Krystaliczne chwile

Są takie wspomnienia, które chciałoby się mocno chwycić za fraki i przyciągnąć, żeby nigdy, przenigdy nie uciekły. To one wyciskają łzy jednocześnie malując uśmiech na twarzy. 

Moje krystaliczne chwile wracają zawsze, gdy piję kawę z anielskich filiżanek, ubieram żółtą, wełnianą czapkę z różowymi paskami, albo…

Albo w takie dni, jak dziś, kiedy od rana w serce uderza jakieś dziwne, nieokiełznane poczucie pustki. 

Wtedy wyłączam się z życia i wracam do wielkiego domu z szarym tynkiem i pięknym ogrodem, a w nim wirują obrazy z dzieciństwa. Otwieram bramkę, biegnę po długim chodniku, a w drzwiach z rozłożonymi ramionami i wielkim, naprawdę olbrzymim uśmiechem wita mnie moja babcia…

I znów przypominam sobie, jak razem robiłyśmy makaron na wielkiej, drewnianej stolnicy, albo jak szyła ubrania i delikatnie je na mnie fastrygowała, uważając przy tym,  żeby nie zrobić mi krzywdy, nawet poczułam przez moment jej dotyk, taki miękki i ciepły. Przypomniałam sobie, jak w progu plotła mi warkocze i wiązała wielkie kokardy na końcu. Albo jak witała mnie uśmiechem, gdy otwierałam jej drzwi do naszego mieszkania. Pamiętam jej zielony sweterek w paski i fioletowy berecik, którego zawsze szukałam w kościele wśród pań siedzących w ławkach. Kiedyś, już po jej śmierci, złapałam się na tym, że nadal go szukam w czasie mszy…

Przypomniały mi się spacery na łąkę, gdzie było pełno żab. Babcia brzydziła się nimi i zawsze ostrożnie stawiała kroki, żeby na jakąś nie trafić. Pamiętam jak przed Bożym Ciałem zbierałyśmy kwiaty do koszyczka i jak chodziłyśmy na majówki, jak babcia uczyła mnie pleść wianki. Nawet przypomniało mi się, jak kiedyś w czasie burzy siedziałam w przedpokoju na jej kolanach i słuchałam opowieści o przygodach, jakie przeżyła, gdy była dzieckiem, jak miała bieluteńkie podłogi w pierwszym własnym domu i jak je z trudem szorowała, jak jej brat jako pierwszy wyjechał ze wsi do szkoły, jak niedaleko jej domu roztrzaskał się wojskowy samolot i jak grała w teatrze dzieła romantyków. Nieraz nuciła mi „Świteziankę”, czasami opowiadała o Balladynie, Zosi z „Dziadów” i o tym, jak czytając „Między ustami a brzegiem pucharu” o mało co nie zgubiła stada, które pilnowała.

Babcia była bardzo mądrą kobietą. I choć wychowała się na wsi, kochała literaturę i sztukę. Uwielbiała czytać dzieła Mickiewicza i Rodziewiczównę. To ona przekazała mi pasję, którą do dziś mogę pogłębiać w pracy. Dla niej wykształcenie było bardzo ważne i zawsze wpajała to każdemu z nas. 

Wierzyła, że w życiu trzeba podążać za marzeniami, dlatego pomagała nam je spełnić, wspierała w nauce, podnosiła na duchu, pocieszała w chwilach zwątpienia. 

Pamiętam, że nawet, gdy wyprowadziliśmy się z domu rodzinnego, często nas odwiedzała. Po kościele biegła do sklepu po lody familijne i przychodziła do nas. Nie zdejmowała beretu, nakładała na spódnicę ściereczkę i siadała między stołem a lodówką. Była malutka i w tym kąciku zawsze jej było wygodnie. Ja opierałam się o blat kuchenny i opowiadałam jej o minionym tygodniu. A ona słuchała z takim ciepłem w oczach, jakiego nie da się opisać żadnymi słowami. 

Uczyła mnie modlić się od dziecka, składała ręce z wielkim trudem, bo stawy odmawiały jej posłuszeństwa przez ciężką pracę. Nigdy nie mogła złączyć dłoni i przy modlitwie robiła z nich koszyczek. Każde słowo wypowiadała z wielką gorliwością i tego też wymagała ode mnie. Wiara była dla niej bardzo ważna. Ufała Bogu w każdej sytuacji, dzieliła się z nim problemami, a miała ich dużo, bo dźwigała troski każdego z nas, nie liczyły się dla niej własne sprawy, żyła nami, to my byliśmy jej życiem… 

Pamiętam, jak prała na podwórku pochylona, cały ogródek świecił czystą i pachnącą pościelą, potem wszystko nakrapiała i prasowała. Pomagałam jej naciągać kołdry, uczyła mnie, jak należy składać firany i jak powinno się układać obrusy. Razem obierałyśmy krzewy porzeczek i agrestu, potem skubałyśmy je i układałyśmy w słoikach. Wspólnie pielęgnowałyśmy małe grządki ziemniaków i marchwi, chodziłyśmy po siano dla królików, zbierałyśmy jajka z kurnika, towarzyszyłam jej przy gotowaniu obiadu, lepiłyśmy pierogi (babcia energicznie szklanką robiła kółka, wypełniała farszem, ja zlepiałam je z niezbyt wielką gracją…)

 Najbardziej lubiłam obserwować jak szyje. Wtedy denerwowała się, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Takiej perfekcjonistki jak ona nie ma na całym świecie. Kiedyś poprosiłam ją, żeby uszyła mi futro dla lalki Barbie. Z wielkim trudem spełniła moje życzenie. Innym razem musiała uszyć i mi i mojej lalce identyczne ubrania. Kiedyś wydziergała na worku na buty moje inicjały, innym razem zrobiła czapkę na drutach (do dzisiaj w niej chodzę), albo uszyła pościel dla lalki do wózka. 

Babcia całe dnie spędzała w biegu, zawsze miała jakieś zajęcie. Wieczorami siadała przy telewizorze i kątem oka oglądała Panoramę, czytała „Gościa niedzielnego”, robiła na drutach albo naprawiała nasze ubrania. Latem siadałyśmy na balkonie i patrzyłyśmy na spadające gwiazdy. Zimą robiła mi ciepłą herbatę i zerkała, jak piszę pamiętnik. Zawsze dziwiło ją, skąd mi tyle myśli przychodzi do głowy… Ja za to zastanawiam się, skąd w niej było tyle ciepła i miłości. Chyba spiła je z całego świata. Kochała tak bardzo bezgranicznie i bezinteresownie, że na samą myśl o tym wszystko w środku się roztapia. 

To był człowiek wyjątkowy, nikt nigdy nie będzie w stanie nawet odrobinę jej dorównać… 

Wypełniła moje dzieciństwo ciepłem, miłością i dała mi najpiękniejszy dar – wspaniałe wspomnienia… 

Reklamy

Stwórz plan na siebie!

 

Powrót po porodzie do „normalności” nie jest łatwy. Szczególnie, kiedy nadmiar obowiązków nie pozwala na poświęcenie sobie zbyt wiele czasu. Uważam, że nie da się tego zrobić bez jasnego i konkretnego planu.

Jestem wzrokowcem, wszystko, co chcę zrobić zapisuję.  W pracy tonę w notatkach, karteczkach, którymi oblepione jest biurko, komputer i klawiatura, często mam nawet popisane dłonie, bo tak najlepiej planuje mi się każdą chwilę.

Dlatego też w powrocie do rzeczywistości pomaga mi organizer. A że nie znalazłam nigdzie takiego, który udźwignąłby mój sposób bycia, stworzyłam swój własny.

Postanowiłam się nim z Wami podzielić. Możecie go pobrać tutaj:

planner

Organizer1

To pierwsza część, stworzona pod wpływem chwili, mam nadzieję, że spodoba Wam się i przyda w kontrolowaniu postępów diety, układaniu jadłospisu, planowaniu ćwiczeń czy pichceniu potraw.

Obiecuję, wkrótce pojawią się kolejne, bardziej rozbudowane części!

Powodzenia!

Otrzep kurz wczorajszego życia

14547704_380405042314060_4519801923343220736_n

Przypomnij sobie dzień, w którym na świat przyszło twoje dziecko. Pamiętasz dokładnie wszystko. Pogodę, słowa lekarza, wzrok faceta. Możesz w myślach odtworzyć minutę po minucie. Dla wielu ludzi to była kolejna kartka z kalendarza do spalenia. Dla ciebie najcudowniejszy moment, najwynioślejsze przeżycie. Będziesz o nim myśleć za każdym razem, kiedy spojrzysz na swojego malucha, kiedy się uśmiechnie, przytuli cię, zrobi pierwszy krok, powie „mama”, przyniesie świadectwo, wypadną mu mleczaki, nawet wtedy, gdy cię wpieprzy podczas kłótni o to, czy może wrócić po dwunastej z imprezy.

Bez względu na czar kolejnych chwil, twoje życie właśnie podzieliło się na to, co było przed i całą resztę po porodzie. Wywróciłaś swój świat do góry nogami. Wszystko wygląda jak w lustrzanym odbiciu. Niby tak samo mija dzień za dniem, dookoła ci sami ludzie, stare ściany, identyczny kolor nieba, a jednak jakby zupełnie inny. Bo w twój świat z gracją legwana wśliznęło się małe żyjątko, które swym urokiem, słodyczą i pragnieniem miłości puściło w pizdu harmonię i przewidywalność chwili.
Co ci pozostaje? Żyć. Niby dalej, ponoć do przodu ale tak, aby te narodziny stały się sensem twojej codzienności.

Podobnie jest z Bożym Narodzeniem.

Nie jest to kolejny pretekst do zmasakrowania konta w banku i poluzowania guzików od spodni. Nie wigilijny dress code, nie kolor choinki czy panierka na karpiu tworzą klimat tych dni. Tylko narodziny. Zwykłe – niezwykłe przyjście na świat dziecka, które z uporem powtarza się co roku. Po co? Żeby znów doświadczyć cudu. By poczuć, że świat – zupełnie tak jak wtedy kiedy urodziło się nasze dziecko – przyjął inny kształt, dał szansę na nowe chwile, przyniósł w darze godziny, które możesz wykorzystać, jak tylko chcesz. Bo to narodziny dające nadzieję na lepsze jutro. To narodziny przypominające o tym, że zamykasz wczoraj, żeby cieszyć się tym, co tu i teraz. To narodziny dające motywację do działania.

Na tym polega mistyka świąt Bożego Narodzenia. Na corocznym odrodzeniu nadziei, która przecież jest motorem napędowym. I tak jak twoje dzieci motywują cię do życia, tak narodzone w żłobku dzieciątko przypomina ci, jak wiele dobrego przed tobą.
Święta minęły. Wytrzep obrus z okruszków piernika, spierz plamy z barszczu i zapomnij o tym, co było. Masz kolejny piękny rok przed sobą!

**********************************************************

Ten wpis powstał w ramach akcji Blogrudzień, której inicjatorką jest Magda M.

Oprócz mnie w przedsięwzięciu biorą udział autorki innych blogów. Oto lista wszystkich uczestniczek:

1 – Ewelina z www.pozytywnydom.com

2 – Ania z www.pepek-swiata.com

3 – Weronika z www.minimalisticgirl.pl

4 – Dagmara z www.dziubdziak.pl

5 – Kasia z www.tarapatka.pl

6 – Magda z www.savethemagicmoments.pl

7 – Mirka z www.blondpanidomu.pl

8 – Sylwia z www.matczysko.pl

9 – Gosia z www.jaskoweklimaty.pl

10 – Karolina z www.mlodamamma.pl

11 – Karolina z www.karolinaplichta.pl

12 – Agnieszka z www.321startdiy.pl

13 – Olga z www.rodzinazeszczecina.pl

14 – Sylwia z www.mlodamamapisze.com

15 – Karolina z www.wysmakowana.pl

16 – Karolina z www.dzieciecapodroz.pl

17 – Kamila z www.ugotowanepozamiatane.pl

18 – Agata z www.wesellerka.pl

19 – Emilia z www.mamaisynzgranyteam.pl

20 – Iga z www.znaciskiemnaszczescie.pl

21 – Karolina z www.mamakarolina.pl

22 – Monika z www.mamanacalego.pl

23 – Agata z www.beztroskamama.pl

24 – Magda z www.magdam.com.pl

27 – Asia z www.humoryzmory.blog.pl

28 – Natalia z www.swiattomskiego.pl

29 – Justyna z www.pogodnieprzezzycie.pl

30 – Ola z www.jasiovo.blogspot.com

31 – Edyta z www.mumnaopak.blogspot.com

Wspaniałości!

Kochani, kończymy przygotowania do świąt i przyjęcia urodzinowego B2. Jeszcze przed nami trochę pracy. Ponieważ dziś B i B1 zaczynają wolne dni, odcinamy się od internetu, żeby razem spędzić ten czas. 

Dlatego chciałam złożyć Wam życzenia pięknych, spokojnych i rodzinnych Świąt, wielu powodów do radości i ciepła w otoczeniu najbliższych. Pamiętajcie, że nieważne, jak wygląda Wasz stół wigilijny, co włożycie pod choinkę ani jak ubierzecie się na kolację. Najważniejsze, aby Boże Narodzenie poruszyło Wasze serca. Wtedy prawdziwie przeżyjecie te święta! 

Dziękuję, że jesteście tu ze mną. Zaczynałam przygodę z blogiem bez większego entuzjazmu. Teraz widzę, że ma ona sens. Cieszę się, że staliście się częścią mojego Humorozmorowego świata! 😊

Wracam do Was w środę z przytupem, bo będzie to mój dzień wpisu w akcji #Blogrudzień. 
Wspaniałych Świąt!!!
P.S.

Nie przejedzcie się za bardzo! 😉

A mały pociąg rusza ciuf… ciuf… ciuf…

Dokładnie za cztery miesiące wracam do pracy! Jeszcze sto dwadzieścia dni powtarzania tych samych czynności, życia według wskazówek zegara, analizowania konsystencji oraz koloru zawartości pampersa i odmierzania minilitrów kaszek, zupek, tudzież herbatek.

Uwielbiam B2. Wypełnił niemożebną lukę w moim świecie. Czekałam na niego z niecierpliwością i osiągnęłam pełnię szczęścia w dniu jego narodzin.

Ale…

Zarwane noce, brak czasu nawet na złożenie sobie porządnej kanapki (o obiedzie albo ciepłej kolacji nawet nie marzę), upaprane mlekiem ubrania, tony pieluch w torebce, powyrywane w zabawie włosy i zdarta do krwi skóra dekoltu zaczyna powoli wyrzynać w mojej psychice drobne banieczki rozdrażnienia, które w każdej chwili mogą pieprznąć i zrobić grubą rozpierduchę. W dodatku większą część dnia spędzam z dzieciakami sama, bo B pracuje do późnych godzin wieczornych.  I na mojej głowie jest praktycznie wszystko – od zwykłej opieki nad B2, zajęciami B1 – korkami, basenem, zebraniami w szkole, zadaniami domowymi, lekarzami, papierologią urzędową aż po domowe obowiązki. 

Moje wyjścia z domu ograniczają się do spacerów stałą trasą, horyzont wyznaczają ściany domu, przy dobrych wiatrach płot albo bramka sąsiadki. Szczytem brawury staje się wyjazd na zakupy (przypominający wyścig z czasem, laktacją i wytrzymałością małej przylepy).

Ostatnio łapię się nawet na tym, że na chwilę wybijam się ze świadomości i wpatrując się w jeden przedmiot, wyłączam myślenie. Nie ma wtedy świata wokół mnie. Czuję się tak, jakby czas na moment się zatrzymał. Szybko wracam do siebie i łapie mnie frustracja na myśl, że znowu minuta nie różni się od minuty…

To tak jak w jednej reklamie – „mały pociąg rusza ciuf… ciuf… ciuf…”

Jedynym odbiciem od bylejakości kurodomowienia jest dla mnie moment, gdy dzieciaki śpią, a ja mogę posiedzieć sam na sam z moim blogiem…

Dlatego tęsknię za swoją pracą, za codziennymi emocjami, szybkim tempem życia i wyzwaniami, które nie pozwalają na rutynę. Wtedy powrót do domu jest dla mnie przyjemnością a czas spędzony z dzieciakami daje mnóstwo pozytywnej energii.

Nie chcę przenosić na domowników mojej frustracji, choć to niełatwe. Wiem, że szczęśliwa mama to radosne dzieci. No cóż, zaciskam zęby i odliczam dni…