Dzień świstaka

Czym różni się mój urlop macierzyński od twojego? Niczym!

Tak samo zmarnowałam rok jak i ty. I choć miałam ambitne plany, że codziennie poćwiczę, pójdę z dzieckiem na spacer, przeczytam stertę książek i nauczę się biegle mówić po rosyjsku, moje plany zatrzymały się na kartce.

Każdy dzień był taki sam. Różnił się najwyżej kolorem kupy albo porą drzemki. Codzienne rytuały wycisnęły już na tobie piętno robota. I tak uciekło ci dwanaście miesięcy, chociaż wydawało ci się, że to szmat czasu.

Pierwsza połowa macierzyńskiego upłynęła mi jak w scenerii „Dnia świstaka”. Zupełnie to samo, co do godziny – sen, karmienie, kupa, karmienie, karmienie, karmienie, kupa, sen, karmienie, spacer, kupa, karmienie, sen… Czasami zdarzały się porywy, takie jak karmienie przez sen albo kupa na spacerze… Kolejna połowa roku wniosła trochę rozrywki , bieganie za raczkującym ssakiem albo nocne alarmy zębowe. Wstawałam rano z myślą, że przede mną kilkanaście godzin walki… Co chwilę zerkałam na zegarek, ile dnia mam już za sobą a ile jeszcze muszę znieść. B wychodził po siódmej rano, wracał po dwudziestej. Sama od rana do nocy przyjęłam postawę człowieka pierwotnego – przetrwać…

Mam wrażenie, że ten miniony czas był jakimś snem, ja w amoku wykonywałam swoje obowiązki, a cały świat żył gdzieś obok, z daleka od pieluch, kaszek i wielkich – małych problemów macierzyńskich.

Moją jedyną odskocznią był blog i świat po drugiej stronie monitora – czytelnicy stali i przypadkowi, z którymi mogłam podzielić się swoimi radościami i smutkami.

Gdzie ta lukrowa strona macierzyństwa? Nie odpowiem ci, bo jej nie znalazłam.

Czerpię mnóstwo radości z bycia mamą, moje dzieci mają w sobie wiele wspaniałych cech. Jednak spędzanie z nimi trzech czwartych doby to zbyt wiele jak na jedną osobę. Wiem, wiem, są i robocopmatki, dla których możliwość poświęcenia swojego życia na wychowanie dziecka jest dobrem najwyższym.

Ale…

Nikt takiemu dzieciakowi nie da gwarancji, że kiedy będzie chciał się wyprowadzić z domu, nie usłyszy klasycznych słów: „To ja się dla ciebie tak poświęciłam! Aty mnie teraz zostawiasz?”…

Dlatego też z nieukrywaną radością coraz bardziej jestem myślami, a niedługo i ciałem, w pracy.

Wiem, że ten czas trybików macierzyńskich mam już za sobą i wraz z rozwojem społecznym B2, odnajdę w opiece nad nim coraz więcej pozytywów.

Po co o tym piszę?

Żeby każda matka, która uważa, że coś z tym jej macierzyństwem jest nie tak, uświadomiła sobie, że nie jest sama.

Nie jesteśmy idealne. Nawet takie nie musimy być. Mamy prawo do momentów słabości, załamania, bo przecież nagle nasze życie zupełnie się zmieniło. Nie mąż, nie babcie, ciotki, czy przyjaciółki muszą kompletnie pozmieniać każdą minutę doby. Tylko my. I niech sobie inni myślą, że jesteśmy zrzędliwe. Nie! My jesteśmy po prostu przytłumione nową sytuacją. Narzekajmy, wywalajmy te swoje żale, nawet płaczmy i histeryzujmy. Wtedy łatwiej będzie przetrwać to, co najgorsze.

A dzień świstaka też kiedyś się kiedyś skończy. Wtedy wszystko wróci do normy. I wiem, że czas urlopu macierzyńskiego będziemy wspominać, jako jeden z najpiękniejszych okresów naszego życia…

23824798_1887644871550517_4924264516935483392_n

Diabłem we wnuka

Małe dzieci nudzą się w kościele. Tak było kiedyś, tak jest dziś i raczej nie zmieni się to, dopóki msze będą kierowane wyłącznie do dorosłych. Ale żadna w tym ich wina. To kolejna godzina, którą muszą odstać z rodzicami, podobna do tej spędzonej w kolejce do lekarza, czy na rozmowie mamy z przypadkowo spotkaną koleżanką.

Pomysłowe dzieciaki szybko znajdą jakieś zajęcie dla zabicia czasu. Zwiedzają zakamarki kościoła, tańczą do rytmu pieśni kościelnych, robią windę z ławek (co – nie ukrywam – było moim ulubionym zajęciem w dzieciństwie), albo bawią się w „chowanego” z zawstydzonymi rodzicami.
Kiedyś w naszym kościele przytrafiła się dość ciekawa sytuacja. Pamiętna niedziela widniała w kalendarzu liturgicznym jako jedno z ważniejszych świąt, kościół odwiedziło więc trochę więcej ludzi.

Przede mną stanęła babcia z wnukiem, dwulatkiem tak „na oko”. Chłopiec niemożebnie się nudził, a że msza była długa, zaczął zwyczajnie płakać. Łzy mu leciały ciurkiem. Albo było mu gorąco, bo warstwy ubrań, jakie miał na sobie, wystarczyłyby na wyprawę w góry, albo też był zmęczony – zbliżało się południe, czas drzemki maluchów.

Babcia chciała go uspokoić, co jej kompletnie nie wychodziło. Kiedy mały nie przestawał, próbowała wykorzystać pewien znany, zaściankowy sposób: „wszyscy się z ciebie śmieją”. Gdy i to nie przyniosło efektów, postanowiła skorzystać z pomocy siły wyższej – i bynajmniej nie mówię tu o gospodarzu miejsca, w którym przebywała. Chwyciła malucha mocno krzycząc: ”jeśli będziesz dalej ryczał, przyjdzie po ciebie diabeł i cię zabierze!”
Takiej babci to by nawet w piekle nie chcieli…

 

18013109_313450149071392_5642355522381283328_n

zrzut ekranu

 

 

Krystaliczne chwile

Są takie wspomnienia, które chciałoby się mocno chwycić za fraki i przyciągnąć, żeby nigdy, przenigdy nie uciekły. To one wyciskają łzy jednocześnie malując uśmiech na twarzy. 

Moje krystaliczne chwile wracają zawsze, gdy piję kawę z anielskich filiżanek, ubieram żółtą, wełnianą czapkę z różowymi paskami, albo…

Albo w takie dni, jak dziś, kiedy od rana w serce uderza jakieś dziwne, nieokiełznane poczucie pustki. 

Wtedy wyłączam się z życia i wracam do wielkiego domu z szarym tynkiem i pięknym ogrodem, a w nim wirują obrazy z dzieciństwa. Otwieram bramkę, biegnę po długim chodniku, a w drzwiach z rozłożonymi ramionami i wielkim, naprawdę olbrzymim uśmiechem wita mnie moja babcia…

I znów przypominam sobie, jak razem robiłyśmy makaron na wielkiej, drewnianej stolnicy, albo jak szyła ubrania i delikatnie je na mnie fastrygowała, uważając przy tym,  żeby nie zrobić mi krzywdy, nawet poczułam przez moment jej dotyk, taki miękki i ciepły. Przypomniałam sobie, jak w progu plotła mi warkocze i wiązała wielkie kokardy na końcu. Albo jak witała mnie uśmiechem, gdy otwierałam jej drzwi do naszego mieszkania. Pamiętam jej zielony sweterek w paski i fioletowy berecik, którego zawsze szukałam w kościele wśród pań siedzących w ławkach. Kiedyś, już po jej śmierci, złapałam się na tym, że nadal go szukam w czasie mszy…

Przypomniały mi się spacery na łąkę, gdzie było pełno żab. Babcia brzydziła się nimi i zawsze ostrożnie stawiała kroki, żeby na jakąś nie trafić. Pamiętam jak przed Bożym Ciałem zbierałyśmy kwiaty do koszyczka i jak chodziłyśmy na majówki, jak babcia uczyła mnie pleść wianki. Nawet przypomniało mi się, jak kiedyś w czasie burzy siedziałam w przedpokoju na jej kolanach i słuchałam opowieści o przygodach, jakie przeżyła, gdy była dzieckiem, jak miała bieluteńkie podłogi w pierwszym własnym domu i jak je z trudem szorowała, jak jej brat jako pierwszy wyjechał ze wsi do szkoły, jak niedaleko jej domu roztrzaskał się wojskowy samolot i jak grała w teatrze dzieła romantyków. Nieraz nuciła mi „Świteziankę”, czasami opowiadała o Balladynie, Zosi z „Dziadów” i o tym, jak czytając „Między ustami a brzegiem pucharu” o mało co nie zgubiła stada, które pilnowała.

Babcia była bardzo mądrą kobietą. I choć wychowała się na wsi, kochała literaturę i sztukę. Uwielbiała czytać dzieła Mickiewicza i Rodziewiczównę. To ona przekazała mi pasję, którą do dziś mogę pogłębiać w pracy. Dla niej wykształcenie było bardzo ważne i zawsze wpajała to każdemu z nas. 

Wierzyła, że w życiu trzeba podążać za marzeniami, dlatego pomagała nam je spełnić, wspierała w nauce, podnosiła na duchu, pocieszała w chwilach zwątpienia. 

Pamiętam, że nawet, gdy wyprowadziliśmy się z domu rodzinnego, często nas odwiedzała. Po kościele biegła do sklepu po lody familijne i przychodziła do nas. Nie zdejmowała beretu, nakładała na spódnicę ściereczkę i siadała między stołem a lodówką. Była malutka i w tym kąciku zawsze jej było wygodnie. Ja opierałam się o blat kuchenny i opowiadałam jej o minionym tygodniu. A ona słuchała z takim ciepłem w oczach, jakiego nie da się opisać żadnymi słowami. 

Uczyła mnie modlić się od dziecka, składała ręce z wielkim trudem, bo stawy odmawiały jej posłuszeństwa przez ciężką pracę. Nigdy nie mogła złączyć dłoni i przy modlitwie robiła z nich koszyczek. Każde słowo wypowiadała z wielką gorliwością i tego też wymagała ode mnie. Wiara była dla niej bardzo ważna. Ufała Bogu w każdej sytuacji, dzieliła się z nim problemami, a miała ich dużo, bo dźwigała troski każdego z nas, nie liczyły się dla niej własne sprawy, żyła nami, to my byliśmy jej życiem… 

Pamiętam, jak prała na podwórku pochylona, cały ogródek świecił czystą i pachnącą pościelą, potem wszystko nakrapiała i prasowała. Pomagałam jej naciągać kołdry, uczyła mnie, jak należy składać firany i jak powinno się układać obrusy. Razem obierałyśmy krzewy porzeczek i agrestu, potem skubałyśmy je i układałyśmy w słoikach. Wspólnie pielęgnowałyśmy małe grządki ziemniaków i marchwi, chodziłyśmy po siano dla królików, zbierałyśmy jajka z kurnika, towarzyszyłam jej przy gotowaniu obiadu, lepiłyśmy pierogi (babcia energicznie szklanką robiła kółka, wypełniała farszem, ja zlepiałam je z niezbyt wielką gracją…)

 Najbardziej lubiłam obserwować jak szyje. Wtedy denerwowała się, żeby wszystko wyszło jak najlepiej. Takiej perfekcjonistki jak ona nie ma na całym świecie. Kiedyś poprosiłam ją, żeby uszyła mi futro dla lalki Barbie. Z wielkim trudem spełniła moje życzenie. Innym razem musiała uszyć i mi i mojej lalce identyczne ubrania. Kiedyś wydziergała na worku na buty moje inicjały, innym razem zrobiła czapkę na drutach (do dzisiaj w niej chodzę), albo uszyła pościel dla lalki do wózka. 

Babcia całe dnie spędzała w biegu, zawsze miała jakieś zajęcie. Wieczorami siadała przy telewizorze i kątem oka oglądała Panoramę, czytała „Gościa niedzielnego”, robiła na drutach albo naprawiała nasze ubrania. Latem siadałyśmy na balkonie i patrzyłyśmy na spadające gwiazdy. Zimą robiła mi ciepłą herbatę i zerkała, jak piszę pamiętnik. Zawsze dziwiło ją, skąd mi tyle myśli przychodzi do głowy… Ja za to zastanawiam się, skąd w niej było tyle ciepła i miłości. Chyba spiła je z całego świata. Kochała tak bardzo bezgranicznie i bezinteresownie, że na samą myśl o tym wszystko w środku się roztapia. 

To był człowiek wyjątkowy, nikt nigdy nie będzie w stanie nawet odrobinę jej dorównać… 

Wypełniła moje dzieciństwo ciepłem, miłością i dała mi najpiękniejszy dar – wspaniałe wspomnienia… 

Stwórz plan na siebie!

 

Powrót po porodzie do „normalności” nie jest łatwy. Szczególnie, kiedy nadmiar obowiązków nie pozwala na poświęcenie sobie zbyt wiele czasu. Uważam, że nie da się tego zrobić bez jasnego i konkretnego planu.

Jestem wzrokowcem, wszystko, co chcę zrobić zapisuję.  W pracy tonę w notatkach, karteczkach, którymi oblepione jest biurko, komputer i klawiatura, często mam nawet popisane dłonie, bo tak najlepiej planuje mi się każdą chwilę.

Dlatego też w powrocie do rzeczywistości pomaga mi organizer. A że nie znalazłam nigdzie takiego, który udźwignąłby mój sposób bycia, stworzyłam swój własny.

Postanowiłam się nim z Wami podzielić. Możecie go pobrać tutaj:

planner

Organizer1

To pierwsza część, stworzona pod wpływem chwili, mam nadzieję, że spodoba Wam się i przyda w kontrolowaniu postępów diety, układaniu jadłospisu, planowaniu ćwiczeń czy pichceniu potraw.

Obiecuję, wkrótce pojawią się kolejne, bardziej rozbudowane części!

Powodzenia!

Uroczyście oświadczam…

1-stycznia-pod-sic582ownic485

Dziś w klimacie noworocznym…

Jest taki dzień, który został odkryty przez kogo? Oczywiście, że przez amerykańskich naukowców. Nazywa się Blue Monday. 

To najbardziej depresyjny dzień w roku. Przypada mniej więcej na trzeci tydzień stycznia. 

Skąd się wziął? Otóż wyliczono, że – oprócz brzydkiej, styczniowej aury i lokalizacji księżyca – to właśnie czas, kiedy uświadamiamy sobie, że nasze postanowienia noworoczne poszły z dymem… I właśnie to nas przygnębia najbardziej. Tracimy chęci i zapał, przez co wszystko wydaje nam się beznadziejne. 

Skoro i tak nic z tego nie wyjdzie, po co te wszystkie obietnice i niemożliwe do spełnienia założenia? Wpieprzając resztki świątecznego sernika wyobrażamy sobie lato 2018, plażę, morze i nas – rozmiar 34, 90x60x90, a za nami sznur facetów… Bo przecież idzie nowy rok a wraz z nim POSTANOWIENIA! W głowach kobiet rodzi się tysiąc myśli, w których widzą swoją noworoczną wersję: stanę się najlepsza, najmądrzejsza, schudnę sto kilo i nauczę się sześciu języków. Codziennie będę jeździć konno, chodzić na basen, siłownię, jogę i do terapeuty. Pójdę na kurs gotowania, tańca, szydełkowania, garncarstwa i NLP. Będę odwiedzać rodziców, ciotki, babcie, teściów i nie pokłócę się z nikim, nauczę się salsy, walca i tanga, codziennie będę biegać rano i wieczorem. Kupię psa, zmienię pracę, wyrzucę stare buty, powiem mu/jej, co tak naprawdę myślę i codziennie przeczytam jedną książkę. Wszystko zrobię! 

Dobrze, że zapał umiera wraz z nadejściem drugiego dnia stycznia, bo by chyba tych Blumondajów musiało być 365 w roku…

Kolejny rok przed nami!  Życzę wszystkim wielu ambitnych (niejednodniowych) postanowień!

I pamiętajcie:

Otrzep kurz wczorajszego życia

14547704_380405042314060_4519801923343220736_n

Przypomnij sobie dzień, w którym na świat przyszło twoje dziecko. Pamiętasz dokładnie wszystko. Pogodę, słowa lekarza, wzrok faceta. Możesz w myślach odtworzyć minutę po minucie. Dla wielu ludzi to była kolejna kartka z kalendarza do spalenia. Dla ciebie najcudowniejszy moment, najwynioślejsze przeżycie. Będziesz o nim myśleć za każdym razem, kiedy spojrzysz na swojego malucha, kiedy się uśmiechnie, przytuli cię, zrobi pierwszy krok, powie „mama”, przyniesie świadectwo, wypadną mu mleczaki, nawet wtedy, gdy cię wpieprzy podczas kłótni o to, czy może wrócić po dwunastej z imprezy.

Bez względu na czar kolejnych chwil, twoje życie właśnie podzieliło się na to, co było przed i całą resztę po porodzie. Wywróciłaś swój świat do góry nogami. Wszystko wygląda jak w lustrzanym odbiciu. Niby tak samo mija dzień za dniem, dookoła ci sami ludzie, stare ściany, identyczny kolor nieba, a jednak jakby zupełnie inny. Bo w twój świat z gracją legwana wśliznęło się małe żyjątko, które swym urokiem, słodyczą i pragnieniem miłości puściło w pizdu harmonię i przewidywalność chwili.
Co ci pozostaje? Żyć. Niby dalej, ponoć do przodu ale tak, aby te narodziny stały się sensem twojej codzienności.

Podobnie jest z Bożym Narodzeniem.

Nie jest to kolejny pretekst do zmasakrowania konta w banku i poluzowania guzików od spodni. Nie wigilijny dress code, nie kolor choinki czy panierka na karpiu tworzą klimat tych dni. Tylko narodziny. Zwykłe – niezwykłe przyjście na świat dziecka, które z uporem powtarza się co roku. Po co? Żeby znów doświadczyć cudu. By poczuć, że świat – zupełnie tak jak wtedy kiedy urodziło się nasze dziecko – przyjął inny kształt, dał szansę na nowe chwile, przyniósł w darze godziny, które możesz wykorzystać, jak tylko chcesz. Bo to narodziny dające nadzieję na lepsze jutro. To narodziny przypominające o tym, że zamykasz wczoraj, żeby cieszyć się tym, co tu i teraz. To narodziny dające motywację do działania.

Na tym polega mistyka świąt Bożego Narodzenia. Na corocznym odrodzeniu nadziei, która przecież jest motorem napędowym. I tak jak twoje dzieci motywują cię do życia, tak narodzone w żłobku dzieciątko przypomina ci, jak wiele dobrego przed tobą.
Święta minęły. Wytrzep obrus z okruszków piernika, spierz plamy z barszczu i zapomnij o tym, co było. Masz kolejny piękny rok przed sobą!

**********************************************************

Ten wpis powstał w ramach akcji Blogrudzień, której inicjatorką jest Magda M.

Oprócz mnie w przedsięwzięciu biorą udział autorki innych blogów. Oto lista wszystkich uczestniczek:

1 – Ewelina z www.pozytywnydom.com

2 – Ania z www.pepek-swiata.com

3 – Weronika z www.minimalisticgirl.pl

4 – Dagmara z www.dziubdziak.pl

5 – Kasia z www.tarapatka.pl

6 – Magda z www.savethemagicmoments.pl

7 – Mirka z www.blondpanidomu.pl

8 – Sylwia z www.matczysko.pl

9 – Gosia z www.jaskoweklimaty.pl

10 – Karolina z www.mlodamamma.pl

11 – Karolina z www.karolinaplichta.pl

12 – Agnieszka z www.321startdiy.pl

13 – Olga z www.rodzinazeszczecina.pl

14 – Sylwia z www.mlodamamapisze.com

15 – Karolina z www.wysmakowana.pl

16 – Karolina z www.dzieciecapodroz.pl

17 – Kamila z www.ugotowanepozamiatane.pl

18 – Agata z www.wesellerka.pl

19 – Emilia z www.mamaisynzgranyteam.pl

20 – Iga z www.znaciskiemnaszczescie.pl

21 – Karolina z www.mamakarolina.pl

22 – Monika z www.mamanacalego.pl

23 – Agata z www.beztroskamama.pl

24 – Magda z www.magdam.com.pl

27 – Asia z www.humoryzmory.blog.pl

28 – Natalia z www.swiattomskiego.pl

29 – Justyna z www.pogodnieprzezzycie.pl

30 – Ola z www.jasiovo.blogspot.com

31 – Edyta z www.mumnaopak.blogspot.com

Wspaniałości!

Kochani, kończymy przygotowania do świąt i przyjęcia urodzinowego B2. Jeszcze przed nami trochę pracy. Ponieważ dziś B i B1 zaczynają wolne dni, odcinamy się od internetu, żeby razem spędzić ten czas. 

Dlatego chciałam złożyć Wam życzenia pięknych, spokojnych i rodzinnych Świąt, wielu powodów do radości i ciepła w otoczeniu najbliższych. Pamiętajcie, że nieważne, jak wygląda Wasz stół wigilijny, co włożycie pod choinkę ani jak ubierzecie się na kolację. Najważniejsze, aby Boże Narodzenie poruszyło Wasze serca. Wtedy prawdziwie przeżyjecie te święta! 

Dziękuję, że jesteście tu ze mną. Zaczynałam przygodę z blogiem bez większego entuzjazmu. Teraz widzę, że ma ona sens. Cieszę się, że staliście się częścią mojego Humorozmorowego świata! 😊

Wracam do Was w środę z przytupem, bo będzie to mój dzień wpisu w akcji #Blogrudzień. 
Wspaniałych Świąt!!!
P.S.

Nie przejedzcie się za bardzo! 😉

Szczęście

15048253_1813258958956972_2574566124943310848_n

Każdy dzień ma w sobie coś pięknego. Codziennie uczymy się nowych rzeczy, zaczynamy coś bardziej rozumieć i lepiej poznawać siebie. Bywają takie chwile, kiedy w myśleniu o świecie nastaje wielka rewolucja.
Tak też stało się ze mną, kiedy wybrałam się do kościoła w okolicy, gdzie spędziłam dzieciństwo. Ponieważ nasza dzielnica nie należy do największych, każdy zna tam każdego. Zobaczyłam wielu mniej lub bardziej znajomych ludzi. Bez względu na to, kim są, co osiągnęli i ile znaczą w społeczeństwie, wszystkich łączy jedno – czas odbił już piętno praktycznie na każdym…
Rozglądałam się po tłumie, patrząc na twarze, które jeszcze niedawno były pełne wiary, dziecięcej naiwności i zapału do tworzenia czegoś wyjątkowego. I mnie kiedyś wydawało się, że złapałam Pana Boga za nogi, świat należy do mnie a panem mojego losu jestem tylko i wyłącznie ja…
W pewnej chwili poczułam, że kościół wypełnił się masą niezrealizowanych marzeń. Nagle pragnienia bycia najsławniejszym prawnikiem, jedyną i niepowtarzalną panią weterynarz, matką gromadki dzieci, znanym piłkarzem, adorowaną codziennie przez męża żoną zaczęły odbijać się od kościelnych sklepień i uderzać w sumienia zebranych. Patrzyłam na udawane szczęście małżeństw, które tak naprawdę dawno przestały istnieć. Widziałam spojrzenie rodziców na dzieci, które miały przynosić dumę rodzinie, zamiast tego idą zupełnie inną drogą, niż skrzętnie planowali dla nich już od poczęcia. Każdy z zebranych, niegdyś radosny i zachłyśnięty beztroską, teraz pokornie pochylał się przytłoczony krzyżem swojego życia.
Zastanawiam się, ile jest tu tragizmu w tragizmie…
Czy ludzie są rzeczywiście tak nieszczęśliwi?
Właściwie na czym polega szczęście?
Myślę, ze to kwestia podejścia.
Bo czy szczęściem jest dziecko, które spełniło oczekiwania rodziców, czy takie, które robi w życiu to, co kocha?
Czy szczęściem jest portfel pełen pieniędzy, czy czas pełen rozmów z najbliższymi?
Czy szczęściem jest kolacja w wykwintnej restauracji czy przypalony naleśnik ze szpinakiem zrobiony bez okazji przez ukochaną osobę?
A może szczęście to umiejętność wracania do domu i zostawiania pracy przed progiem?
Czy szczęście osiągniesz wywołując na twarzach innych ludzi zazdrość czy wtedy, gdy dzięki tobie będą się uśmiechali?
Czy szczęście to sprawność do późnej starości, którą spędza się samotnie, czy bycie niepełnosprawnym, którym z wielkim sercem zajmuje się najbliższa rodzina?
Szczęściem jest setka życzeń urodzinowych złożona na portalu społecznościowym dzięki okazjonalnej przypominajce, czy telefon z życzliwościami od starej ciotki, która co roku zapisuje datę twoich urodzin w kalendarzu niepotrzebnie, bo i tak bez tego o nich pamięta?
No co to jest właściwie to szczęście?

W drugiej klasie liceum dostałam trójkę na koniec roku z języka francuskiego. Przez to nie mogłam trafić do grona wyróżnionych, marzenia o czerwonym pasku na świadectwie i nagrodzie odeszły w dal. Wtedy moja babcia zrobiła dla mnie dyplom. Napisała w nim, że jest ze mnie dumna, bo praca, jaką włożyłam w osiągnięcie ocen, była bardzo ciężka i wymagająca wielu poświęceń. Dodała też, że dla niej będę zawsze najlepsza i jedyna, dlatego właśnie zasługuję na wyróżnienie.

I to chyba jest najlepsza odpowiedź na to, czym tak naprawdę jest szczęście…

A mały pociąg rusza ciuf… ciuf… ciuf…

Dokładnie za cztery miesiące wracam do pracy! Jeszcze sto dwadzieścia dni powtarzania tych samych czynności, życia według wskazówek zegara, analizowania konsystencji oraz koloru zawartości pampersa i odmierzania minilitrów kaszek, zupek, tudzież herbatek.

Uwielbiam B2. Wypełnił niemożebną lukę w moim świecie. Czekałam na niego z niecierpliwością i osiągnęłam pełnię szczęścia w dniu jego narodzin.

Ale…

Zarwane noce, brak czasu nawet na złożenie sobie porządnej kanapki (o obiedzie albo ciepłej kolacji nawet nie marzę), upaprane mlekiem ubrania, tony pieluch w torebce, powyrywane w zabawie włosy i zdarta do krwi skóra dekoltu zaczyna powoli wyrzynać w mojej psychice drobne banieczki rozdrażnienia, które w każdej chwili mogą pieprznąć i zrobić grubą rozpierduchę. W dodatku większą część dnia spędzam z dzieciakami sama, bo B pracuje do późnych godzin wieczornych.  I na mojej głowie jest praktycznie wszystko – od zwykłej opieki nad B2, zajęciami B1 – korkami, basenem, zebraniami w szkole, zadaniami domowymi, lekarzami, papierologią urzędową aż po domowe obowiązki. 

Moje wyjścia z domu ograniczają się do spacerów stałą trasą, horyzont wyznaczają ściany domu, przy dobrych wiatrach płot albo bramka sąsiadki. Szczytem brawury staje się wyjazd na zakupy (przypominający wyścig z czasem, laktacją i wytrzymałością małej przylepy).

Ostatnio łapię się nawet na tym, że na chwilę wybijam się ze świadomości i wpatrując się w jeden przedmiot, wyłączam myślenie. Nie ma wtedy świata wokół mnie. Czuję się tak, jakby czas na moment się zatrzymał. Szybko wracam do siebie i łapie mnie frustracja na myśl, że znowu minuta nie różni się od minuty…

To tak jak w jednej reklamie – „mały pociąg rusza ciuf… ciuf… ciuf…”

Jedynym odbiciem od bylejakości kurodomowienia jest dla mnie moment, gdy dzieciaki śpią, a ja mogę posiedzieć sam na sam z moim blogiem…

Dlatego tęsknię za swoją pracą, za codziennymi emocjami, szybkim tempem życia i wyzwaniami, które nie pozwalają na rutynę. Wtedy powrót do domu jest dla mnie przyjemnością a czas spędzony z dzieciakami daje mnóstwo pozytywnej energii.

Nie chcę przenosić na domowników mojej frustracji, choć to niełatwe. Wiem, że szczęśliwa mama to radosne dzieci. No cóż, zaciskam zęby i odliczam dni…

Dobre złego początki…

ouat-villains-once-upon-a-time-32825846-1600-1000

Kiedyś przypadkowo trafiłam na serial pt. „Dawno, dawno temu”. Tak bardzo spodobał mi się zamysł filmu, że w przeciągu kilku dni obejrzałam ponad sześćdziesiąt odcinków. Historia rozpoczyna się zwyczajnie, główna bohaterka, Emma, to młoda dziewczyna, która wiedzie zwykłe życie współczesnej singielki. Pewnego dnia w drzwiach jej mieszkania staje Henry, dziecko które dawno temu oddała do adopcji. Chłopak dowiedział się o jej istnieniu i postanowił ją odnaleźć. Niestety kobieta chce odwieźć go z powrotem do jego domu, bo nie ma zamiaru zmieniać zdania, które podjęła dziesięć lat wcześniej. Chłopiec mieszka w Storybrooke, gdzie według jego słów znalazły się wszystkie znane postaci z bajek i baśni. Henry uparcie twierdzi, że tylko Emma ma moc przełamania rzekomej klątwy Złej Królowej i przywrócenia wszystkim szczęśliwego zakończenia. Bohaterowie nie mogą sami pokonać zła, ponieważ nikt z nich nie pamięta, kim był w poprzednim życiu, a czas stanął w miejscu. Emma uważa, że Henry ma jedynie wybujałą wyobraźnię. Postanawia jednak zostać na kilka dni w miasteczku, żeby przekonać się, że jej syn ma dobrą matkę adopcyjną. Chyba próbuje w ten sposób choć odrobinę zagłuszyć wyrzuty sumienia, które mimo wszystko rodzą się w niej. I tu zaczyna się niesamowita akcja, świat rzeczywisty powoli miesza się z fantastycznym, bo z dnia na dzień bohaterka zaczyna dostrzegać dziwne zjawiska…

Powoli wychodzi na jaw, że Henry wcale nie jest marzycielem. Ma rację we wszystkim, co powiedział swojej matce biologicznej. Najgorsze jest to, że Zła Królowa w świecie rzeczywistym jest adopcyjną matką chłopca. Akcja rozwija się bardzo szybko, starcie zła z dobrem dokonuje się na każdym kroku. Niezwykle wciągająca fabuła oparta jest na znanych baśniach, jednak żadna z nich nie jest oczywista i przewidywalna, bo… ich bohaterowie w żaden sposób nie przypominają swoich archetypów. Królewna Śnieżka jest rewelacyjną wojowniczką, Czerwony Kapturek zamienia się w krwiożerczego wilka w czasie pełni, Jaś Fasola to kobieta, a Pinokio jest dorosłym mężczyzną, który chodzi w skórzanej kurtce i jeździ na motorze. Wszystkie baśnie łączy jedna postać – Rumpelstiltskina, za sprawą którego spełniają się marzenia bohaterów. Jednak każde szczęście ma swoją cenę i nigdy nie zapomina o odebraniu swojego długu.

Podejrzewam, że opisując całą fabułę utworu, musiałabym poświęcić mnóstwo czasu. Jest ona do tego tak skomplikowana, że nie sposób przekazać jej tak po prostu, bez uszczerbku na jej walorach.

Chciałam jednak skupić się na czymś, co bardziej mnie zaciekawiło, niż rozwiązanie problemów głównych bohaterów – kwestia zła w utworze.

Śledząc losy tzw. „czarnych charakterów” można dojść do wniosku, że zło nie bierze się znikąd, nie jest wrodzone ani przypisane konkretnemu człowiekowi. Każdy rodzi się dobry, ma w sobie mnóstwo ciepła i pozytywnych pierwiastków. Jednak życie, otaczająca nienawiść, znieczulica i wyrządzane krzywdy budzą w sercu mrok.

Żadne zło nie rodzi się bez przyczyny. Królowa znienawidziła ludzi, bo nie otrzymała prawdziwej miłości od swojej matki. Była jedynie dla niej narzędziem do spełniania jej wygórowanych aspiracji, nigdy nie mogła sprostać jej oczekiwaniom, przez co czuła się (i była) niekochana. Rumpelstiltskin został porzucony przez ojca, tułał się samotnie w poczuciu strachu. Aby nigdy więcej się nie bać, przejął sztylet Mrocznego, przez co sam stał się postrachem innych ludzi. Kora była wciąż poniżana przez bogatszych, wykorzystana przez swoją naiwność, zaczęła mścić się na innych, poprzysięgła, że nigdy nikt nie stanie się od niej lepszy, być może bała się, że znów będzie traktowana z góry. Huck był wiernym żołnierzem, oszukany przez Króla musiał patrzyć na śmierć ukochanego brata, przysiągł dozgonny bunt przeciw okrutnemu władcy. „Negatywnych” bohaterów w filmie jest od liku, każdy ma za sobą jakąś historię, każdego poznaje się „od początku” – czyli od momentu, kiedy w jego sercu nie było zalążka zła. Żaden z nich nie zmienił się bez powodu, wszystkim wyrządzono jakąś krzywdę.

Nie ma zła, które powstaje bez przyczyny. Nikt przecież nie chce być okrutnym człowiekiem, tak po prostu. Myślę, że zło rodzi się ze strachu: przed samotnością, przed odrzuceniem, przed poniżeniem…

Patrząc na losy „czarnych charakterów” można jedynie dojść do wniosku, że każde zło prowadzi niestety do jednego – do samotności…