Cmentarz niezrealizowanych marzeń

Jeszcze dziś nowy wpis na blogu. O marzeniach. O niewykorzystanych okazjach. O tym, jak nie zabić w dziecku pragnień... #marzenia #blog #blogerka #humoryzmory

Dostałam kiedyś propozycję wyjazdu na rok do Neapolu. Mogłam tam uzyskać absolutorium i potem wrócić do kraju lub zostać na włoskiej uczelni. Nie zgodziłam się. Znalazłam natychmiast tysiące wymówek. Nawet nie zastanawiałam się, tylko odrazu odmówiłam, choć o takiej okazji zapewne marzyła każda młoda humanistka.
A tak naprawdę bałam się. Czego? Nowego, obcego miejsca. Nie znałam dobrze języka, myślałam, że nie odnajdę się sama w nowej rzeczywistości. Czułam się bezpiecznie na sprawdzonym gruncie i nie chciałam dysharmonizować swojego świata.

Z czego to wynikało? Z niewiary w siebie. Nie ufałam swoim możliwościom, nie miałam siły, żeby zmusić się do działania, bałam się porażki.
Wiem, że to nie w moim stylu. Dziś pewnie postąpiłabym inaczej. Nauczyłam się, że nie wolno rezygnować z szans, które los rzuca pod nogi. Ale potrzebowałam czasu, żeby do tego dojrzeć. Nie znam teraz przeszkody, której nie umiałabym pokonać, bo mam w sobie dużo siły. Wierzę w swoje umiejętności, potrafię je należycie wykorzystać i jestem świadoma własnej wartości. Dlatego mam odwagę stawić czoła każdej sytuacji. Szkoda, że dopiero po latach udało mi się wypracować w sobie te cechy.
Każdy z nas ma pewnie stos zmarnowanych okazji, źle podjętych decyzji i tęsknot za tym, co nie wyszło. Ciagną się one za nami jak niechciane odsetki kredytu i czasami biją po głowie wypominając nam tchórzostwo. Niestety, czasu się nie cofnie. Można jedynie naukę na wlasnych błędach wykorzystać w wychowaniu dzieci. Róbmy więc wszystko, by nie zabijać w nich marzeń i budować życiową odwagę.

Kiedy B1 była w pierwszej klasie, zapisała się na konkurs recytarorski. Zdziwiłam się bardzo, bo wiem, że nie ma ona za grosz talentu oratorskiego. Nawet w myślach rozśmieszyło mnie to, że porywa się z motyką na słońce. Wiele lat jeździłam z dzieciakami na takie konkursy i wiem, jak dużo zależy od wrodzonych zdolności. B1 ma mnóstwo talentów, ale wiersze potrafi najwyżej wykrztusić jak modlitwę albo rozkład jazdy autobusów.

Wiele dni ćwiczyła, wyuczyła się wtedy długiego i trudnego utworu, ale recytowała go co najwyżej poprawnie. Nie wygrała. Wróciła jednak dumna z siebie. Cieszyło ją to, że spróbowała swoich sił. Byłam zaskoczona jej reakcją na porażkę. Nie dosć, że nie bała się spróbować, to jeszcze przy tym świetnie się bawiła! Ile człowiek może nauczyć się od siedmiolatki…
Piąty rok obserwuję ją w szkole i widzę, że nie ma takiego zadania, którego by się nie podjęła. Jeśli się uda, to super, chodzi dumna i zadowolona z siebie; gdy coś nie wyjdzie, trudno. Ważne, że próbowała. Każdą porażkę potrafi zamienić w naukę i budulec charakteru.
Ma ona w sobie tę odwagę, której brakło mi, gdy miałam lecieć do Neapolu…
Co by było, gdybym wtedy przed konkursem recytarorskim powiedziala jej, że się nie nadaje? Pewnie obie siedziałybyśmy w domu bez większego celu. Ja żyjąca nieziszczonymi marzeniami a ona z tych marzeń ograbiona…

Nie zabijajmy w dzieciach pragnień. Niech się sparzą, niech doświadczą sukcesów i porażek.  Bo inaczej ich życie stanie sie puste. Muszą codziennie powtarzać i mocno w to wierzyć, że istnieją takie rzeczy, o które warto walczyć do samego końca. To właśnie marzenia…

Reklamy

Last minute

 

Najpierw bieganina w pracy. Koniec roku szkolnego, konferencje, papierologia. Nie było czasu na nic.

Potem przygotowania do wczasów. Uzupełnienie garderoby, jakieś kosmetyki, trochę zabawek, pranie, prasowanie, walka z wiecznie za małą walizką.

Nie było czasu na nic.

Po wczasach wpadliśmy na chwilę, przywieźliśmy mydełka, ouzo i pierdoły z greckich kramów. Oglądaliśmy zdjęcia, zachwycaliśmy się hotelem, plażą, pogodą… ale była już taka nieobecna.

 

Zawsze wpatrzona w nas, z ciepłym uśmiechem, teraz spoglądała w dal, a w oczach brakowało tych wyjątkowych iskierek. Tylko pustka.

Szybko się zwinęliśmy, żeby zacząć pakowanie do krótkiego wypadu nad morze. Wsiadałam do samochodu, a ona siedziała przy oknie balkonowym i machała mi na pożegnanie.  Wtedy przeszlo mnie jakieś drżenie. Jakbym czuła, że ta chwila zostanie w moim sercu już na zawsze…
Wróciliśmy dwa dni przed jej urodzinami, zdążyłam podjechać do sklepu po nalewkę, którą co roku kupowałam jej w prezencie. Planowałam wpaść na chwilę. Ale w dniu urodzin nie miałam czasu, bo wieczorem wyjeżdżałam na obóz z dzieciakami.
Nie było czasu… Wiecznie nie było czasu…

No nic, postanowiłam odwiedzić ją po powrocie. Przecież nalewka się nie zepsuje.
Kiedy wróciłam, już jej nie było. Wiedziała, że nie znoszę pogrzebów, że pożegnania są dla mnie okrutnym przeżyciem. Postanowiła mi tego oszczędzić, nie zaprzątać mi sobą głowy, bo przecież ja wiecznie nie miałam czasu…
Do dziś w myślach widzę ją w oknie, jak podnosi firankę, macha mi i puszcza całusy. Uśmiechnięta, spokojna i pełna miłości. A ja pędziłam. Zawsze gdzieś, po coś, tyle było spraw, tyle obowiązków, planów, ciągle w biegu… Ona zawsze czekała. I była. Nie usłyszałam nigdy, że nie może, że nie da rady, że nie ma czasu, że jutro, za tydzień…

Zawsze miała dla mnie czas.
Nigdy sobie nie wybaczę, że jej nie odwiedziłam w urodziny. Co roku przyjeżdżałam, choćby na chwilę. Co się ze mną stało? Jak mogłam tak przewartościować mój świat?

Czas…
Najgorzej rozlokowany dar, jaki posiadam…

Już nauczyłam się, że mogę nie mieć go na sprzątanie, obejrzenie filmu, książkę, bloga czy pracę. W każdej chwili jednak MUSZĘ bezwzględnie go poświęcić komuś, kto tego właśnie potrzebuje. Teraz! Bo to może już być ostatnia minuta…

Mamo, nie zabijaj mnie!

 

Zastanów się nad swoimi wydatkami z ostatniego półrocza. Ile kupiłaś nowych par butów? Wiem, aż grzech nie wziąć, gdy twoje wymarzone kozaki świecą na czerwono ceną niższą o 500 zł, a te czółenka z cudną aplikacją możesz mieć gratis, jeśli wydasz na inne buty zaledwie 200 zł. Jak wiele pieniędzy poszło ci na ubrania? Najpierw zimowa, wiosenna, teraz letnia wyprzedaż. Tu stówka na bluzeczkę, tam dwie na płaszczyk i gdzieś jeszcze kolejna na jeansy. A inne przyjemności? Wyjazd w góry na weekend majowy, nowe zasłony do salonu, kolczyki, trochę kosmetyków do makijażu (bo w jednej z sieciówek była promocja), jakieś drobne umilacze – wypad do kina, fryzjer, ptasie mleczko, godzina w siłowni. Pewnie nazbierałoby się tego sporo. Odpowiedz mi więc na jedno, elementarne pytanie – dlaczego uważasz, że nie stać cię na prawdziwy fotelik do samochodu dla twojego dziecka?

Na rynku wybór fotelików jest olbrzymi. Ciężko jednak znaleźć ten jeden, odpowiedni. Niestety, bez względu na to, jaki wybierzemy, chcąc mieć pewność bezpieczeństwa, nie będzie on kosztował mniej niż tysiąc złotych. Owszem, są tańsze, dobre, ale używane. Odradzam jednak takie rozwiązanie, bo nigdy nie macie pewności, że fotelik nie brał udziału w wypadku, albo jakaś jego część nie zużyła się już na tyle, że nie będzie chronić dziecka. Na używanym foteliku możecie zaoszczędzić jakieś 200 – 300 złotych, dlatego lepiej odmówić sobie pary butów, dwóch miesięcy siłowni albo jakiejś fajnej kiecki i zainwestować w nowy. Zagłuszanie sumienia steropianowymi pseudofotelikami za 150, 300 albo 500 złotych nie rozwiąże problemu. Czy czułabyś się bezpiecznie w domu z tektury? Oczywiście, że nie! I żadna combo – srombo nazwa nie zapewni twojemu dziecku bezpieczeństwa, bo nie sztuką jest założyć piękną, oczojebną – tak przecież modną teraz – tapicerkę na gówniany fotelikopodobny twór, który na zdjęciach wygląda zajebiście. Myślisz, że w gazecie informującej o wypadku na pierwszej stronie też będzie pięknie się prezentował?

Zajmijmy się więc prawdziwymi fotelikami. Nie zakładamy innej opcji, jak zakup fotelika posiadającego nie tylko europejskie certyfikaty bezpieczeństwa ECE R44-03 oraz ECE R44-04 ale też pozytywne wyniki testów zderzeniowych przeprowadzanych przez niezależne organizacje, takie jak np. ADAC.

Na co należy zwrócić uwagę?

1. Na rynku jest kilka kategorii fotelików, jednak nie zawsze powinniśmy się nimi kierować, ponieważ niekoniecznie oddają one faktyczne potrzeby dziecka. Pierwsza bezwzględnie nakazuje wozić dzieciaka w tak zwanej skorupce, czyli foteliku nie tylko zabezpieczającym głowę, ale również dbającym o kręgosłup. Tu jedyne, co może wzmocnić bezpieczeństwo, to wybór nosidełka mocowanego do samochodu systemem isofix.

Kolejna kategoria to fotelik dla dziecka około sześciomiesięcznego. Szukając takiego spotkałam się jeszcze z błędnym określaniem przedziału na podstawie wagi dziecka. Od 2013 norma i-Size nakazała dokonywanie wyboru fotelika w oparciu o wzrost, a nie wagę dziecka. To oczywiste, że waga absolutnie nie oddaje gabarytów, tzn. wysokości ułożenia główki, ramion, itd. Wiem coś o tym. W końcu ja sama ważę tyle co modelki… Niestety, jestem od nich niższa o jakieś 25cm… Główka dziecka nie może wystawać poza obrys oparcia fotelika, bo groziłoby to poważnymi urazami szyi. Dlatego foteliki zgodne z normą i-Size nie dzielą się już na kategorie wagowe (0, 0+, 1, 2 itd.), ale ich rozmiar uwzględnia dwie rzeczy – wzrost wyrażony w centymetrach oraz maksymalną wagę dziecka, które może danego fotelika używać.

Kompletnie nielogiczną kategorią fotelika jest dla mnie przedział 0 – 36kg. Wychodzi na to, że w tym samym foteliku mogę przewozić B1 (~ 34 kg) i B2 (ponad 8 kilosów konkretnej masy). Wiecie jak to się mówi, jeśli coś jest do wszystkiego, to jest do d… W takiej kategorii żadne dziecko nie będzie bezpieczne, bo fotelik nie będzie gwarantował maksimum ochrony dziecku w razie zderzenia, ponieważ jego konstrukcja nie uwzględnia dynamicznie zmieniających się proporcji ciała dziecka.

Dziecko powinno mieć trzy foteliki (minimum!). Ostatni w wieku około 4 lat. I to ten, który jako pierwszy mocuje się wyłącznie przodem do kierunku jazdy!

2. I właśnie tu zajmę się najpopularniejszym ostatnio tematem – kierunek jazdy. Norma i-Size nakłada obowiązek przewożenia dzieci tyłem do kierunku jazdy. Ostatnie badania wykazują, że dzieci co najmniej do 15 miesiąca życia są dużo bezpieczniejsze w podróży, gdy są przewożone tyłem do kierunku jazdy. Dopiero wtedy ich mięśnie szyjne są na tyle silne by wytrzymać nagłe szarpnięcie wywołane kolizją czołową.

Jeśli niemowlę podróżowałoby przodem do kierunku jazdy, w przypadku kolizji czołowej, jego duża i ciężka głowa w stosunku do reszty ciała nie mając podparcia, zostałaby szarpnięta do przodu. Mogłoby to spowodować bardzo poważne uszkodzenia i obrażenia szyi oraz głowy. Przy mocnym zderzeniu kręgosłup zwyczajnie może nie wytrzymać i nie utrzymać główki! Przewożenie niemowląt tyłem do kierunku jazdy gwarantuje, że w chwili zderzenia czołowego, głowa dziecka ma podparcie, a siły działające podczas wypadku, rozchodzą się po większym obszarze, przez co są amortyzowane.
Dziecko może być przewożone tyłem nawet do szóstego roku życia. Im dłużej, tym lepiej i bezpieczniej dla niego.

3. I-Size promuje mocowanie poprzez system ISOFIX. Dzięki temu fotelik staje się integralną częścią samochodu. Niestety, nie wszystkie samochody posiadają ten system. W sklepie z fotelikami dowiedziałam się, że podobno od 2000 roku większość aut powinna być wyposażona, nowsze mają na pewno. Musimy więc najpierw sprawdzić nasze auto. Jeśli takiego systemu nie posiadamy, pozostaje wybór wśród fotelików montowanych pasami.

4.Nie każdy fotelik będzie pasował do każdego auta. Dlatego należy najpierw to sprawdzić. Producenci zazwyczaj mają takie listy samochodów kompatybilnych z ich fotelikami, dlatego koniecznie należy się z nią zapoznać. Na stronkach producentów fotelików samochodowych są też specjalne aplikacje, które nie tylko sprawdzą, czy nasze auto było sprawdzane pod względem kompatybilności z danym fotelikiem, ale również zobaczymy, jak powinniśmy go zamontować, na którym fotelu może być wożony.

Wbrew pozorom zakup fotelika nie jest więc tak trudną sprawą.

Sprawę doboru fotelika mamy za sobą. Pozostaje znów kwestia finansów. Wiesz już, że skrobnie cię to minimum półtora tysiąca, w dobrej promocji znajdziesz może coś za tysiąc złotych. Chociaż miałaś pół roku czasu na zebranie gotówki, omamiły cię jednak te wyprzedaże, buty, kiecki i fitnessy, portfel świeci pustką. Ale jest nadzieja! Jeden z banków pomyślał nie tylko o własnych korzyściach ale o bezpieczeństwie najmniejszych. Oferuje kredyt do 2000 zł na zakup fotelika (trzeba przedstawić dowód zakupu!). Najważniejsze, że pożyczka nie jest obciążona żadnymi opłatami, oprocentowaniem, itd. W 10 ratach oddajesz dokładnie tyle, ile weźmiesz. Jeśli fotelik będzie kosztował 1500 zł, rata będzie równa 150 zł, jeśli 2000 – 200 zł, itd. Jest to więc całkiem dobre rozwiązanie.

Nie masz już więc żadnej wymówki, aby nie kupić dziecku bezpiecznego fotelika. Nic nie stoi na przeszkodzie. Pamiętaj, że wyrazem największej miłości rodzicielskiej jest dbanie o zdrowie i życie dzieci.

Przeczytaj jeszcze raz uważnie cały tekst i poszukaj w okolicy sklepu z fotelikami. Nie żałuj pieniędzy. Zastanów się, czy twoje nowe buty warte są więcej niż życie dziecka?