokoił moją potrzebę na słodkości.

Mam nadzieję, że i Wam zasmakuje to danie.

Smacznego!