I nie opuszczę cię?

Dzień dobry! #poniedziałek #love #kawa #szaro #tobędzieciężkidzień

O małżeństwie powstały już tony ksiąg. Możnaby z nich zbudować drogę na księżyc i z powrotem  Nikt jednak nie potrafi sprecyzować, na czym to idealne polega. Bo w zasadzie dla każdego jest ono czymś innym.

W świecie celebrytów widzimy na co dzień bajkowe związki – te przemierzające wspólnie Azję z kulawą angielszczyzną, te przybijające sobie piątkę w programie podstarzałego dziennikarza i te z niesfornymi bliźniakami wciskające góralce w reklamie internet i telewizję cyfrową. Jest ich mnóstwo, niektóre od kilkudziesięciu lat, inne tyle co po ślubie. Usilnie próbują nas przekonać, że to właśnie ich związek jest najpiękniejszy, najwierniejszy, najlepszy i w ogóle naj…

Daleko im jednak do ideału.

Miałam okazję poznać parę, którą śmiało nazwę prawdziwym małżeństwem. Nie w telewizji. W szpitalu.

Oboje bardzo wysocy, szczupli, ona ma kruczoczarne włosy, on lekko siwawy. Codziennie koło szesnastej dostojnym krokiem szli korytarzem szpitalnym, jakby przechadzali się po uliczkach w parku.  Ona niosła jego kurtkę, teczkę z papierami, on trzymał ją pod ramię. Przy drzwiach pokoju zabiegowego on spoczywał na krześle, a ona zdejmowała mu buty, zakładała kapcie i podprowadzała do pielęgniarki. Potem siadała w poczekalni i patrzyła to w ścianę, to w jakąś gazetę, telefon… I tak codziennie przez dwie, czasami trzy godziny.

Kiedy on pojawiał się w drzwiach, podrywała się energicznie, żeby chwycić go za rękę. Pomagała mu usiąść, klękała i zakładała mu buty, sznurowała dokładnie i poprawiała spodnie, żeby ładnie ułożyły się na trzewikach. Potem otulała go szalikiem, ubierała kurtkę, delikatnie podtrzymując bezwładną rękę.

Gdy już był gotowy, szybko narzucała płaszcz i tym samym, spokojnym krokiem oddalali się w głąb korytarza, wesoło rozmawiając. Ona kładła mu głowę na ramieniu a on z wielkim wysiłkiem uśmiechał się do niej. Był prawdopodobnie po wylewie. Z trudem się wysławiał, miał opadniętą twarz i bezwładną rękę. Ale w jej towarzystwie wydawał się być bardzo szczęśliwy.

I wiecie co? Ci ludzie doświadczyli zapewne wielkiej tragedii. Ale bardziej zajebistego małżeństwa nie zobaczycie w żadnej telewizji…

 

 

Reklamy

Kochanie, chomik poszedł szukać żony…

B1 i jej ulubione zajęcie  #relaks #małaartystka #fitograf #zdjęcia #sobota #zakopane

Już nieraz mogłam się przekonać, że historia kołem się toczy. Nie spodziewałam się jednak, że aż tak dosadnie…

Kilka lat temu, dzień przed wyjazdem do Zakopanego zdechł nam chomik. Był całkiem pociesznym zwierzakiem. B1 uwielbiała się z nim bawić. Kiedy ją widział, wychodził na samą górę klatki i czekał, aż go weźmie na ręce. Wtedy biegał zabawnie po ramieniu i niuchał jej policzki. Ponieważ nie chciałam sprawić dziecku przykrości, postanowiliśmy wykorzystać fakt, że nie będzie nas w domu kilka dni, dzięki czemu B1 nie zdąży zauważyć jego zniknięcia. Misję znalezienia sobowtóra naszego chomika poleciliśmy siostrze B. Nie było to takie proste, bo trafiliśmy na bardzo wyjątkowego futrzaka. Biedna szwagierka zjeździła kilka sklepów zoologicznych na Śląsku, zanim znalazła identycznego gryzonia. Na szczęście B1 nie zauważyła różnicy. Co prawda ten sobowtór jakiś nerwowy był i porywczy, ale zgoniliśmy to na tęsknotę za nami podczas wyjazdu…

Po jakimś czasie i ten zdechł, jednak było to w czasie wakacji, kiedy B1 była nad morzem z dziadkami. Gdy wróciła, powiedzieliśmy jej, że chomik dorósł i poszedł szukać żony…

Miała wtedy cztery, może pięć lat.

Teraz ma jedenaście i…

Dzień przed wyjazdem do Zakopanego…

Zdechł chomik.

Cholera, nie mógł sobie lepszego terminu wybrać…

Tym razem wersja z żoną by nie przeszła. Na sobowtóra też szans nie było, bo był spasiony, stary i kulawy. Skąd takie cudo wziąć?

Poszliśmy na całość. Wróciliśmy do domu i… na razie trzymamy się wersji, że chomik jeszcze nie wrócił od cioci, która na czas naszych wyjazdów zajmuje się zwierzętami…

Bo tak naprawdę za cholerę nie mam pojęcia, jak jej to powiedzieć…

Warcz po cichu!?!?

Wyobraź sobie, że na twoim podwórku toczy się wojna między Putinem a Kim Dzonk Unem. Bordowi od gniewu przywódcy marszczą brwi, skaczą sobie do gardła, wyrzucają błędy, wrzeszczą  i grożą. Słyszysz trzaski, ogólne zamieszanie i okrutnie nerwową atmosferę.
Co czujesz?
Nie wiesz, jak zareagować, boisz się ich ruchów, podejrzewasz, że zaraz zacznie się konkretna rozpierducha i twój dom pójdzie z dymem albo w najlepszym wypadku zamieni się w kupę gruzu. Jest ci gorąco, ściska cię w żołądku i chcesz wyrzygać z siebie ten strach. Myślisz o jutrze. Jakie będzie. I czy w ogóle będzie…

Abstrakcja, co?
Nie do końca.
Bo właśnie to czuje twoje dziecko, kiedy kłócisz się ze swoim mężem/ swoją żoną.
Czasami najmniejsza sprzeczka, ta o pierdoły, dla dziecka może być stresorem na miarę egzaminu na prawo jazdy.  Ono nie rozumie, że tak musicie, że gdzieś trzeba wyładować emocje, że po udowadnianiu sobie racji w końcu odpuścicie.

Sprawa jest patowa, bo w małżeństwie kłótnie to norma. Moja babcia zawsze powtarzała, że jeśli przestałaś kłócić się z mężem, znaczy, że albo umarł, albo właśnie pakuje walizki i się rozstajecie.
Przed ślubem planowałam, że każdą kłótnię rozwiążemy na spacerze. Tak żeby dzieci nie słuchały. Kulturalnie wymienimy argumenty, powoli przemierzając ścieżki jakiegoś parku. Obok nas będzie biegał pies, a my będziemy rzeczowo dyskutować…
Planowałam też liczne potomstwo, mieszkanie w Krakowie i to, że będę biegać co wieczór. Jak to z planami bywa, poszły się… (W pobliżu brak parków, zamiast psa mam królika, który z Chiny nie ruszyłby sadła ze swojego sianka, więc o spacerze mogę zapomnieć, a do kulturalnej wymiany argumentów musiałabym zeżreć ze trzy paczki tabletek ziołowych na uspokojenie…)
Nasze kłótnie mają włoski charakter. Warczymy jak dwa lwy na wspólnym terytorium. Albo raczej jak diabły tasmańskie, bo z lwów brakuje nam opanowania…
Wiem, że B2 ma z tego niezły cyrk, bo dla niemowlaka wszystko, co jest odstępstwem od rutyny, staje się atrakcyjne. Za to B1 przeżywa każdą, najdrobniejszą nawet sprzeczkę. Nieraz już zauważyłam, że kiedy robi się gorąco, stara się załagodzić nadchodzącą wojnę. Czasami na samą myśl, że tak to bierze do siebie, chłodzę nerwy i próbuję uspokoić się na tyle, żeby ograniczyć kłótnię do małej acz bolesnej szpili w ego B, zupełnie niewyłapywalnej przez czujne ucho B1.

Niestety, nie za każdym razem mi się to udaje i po wszystkim mam cholerne wyrzuty sumienia. Wiem, jako matka powinnam trzymać nerwy na wodzy. Ale mój piekielnie ognisty temperament  czasami nie daje się ujarzmić… Cóż… Nie jestem idealna…

Poradniki tworzą sryliony teorii na temat kłótni małżeńskiej. Zalecają stosowanie łagodnego tonu (dziwnie brzmiałoby kurwowanie ciepłym głosikiem z uśmiechem na twarzy…), przełożenie kłótni „na potem”, kiedy emocje opadną i włączy się mózg (no ale jak, kiedy ja właśnie w tym momencie muszę z siebie wywrzeszczeć, co czuję), albo rozwiązywanie problemów w poradni rodzinnej (przy trybie pracy B musieliby tam wprowadzić sesje nocne). Każde małżeństwo jest inne i wszelkie teorie nijak się mają do rzeczywistych relacji. Nie da się tłumić w sobie złości, bo jak negatywne emocje się skumulują, całe małżeństwo może runąć jak domek z kart.

Kłótnia to też forma relacji. Dzieci nie mogą wierzyć, że życie wolne jest od konfliktów. Przeciwnie, niech widzą, że one istnieją, że są czymś naturalnym i że – przede wszystkim – można je rozwiązać. Dzięki temu w przyszłości mała sprzeczka z chłopakiem, przyjaciółką, czy kolegą z pracy nie będzie dla nich tragedią na miarę wojny atomowej. Świat przecież nie jest tylko czarny albo wyłącznie biały.

Historia kołem się toczy, choć czasami zmienia tor…

Słońce... #spacer #słońce #słonecznydzień #zachódsłońca #B1 #babylove #babygirl

Dziś powinniśmy leżeć przy basenie na Teneryfie. Choroba Witamin zmusiła nas jednak do przełożenia terminu wylotu. I nie byłoby żadnego problemu, ba, nawet jest szansa na jeszcze lepszy hotel i więcej atrakcji, gdyby nie fakt, że wakacje w Hiszpanii to prezent dla B1. Za co? A no za wszystko – za to, że jest świetną córką, znakomitą uczennicą, najlepszą na świecie siostrą i przede wszystkim cudownym człowiekiem. Uwielbia Hiszpanię, czyta o niej książki, uczy się języka, śpiewa piosenki, bardzo marzyła o tym wyjeździe. Niestety… Pierwsze poważne choróbsko B2 sprawiło, że baliśmy się ryzyka związanego z lotem i zmianą klimatu. Nie jestem w stanie przewidzieć jego reakcji i tego, jak długo krtań potrzebuje jeszcze czasu na dojście do zdrowia.

Decyzja zapadła, B wycofał wniosek o urlop, pozostało powiedzieć B1, że przez brata musimy przesunąć jej wymarzony wyjazd… Drżałam. Uwierzcie mi, drżałam…

I tu szukając powodów cofnijmy się o jakieś dwadzieścia lat do pewnej zimy a dokładnie stycznia, kiedy już były wystawione oceny na pierwszy semestr i zaczynały się dwa tygodnie wolnego od szkoły. Ponieważ moi rodzice mieli urlop tylko w lecie, każde zimowe ferie spędzałam w domu. To był najnudniejszy czas. Dzieci jeździły na nartach, łaziły po górach a ja siedziałam pod blokiem i rozmawiałam z bałwanem z osmolonego spalinami śniegu… Pamiętnej zimy sąsiedzi, z którymi byliśmy (i właściwie do dziś jesteśmy) zżyci jak z rodziną zaplanowali wyjazd na ferie do Międzybrodzia. Ponieważ traktowali mnie jak córkę (nawet jestem imienniczką ich własnej) zaproponowali, że pojadę z nimi. Jaka ja byłam szczęśliwa! Pamiętam, że na tę okazję mama kupiła mi bardzo drogie, brązowe lakierkowane (!!!) trapery i kremowy sweter z dużymi guzikami. Nigdy wcześniej nie byłam nigdzie na feriach i marzyłam o tym wyjeździe jak o niczym. W myślach ułożyłam sobie każdy dzień, pozabierałam mnóstwo rzeczy, wepchałam do torby swój pamiętnik (wtedy jeszcze w wersji papierowej) i czekałam, aż nadejdzie upragniona chwila. W sobotę rano, kiedy już mieliśmy jechać, sąsiadka przyszła z przykrą wiadomością, że niestety musimy zostać w domu, bo ich córka – wtedy cztero albo pięciolatka – rozchorowała się…

Wiecie co, do dziś pamiętam mój żal. Leżałam w pokoju i wyłam w poduszkę. Jak ta mała zołza mogła się pochorować? Nie dość, że codziennie robiła z mojego pokoju krajobraz po burzy, podsłuchiwała moje rozmowy z chłopakami i wszędzie za mną łaziła jak cień, to jeszcze zepsuła dzień, na który tyle czekałam… Było mi tak cholernie przykro, że całe ferie straciły dla mnie sens. Postanowiłam spędzić je w łóżku, bo nic, absolutnie nic nie mogło mnie wtedy podnieść na duchu. Rozumiecie, taki prywatny Weltschmerz nastolatki… Po kilku dniach dopiero zeszło ze mnie ciśnienie i mogłam spojrzeć w oczy małemu przyczynkowi zła. Co prawda kiedy zobaczyłam ten zasmarkany kinol i rozczapiszoną z radości na mój widok szczękę, złość mi minęła, bo pomijając całą jej półtorametrową upierdliwość, kochałam ją jak siostrę (i niestety do dziś to chore uczucie we mnie siedzi). Jednak żal pozostał i długo jeszcze było mi przykro. I tak zamiast szaleć w mięciutkim górskim puchu, przesiedziałam dwa tygodnie z kaszlącą przylepą przy grze Mario i klockach Lego…

Wróćmy do moich Witamin. To niebywałe, jak historia zatacza kręgi. Dopiero ja wyłam w poduchę a już w myślach widziałam B1 zalaną łzami na wiadomość o zmianie planów. Zebrałam się wreszcie i wykrztusiłam to z siebie. I co? B1 popatrzyła na zasmarkanego brata, zmarszczyła brwi i powiedziała: „okej”…

Cholera… Zero złości, ani kropli łzy, sto procent zrozumienia i zwykłe OK… aż mi się głupio zrobiło. Ja lamentowałam i byłam wściekła o kilka dni w górach a ona? Hiszpania może poczekać, brat jest ważniejszy…

Udało nam się to dziecko. Wyprzedzę wasze myśli – nie sprzedam, nie oddam, jest moja. Taki osobisty, miniaturkowy sukces…

Odłóż ten pistolet!

Oglądacie „Belfra”? Świetny serial o życiu polonisty. „Trochę” inny od „Dnia świra”, choć obaj bohaterowie to moi koledzy po fachu. W ostatnim odcinku uczeń zabrał swoją urażoną dumę na wycieczkę po szkole i zrobił sporą rozpierduchę. Zastrzelił kilka osób, pozamykał drzwi, po czym sterroryzował uczniów i nauczycieli. Przed budynkiem stali jego rodzice. Bezradnie patrzyli, jak antyterroryści celują w głowę ich syna…

Pomyślmy, jak mogło do tego dojść. Chłopak z dobrego domu. Miał wszystko – nie tylko materialne dobra ale też uwagę i zainteresowanie najbliższych. Rodzice przekazywali mu najświętsze wartości. Aż ciśnie się na usta pytanie, w którym momencie pojawił się w nim instynkt zabójcy? Nie wiem. Może podczas odpustu parafialnego, albo na jego urodzinach, a może gdy odwiedził go Święty Mikołaj? Sama nie wiem, kto kupił mu pierwszy pistolet. Mama? Tata? Dziadek? Ciocia? Niemożliwe? Od kogoś przecież musiał go dostać.

Nie, nie chodzi mi o taki, na który trzeba mieć pozwolenie. Mam na myśli tę kupę plastiku zręcznie udającą narzędzie zbrodni. Powiecie, że to zabawka. Serio? Dziwne, że jeszcze w sklepach zabawkowych nie sprzedają tekturowych noży, marihuany z gumy, gier planszowych: „Wysadź samolot”, zestawów małego chemika „Mój pierwszy dopalacz” albo symulatorów rozjeżdżania ludzi ciężarówkami… Przecież to tylko zwykłe zabawki.

Pracowałam kiedyś w świetlicy szkolnej. W pierwszym dniu, kiedy zapoznawałam się z otoczeniem, zobaczyłam w szafie z zabawkami całe pudło pistoletów. Były duże, małe, kolorowe, do złudzenia przypominające prawdziwe i te całkiem odjechane kosmicznie. Natychmiast zabrałam wszystkie i wywaliłam to gówno na śmietnik. Nie można się dziwić dzieciom, że aż buzują agresją, skoro na każdym kroku pozwalamy im na pokazywanie negatywnych emocji.

Czego my je uczymy? Zabijania? Strzelania do siebie? Mało psycholi biega po świecie i ślepo strzela do ludzi? Jak mamy dbać o bezpieczeństwo, skoro na byle targu można kupić za parę złotych chiński badziew dla dzieciaka? Nawet nie wiesz, kiedy przekroczy on cienką granicę i ze świata zabaw przejdzie do reala, wparuje do centrum handlowego i rozbryzga krew przypadkowych przechodniów po szklanych witrynach sklepów.

Masz dziecko? Chcesz za parę lat z drżącym sercem czekać, aż zręczniejszy antytyerrorysta przerzedzi mu mózg kulą? Nie? To weź pudło tak jak ja i wypieprz wszystkie pistolety, karabiny, plastikowe granaty i gry, przez które niewinny brzdąc może stać się mordercą!

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia

„Uprowadzenie Agaty” było kiedyś moim ulubionym filmem. Jako nastolatka mogłam oglądać go bez przerwy. Ta nieposkromiona miłość, romantyczna historia z mezaliansem i śmiercią w tle, czego więcej chcieć… Szalony Cygan i piękna Agata, rozwścieczony ojciec, dwa różne światy i oczywiście piosenki Seweryna Krajewskiego to niezawodny zestaw wyciskający łzy i pozwalający wierzyć, że prawdziwe uczucie nie zna granic.

Która nastolatka nie kibicowała tej parze?

Ale wiecie co? Już nie lubię tego filmu… Bo tak naprawdę co to za historia? Gówniara ucieka z bezdomnym facetem, którego zna raptem kilka godzin, nie liczy się z rodzicami, wszystko stawia na jedną kartę, nie przeszkadza jej, że siedział w więzieniu, że jest spłukany, nie ma pracy, wykształcenia ani perspektyw na przyszłość? Po miesiącu życia w nędzy cały romantyzm by w dupę strzelił… Pewnie dlatego reżyser uśmiercił go tak szybko, bo inaczej żadna konkretna przyszłość by ich nie czekała.

Oczywiście punkt widzenia zależy od punktu siedzenia… Bo póki w takich Juliach i Romeach widzimy siebie, jest to w jakiś sposób nęcące.

Ale…

Mało zabawny jednak staje się obraz, gdzie w rolę buntowników, których przyszłość staje pod znakiem zapytania przez głupie decyzje wcielają się nasze dzieci.

Czy jako matka chciałabym takiego Cygana dla B1? No głupie pytanie, oczywiście, że nie! Za żadne skarby! No, nein, não, нет!!! Romantyczne poloty przestały być dla mnie atrakcyjne, odkąd do mojego życia dołączyła córka. I przyznam się, że rozumiem tego ojca Agaty, który był skłonny nawet wojsko postawić w gotowości, żeby uwolnić ją z rąk tego przybłędy.

Niestety, nie jestem już romantyczna! Jestem matką! Jedno z drugim nie pójdzie w parze, nie ma bata. I chociaż zapewne nasłucham się jeszcze, jak bardzo nie rozumiem własnego dziecka, jak to mnie nienawidzi i ma żal do mnie za niszczenie jej życia, wiem, że czasami muszę stanowczo strzelić w te różowe okulary, które razem z hormonami i pierwszymi pryszczami samoistnie wyrastają na nosie nastolatki…

 

Wielkie halo o Halloween

Niezmiennie od kilku lat narasta kulturowa wojna o to, jak powinno się obchodzić ostatni dzień października. Z racji, że to już niedługo, zaatakowały nas plakaty imprez halloweenowych dla dzieci i dorosłych. Przeciwnicy tegoż święta odpowiadają balami i korowodami świętych w najlepszym wypadku, w najgorszym straszą wiecznym potępieniem.

I tak naprawdę nie wiadomo, o co chodzi w całym tym zamieszaniu. Po pierwsze trzeba pamiętać, że halloween nie przyszedł do Polski z Ameryki, tylko wrócił po latach urzędowania w USA do Europy, bo właśnie stąd się wywodzi. Po drugie myślę, że sam fakt zabawy, podczas której ktoś będzie przebrany za trupa, ktoś inny za wiedźmę, a jeszcze ktoś za dynię (takiego zobaczyć bym chciała, chociaż może sobie pojeść) nie oznacza jeszcze wzywania postaci szatańskich, demonów i kultywowania ciemnych mocy.

Jakby nie było podstawą są intencje. Nie możemy przecież oskarżać małych dzieci latających z rogami na głowie i ogonem o satanistyczne zapędy. Przecież wśród kolędników, którzy dawno, dawno temu chodzili po domach z szopką w Boże Narodzenie też był przebieraniec diabła i śmierci. Czy w tym było coś złego? Zarzucicie mi, że intencjami jest piekło wybrukowane. Nie zgodzę się w tym przypadku. Są one szalenie ważne. Dlaczego? Dajmy na to modlitwa – czy zawsze będzie dobra? Nie! Wszystko zależy od INTENCJI. Bo możemy pomodlić się o zdrowie najbliższych, o pieniądze, miłość, dobrą pracę, ale możemy też prosić Boga, żeby ta cholera spod czwórki sobie nogę złamała za to, że podsłuchuje nas przez ścianę.

I co? Wciąż uważacie, że intencje nie mają znaczenia? Dlatego zabawa w przebieranki związane poniekąd z jednym z elementów naszego życia – śmiercią – nie jest niczym złym.

To nie kultywowanie zła, to nie zabijanie narodowej tradycji, to zwyczajnie kolejna okazja do radości. Dziś to święto stało się już tak naprawdę zlepkiem różnych tradycji. Symbole straciły na znaczeniu, obrzędy praktycznie nie istnieją. W zasadzie pozostała tylko nazwa, bo nawet przebrania nie ograniczają się tylko do duchów, zjaw i upiorów, ale uczestnicy zabaw noszą wszystko, co im w duszy gra – od postaci bajkowych, Spidermanów, Batmanów, Śnieżek, Schreków poczynając, na politykach i celebrytach kończąc. Na zadumę przychodzi czas dzień później, kiedy idziemy modlić się do świętych, odwiedzamy groby bliskich i prosimy Boga o wieczne życie dla nich.

W mojej rodzinie nie ma tradycji halloweenowej. Nie drążymy dyni, nie przebieramy się ani nie chodzimy po domach za cukierkami. Jakoś nie po drodze było nam wdrożyć te obchody i nie czujemy takiej potrzeby. Ale w żaden sposób nie przeszkadzają mi dzieciaki biegające od drzwi do drzwi, nie burczę na nich, nie pouczam. Mało tego – jako nauczyciel i opiekun SU na prośbę uczniów organizowałam zabawy halloweenowe, choć szanując polski język, nazwałam je dniem strachu.

Wydaje mi się, że w podejściu do każdej obcej tradycji kłania się kwestia wartości. Nie możemy przecież być zamknięci na inne kultury. Ale przy tym wszystkim musimy cenić i rozumieć znaczenie własnej historii i obyczajowości.

Słoik miodu, szczypta soli i dwa ziarnka gorczycy

Jesień... #niedziela #spacer #sosnowiec #b1 #b2 #mojemiłości #babylove #babyboy #babygirl

Pamiętacie swoją ostatnią chwilę błogostanu? Taką, w której nikt ani nic Was nie martwiło, stresowało,niczym nie zaprzątaliście sobie głowy? Kiedy mogliście skupić się tylko na tym, co tu i teraz?

Leżałam w szpitalu po porodzie, B1 jeszcze była ważona, mierzona i klasyfikowana w kategoriach niemowlęcych. W zasadzie nie pamiętam, co dokładnie czułam, ale było mi dobrze. Mimo tego, że minęło prawie dwanaście lat, ciągle mam w głowie to obce mi już teraz poczucie spokoju. Wiedziałam, że stres porodu już za mną, wszelkie obawy z nim związane odeszły w dal, bólu nie było a dzieciak urodził się zdrowy. Wywaliłam się więc szczęśliwa na łóżku i licząc na to, że już tylko to, co dobre przede mną, czekałam na bobasa.

I to była właśnie ostatnia spokojna chwila. Tak, wtedy skończył się beztroski rozdział mojego życia.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam B1, taką malutką, pokiereszowaną po porodzie, uświadomiłam sobie, że już nigdy nie będę mogła spokojnie zasnąć. Bo od tej pory stałam się za kogoś odpowiedzialna…

Do dziś pamiętam to uczucie – dziwny, nieznany nigdy wcześniej strach i niemożebne przerażenie. W jednym momencie euforia związana z narodzinami dziecka zamieniła się w potężny stos obaw i poczucia bezradności. W mojej głowie zaczęły się przewijać obrazy potencjalnych zagrożeń, jakie czyhają na dziecko. I zrozumiałam, że to życie, które przed momentem się rozpoczęło, jest w pełni uzależnione ode mnie i jego los właśnie ja ściskam mocno w rękach.

Od tamtego dnia wiele się nie zmieniło. Codziennie z niepokojem obserwuję życie jednego i drugiego dzieciaka. A zmartwień jedynie przybywa. Wiem, na tym polega macierzyństwo. Być może histeryzuję, może jestem zbytnio przewrażliwiona, ale całą słodycz życia z dziećmi przyćmiewają obawy, które pewnie w każdej matce mnożą się z minuty na minutę. I nie jest to łatwe doświadczenie. Ale chyba taka właśnie jest rola matki. Kto, jeśli nie ona poradzi sobie lepiej z tym wszystkim? Nie tak prosto przełknąć słodycz doprawioną goryczą i słonymi łzami…

Nie jestem Anią Lewandowską

Love love love love  #babyboy #babylove #love #instamama #macierzyński #oszalałamnajegopunkcie #jesień #niedziela #ipoweekendzie

Bycie sławnym ma swoje plusy i minusy. Ktoś, kto osiągnął w życiu sukces, ma zapewne tylu zwolenników co i wrogów. Do takich osób należy zapewne rodzina Lewandowskich. Sukces, sława, pieniądze, uroda – praktycznie można im zazdrościć wszystkiego. Czasami przeglądam ich profile i czytam komentarze obserwujących ludzi. Mają w sobie tyle zawiści, że wyrzygują na nich swoje niespełnione aspiracje. Zarzucają im praktycznie wszystko, co złe. Każdy krok spotyka się z krytyką. Ania nosi córkę w nosidełku? Źle. Nie ma brzucha po ciąży? Tragedia! Udziela wywiadów, gdy dziecko jest obok? Niewybaczalne! Robert obronił licencjat? Po co? Poszedł na spacer z Klarą? No jak mógł się tak lansować? I tak można mnożyć te absurdy. Takie już mamy społeczeństwo. Jeszcze się taki nie urodził, co by Polakowi dogodził…

Każdy medal ma jednak dwie strony. Niewielu zauważa, że za kulisami tego idealnego świata Lewandowskich kryje się ciężka, znojna i wymagająca niemożebnych poświęceń praca.
Ania jest propagatorką zdrowego stylu życia. Uwielbia sport i próbuje zaszczepić w kobietach swoją pasję. To świetnie, że może łączyć przyjemne z pożytecznym. Na pozór wydaje się to wszystko takie sielskie. Ale…
Kiedy ja rano otwieram oczy, ona jest już po porannym treningu. Lubimy z B2 poleżeć i się poprzytulać z rana, to wyjątkowe i bezcenne chwile. Ona w tym czasie prowadzi zajęcia, udziela wywiadów, ćwiczy, przyrządza jedzenie, itd. Jej córka wtedy jest gdzieś z boku, musi pocieszyć się krótkimi chwilami z matką. A z pewnością dla Ani łatwe to nie jest. Przy B1 musiałam wiele czasu poświęcić pracy i pamiętam, jak to bolało. Chociaż pracowałam z radością, nieraz było mi przykro, że muszę zostawić maleństwo, zamiast wspólnie spędzić dzień. Matki spacerowały z dziećmi po parku, cieszyły się z pięknej pogody, szalały z pociechami, były świadkami przełomowych momentów w ich rozwoju, a ja nie widziałam pierwszego kroku B1, nie słyszałam pierwszych wypowiadanych słów. Wiecznie byłam w pracy…

Ludzie zazdroszczą Lewandowskim kariery. Sukces sam do nich nie przyszedł. Doszli do niego wieloma wyrzeczeniami i ciężką pracą. Robert ma talent ale to za mało. Trzeba umieć go rozwinąć. Zapewne to, że dziś jest tak znakomitym piłkarzem kosztowało go wiele poświęceń. Treningi, mecze, odpowiednia dieta, brak czasu na rozrywkę. Widzę, jak wiele dają z siebie mali piłkarze z drużyny B. Muszą godzić sport z nauką, skrupulatnie planować każdy dzień, żeby nie zaniedbać żadnych obowiązków.  Kiedy inni chłopcy bawili się w najlepsze, Robert zapewne ciężko trenował.

Ania jest piękną kobietą ale i to sami nie przychodzi. Kiedy w ciąży z psiapsiółą opychałyśmy się serniczkami, ona tworzyła menu przyszłej mamy, które z pewnością nie było rozkoszą dla podniebienia. My leżałyśmy z popcornem przy serialu, ona ćwiczyła i trzymała się restrykcyjnej diety. Musiała mieć w sobie mnóstwo siły i samozaparcia, żeby nie ulec pokusom, co w ciąży wydaje się być niemożliwe, a jednak!

Uważam, że Lewandowscy nie zasługują na falę krytyki. To ludzie, którzy naprawdę sami, dzięki własnej sile doszli do sukcesu i mają prawo się z niego cieszyć. Wszystkie te komentarze i uwagi dotyczące ich życia są efektem chorej zawiści. Ludziom wydaje się, że tak łatwo do czegoś dojść. Najłatwiej komentuje się czyjeś życie. W ten sposób można chociaż na chwilę ukryć to własne, beznadziejne i puste.

Co prawda miarą czyjegoś sukcesu jest liczba jego wrogów. Szkoda jednak, że nie potrafimy uznać czyjejś pracy, docenić jej i wyrazić słów uznania. Wiem, trudno im przebić się przez gardło pełne jadu….

Paradoksalnie, wielu ludzi ich krytykuje a jednocześnie chce choć odrobinę się do nich upodobnić. Nie rozumiem, dlaczego, skoro tak bardzo nie podoba im się to, co robią i jak się zachowują…

Nie jestem Anią Lewandowską. I w zasadzie nigdy nie chciałabym nią być, chociaż bardzo doceniam jej pracę. Dlaczego? Bo jestem Zmorą. Stuprocentową Zmorą. Mam swoje życie, własne cele, ideały i marzenia. Cieszę się mojego planu na siebie, nie chcę się do nikogo upodabniać, podoba mi się to, jak żyję, co mam i ile osiągnęłam. Lubię swój styl, nie kopiuję nikogo tylko po to, żeby poczuć się lepiej. Po co udawać kogoś, kim nie jestem, skoro mogę świetnie czuć się w swoim świecie?

Twoje dziecko – nie twój człowiek

#kochammorze #Bałtyk #zachodslonca

Moment, w którym na świat przychodzi nowe życie, jest niesamowitym doświadczeniem. Być może to, co napiszę, wyda się banalne i oczywiste, ale kiedy rodzi się tygrys, jest on dla wszystkich tygrysem. Słowik w oczach reszty ptaków po wykluciu się z jaja jest słowikiem. Kot kotem, jaszczurka jaszczurką, wieloryb wielorybem, nawet komar – ku naszej udręce – jest małym, upierdliwym, bzyczącym komarem…

Niestety, nie stało się to regułą w przyrodzie, bo jest taki jeden gatunek, który na siłę próbuje wszystko sobie podporządkować. I gdy rodzi się człowiek, oczy rodziny natychmiast widzą w nim lekarza, prawnika, piłkarza, następcę rodzinnego biznesu, piosenkarkę, modelkę, siatkarkę, itd… (Każdy mógłby tu dopisać swoje typy). Jeszcze dzieciak dobrze świata nie zobaczył, bo oczy mazią płodową miał pozalepiane, a już miał biedak całą przyszłość dokładnie zaplanowaną – najpierw szkoła, korepetycje, trzy języki, potem najlepsza uczelnia w kraju i praca – a to w kancelarii wujka, albo w klinice pod Warszawą, albo też w firmie ojca, matki, ciotki, babci…

Kiedy byłam mała, moja mama chciała, żebym została w przyszłości lekarzem. Pamiętam, że kupiła mi nawet zestaw medyczny do zabawy… A ja? Biegałam po podwórku z wielkim zeszytem pod pachą i rozsadzałam kolegów w ławkach ze starych drzew, potem z zadartym nosem chodziłam między nimi udając profesorkę. Do dziś krążę między ławkami, tylko nos zadarty się nie uchował.

Chcąc nie chcąc z medycznych planów nic nie wyszło. Nie latam w białym fartuchu, nie pracuję w prywatniej klinice, nie zarabiam fortuny i nie mam przed nazwiskiem kupy tytułów. Ale za to czuję się świetnie w swoim zawodzie i – uwierzcie mi – ani razu, odkąd pracuję, nie dąsałam się, że muszę iść do szkoły…

Rodzice i dziadkowie przekrzykują się w snuciu planów dla swoich potomków. „Ona będzie lekarzem, bo taka mądrość bije z jej oczu”, „on zostanie prawnikiem, przecież ma same szóstki”, „on będzie wykładał na uczelni i zrobi doktorat”, „ona stanie się sławną tancerką”… Świetnie, że tak kreatywnie potrafią oni podejść do pisania życiorysów, tylko dlaczego cudzych?

Każdy rodzic ma wizję przyszłości swoich dzieci. Oczywiście, ja też mam. Chcecie ją poznać? Moje dzieci będą… szczęśliwe. Pójdą za swoimi marzeniami. Zrobią to, w czym poczują się najlepiej. Może będą chciały się uczyć, może rozwinąć skrzydła w jakimś sporcie, a może pójść do pracy jak najszybciej i tam próbować drogi awansu, albo zwyczajnie żyć bez presji tytułu i pieniądza. Może zamiast szukać pustego podziwu u innych, osiądą gdzieś w spokojnej okolicy i będą skromnie cieszyć się każdym dniem, a może rozkręcą korpożycie w korpospołeczeństwie bez wytchnienia i praw człowieka.

Bez względu na to, co wybiorą, będzie to ICH decyzja. Bo ja na swoje wybory miałam już czas. Mogłam popełniać błędy i uczyć się na nich, mogłam odnosić sukcesy i budować poczucie własnej wartości, ale miałam też okazję wyciągnąć wnioski z porażek. Teraz dzięki temu mam możliwość przeżywania swojego życia i spełniać swoje marzenia. Nadal robię to, co lubię, w czym czuję się najlepiej. I dzięki temu jestem szczęśliwa.

Nawet nie wiecie, jak wpieprza mnie układanie przyszłości dziecku. Myślicie, że taki człowiek długo jest w stanie spełniać oczekiwania rodziców? Kiedy zauważy, że jego życie jest puste i bezsensowne!

Tylu rodziców okrada własne dzieci z marzeń… Po co? Dla własnych, chorych aspiracji? Dla pokazania się w kregu znajomych? Dla bycia lepszymi od sąsiadki, koleżanki z pracy, siostry, szefowej, kuzynki? No kuźwa po co? Bo ja za cholerę tego nie rozumiem.  Przecież każdy ma prawo przeżyć swoje życie tak jak chce…