Broń Boże! Tylko nie ciąża!

Sprawa, którą chcę poruszyć, jest bardzo istotna. Tyle się trąbi o prawach kobiet ciężarnych i powinnościach pracodawców wobec nich. Niestety, w wielu miejscach się ich nie przestrzega. Statystyki są wręcz szokujące. Polska zajmuje jedno z pierwszych miejsc w Europie pod względem nierespektowania praw kobiet w ciąży. Za to jeśli chodzi o jakość systemu wsparcia ciężarnych i matek, jesteśmy na szarym końcu.  Nic więc dziwnego, że wiele osób zwyczajnie nie decyduje się na planowanie rodziny ze względu na sytuację ekonomiczną.

Przyznam, że miejsce, w którym jestem zatrudniona, można zaliczyć do tych wzorcowych pod kątem zarządzania i stosunku do pracownika. Kiedyś na rozmowie, podczas której moja pani dyrektor zaproponowała mi umowę na czas nieokreślony, powiedziałam, że zapewne jeszcze będę starała się o dziecko. Dyrekcja wtedy z wielką aprobatą uspokoiła mnie, że to nie ma żadnego wpływu na zatrudnienie, i że wręcz się cieszy, bo dzieci to skarb. Nie bałam się więc iść do gabinetu powiedzieć o ciąży. Pamiętam, że na tę wiadomość dyrekcja mało co nie podskoczyła, uściskała mnie i wyraziła wielką radość. Od razu ją zapewniałam, że będę pracowała tak długo, aż mi na to ciąża pozwoli, na co usłyszałam odpowiedź, że najważniejsze jest moje zdrowie i spokój, pracą mam się nie przejmować zupełnie. I tak w pełnym przekonaniu  poszłam na zwolnienie lekarskie pod koniec trzeciego miesiąca ciąży i siedzę sobie do tej pory. W tym czasie dyrekcja kontaktowała się ze mną, zapytać o moje zdrowie i o dziecko.

Niestety, takich szefów na świecie jest niewielu. Przykładem jest właścicielka drugiej firmy, w której pracowałam, o czym pisałam już kiedyś. Dla przypomnienia – usłyszała o ciąży, z wymuszonym uśmiechem pogratulowała, a kilka dni później dostałam do domu list polecony z wypowiedzeniem umowy.

Przypadki są różne. Wiele już się nasłuchałam od koleżanek i przyznam, że to wręcz niewiarygodne, jak bardzo można łamać prawa pracownika.

A. zaszła w drugą ciążę po prawie roku starania, wreszcie się udało. Wykonuje pracę dość ciężką, musi dużo dźwigać, być bardzo aktywną fizycznie, stoi na nogach od rana. O ciąży bała się powiedzieć swojemu pracodawcy praktycznie do czwartego miesiąca. Ukrywała swój stan, nie zwalniała tempa pracy. Wiedziała, że jeśli powie, ten zrobi wszystko, żeby ją zwolnić. Już widziała niejednokrotnie, jak jej szef traktuje pracownice w ciąży. Uważa je za zło konieczne, ściąga do pracy nawet wtedy, kiedy są na zwolnieniu lekarskim, doprowadza do płaczu, sieje terror i poniewiera nimi. To okrutne, ale facet, który nie ma własnej rodziny, nie potrafi zrozumieć, po co kobietom takie „obciążenie”. Przecież więcej osiągną bez brzucha i płaczącego bachora.

J. to aktywna zawodowo dziewczyna, doceniana w pracy za osiągnięcia. Zajść w ciążę udało jej się dopiero po kilku latach starania. Nieudane próby już doprowadzały ją do frustracji, jednak wszystko się zmieniło, gdy wreszcie usłyszała, że zostanie mamą. W pracy zazwyczaj byli przyzwyczajeni do jej bezdzietnego stanu. Była na każde zawołanie, nie odmawiała dodatkowych zajęć, „bo ona nie ma obowiązków domowych”. Kiedy jednak pod koniec ciąży odmówiła dodatkowej pracy, bo jej organizm już na to sobie nie mógł pozwolić, usłyszała, że „albo się pracuje, albo zachodzi w ciążę” . Nie powiedziała nic. Za bardzo cieszyła się z tego, że wreszcie będzie mogła cieszyć się macierzyństwem. Bez słowa poszła do lekarza po zwolnienie i do końca ciąży została w domu. Po macierzyńskim okazało się, że jej stanowisko już jest zajęte i jedyne, co mogła zrobić, to pożegnać się z miejscem, w które włożyła tyle serca.

G. urodziła drugie dziecko. Zarówno przy pierwszej jak i przy drugiej ciąży pracowała, póki tylko mogła. Obecnie jest na macierzyńskim, ale wie, że kiedy wróci do pracy, szybko straci swoje stanowisko, bo już inni pracownicy usłyszeli o tym od szefa, który stwierdził, że „już jej nie potrzebuje” w swoim zakładzie. Bycie matką dwójki dzieci nie jest – jak się okazuje – mile widziane.

B. po porodzie odebrała telefon od swojej szefowej i usłyszała, że jeżeli weźmie rok macierzyńskiego, może nie wracać do pracy. Po pół roku ma stawić się zwarta i gotowa, inaczej jej miejsce zajmie „ktoś bardziej kompetentny”. Nie pomogły tłumaczenia, że nie ma jej kto dziecka pilnować. Przecież są żłobki. I tak młoda matka – w obawie przed utratą pracy – oddała maleństwo do żłobka. Cały dzień w pracy towarzyszy jej smutny wzrok dziecka, które nie rozumie, że szefowa jego matki jest bezduszną suką.

K. wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim tylko dla formalności. Dobrze wiedziała, że to kwestia czasu, gdy dostanie wypowiedzenie. Pamięta przecież, z jaką pogardą koordynator przyjmował jej zwolnienie lekarskie. I nie myliła się. Po kilku tygodniach otrzymała wypowiedzenie – rzekomo z powodu redukcji etatów. Jak się później dowiedziała, jej stanowisko zajął żółtodziób, bez doświadczenia i charakteru, ale za to gej. Ciąża mu nie grozi, więc na starcie jest świetnym pracownikiem.

Mogłabym tak opowiadać bez końca. Co chwilę słyszę o dziwnych przypadkach niezrównoważonych społecznie pracodawców. Myślę, że w Polsce prawa ciężarnych i matek to tylko fikcja. Jak z każdym zapisem prawnym, wprawne oko znajdzie coś, co będzie można obejść i dzięki temu pozbyć się balastu. Mało kto zwraca uwagę na fakt, że za wypowiedzeniem umowy o pracę stoi kobieta – matka, osoba potrzebująca zatrudnienia nie tylko ze względów ekonomicznych, ale i dla własnego rozwoju i poczucia wartości.

Jerzy Liebert pisząc „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”, z pewnością nie miał na myśli kobiet w ciąży. Nie powinno się stawiać ich w sytuacji, w której muszą się zastanowić, czy powiększać rodzinę, czy zdobywać uznanie w pracy. Jakby nie było, każdy, najgorszy nawet szef, jest tu dzięki jakiejś kobiecie, która być może musiała poświęcić swoje aspiracje, plany i marzenia po to, żeby ten po latach mógł piąć się po szczeblach kariery i decydować o losie innych kobiet.

zmora praca

Znalazłam w sieci ciekawy informator. Zachęcam do lektury tutaj.

Reklamy