Słodkości!

Gdy Grzegorz Skawiński śpiewał „słodkiego, miłego życia”, nie zdawał sobie sprawy z tego, że nie każdy jest szczęśliwy na myśl o tej słodkości… A już z pewnością nie kobiety w ciąży ze skaczącym jak Gumisie cukrem…

Myślałam, że mnie to ominie, ale jednak – cukrzyca ciążowa mnie dopadła i trzyma w sidłach. Wizja restrykcyjnej diety bez mojego ukochanego ptasiego mleczka i bajaderek aż do końca ciąży sprawia, że jeszcze bardziej chcę już urodzić. Do tego życie od badania do badania poziomu cukru i ten cholerny glukometr, który wiąże się z kłuciem co chwilę innego palca… Zajebiście…

Szczęście w nieszczęściu – nie jestem sama. Moja bliska koleżanka, taka psiapsółka spod trzepaka blokowego, z którą od ponad dwudziestu lat przeżywam lepsze i gorsze chwile, też spodziewa się dziecka i ją również dopadła ta słodka cholera. Kiedyś wywalone na kanapie wpatrywałyśmy się w plakaty gwiazd z Bravo Girl i robiłyśmy dziwne psychotesty, teraz razem analizujemy krzywe cukrowe, normy i zalecenia dietetyka.

Nawet na ciacho nie możemy wyskoczyć, pozostaje nam herbata z ksylitolem. No, ewentualnie możemy poszaleć i zjeść połówkę jabłka…

I pomyśleć, że dopiero narzekałam na brak możliwości wprowadzania diety. Łaskawy los pozwolił mi znowu na liczenie kalorii, węglowodanów i gramowanie każdego plasterka szynki.

Boże, moja cierpliwość się powoli kończy…

Tola i BLOG 27

Reklamy

Sprawa wagi ciężkiej

Kiedy dziesięć lat temu chodziłam w pierwszej ciąży, przeżyłam największe męki, jakie można sobie wyobrazić Prawie trzydzieści kilo do przodu dało mi się we znaki. Już w trzecim miesiącu miałam piętnaście kilogramów do przodu, co odbiło się nie tylko na moim samopoczuciu, ale też na kręgosłupie, nogach, które zaraz przypominały dwie piłki do tenisa i ogólnej sprawności. Chodziłam jak pingwin, przelewając się z boku na bok.

Tym razem przy piątym miesiącu mam cztery kilo „dodatku”. Owszem, nie jest wiele lepiej, bo kręgosłup i tym razem przypomniał o sobie i czasami nie potrafię podnieść się z pozycji leżącej, mdłości z pierwszej ciąży były niczym w porównaniu z wymiotami, których do tej pory nie mogę ujarzmić, a moje piersi wyglądają tak, jakby zaraz miały wystrzelić, bolą cholernie i przeszkadzają mi w normalnym leżeniu, jednak czuję się znacznie lepiej. Nawet smaków zbyt wielkich nie mam, bo jedyne, co mogłabym pochłaniać w nieskończoność, to wiśnie. Nie rzucam się na słodycze ani na fast  foody, nie jem za dwóch, jak to było kiedyś popularne. Żyję normalnie, no może poza małymi odstępstwami. Musiałam jedynie zrezygnować z czerwonej herbaty, sera pleśniowego, no i mojego ulubionego wina…

Tak czy inaczej wiem, że dodatkowe kilogramy muszą przyjść, bo to nieuniknione. I – co dziwne – zupełnie mi to nie przeszkadza!

 

13707627_1053657518059299_1516165041834482295_n

Miodzik

Pozostając przy słodkościach pokażę Wam szybki i bardzo łatwy sposób na pyszne i zdrowe babeczki. Składniki wystarczają na sześć sztuk, tyle też zazwyczaj jest na formie. Używam kauczukowych tac, których nie muszę smarować żadnym tłuszczem, babeczki się nie przypalają i wyglądają bardzo ładnie.

Składniki:

– 4 jajka

– 4 łyżki otrąb pszennych

– 8 łyżek otrąb owsianych

– 4 łyżki twarogu 0%

– 4 łyżki miodu wielokwiatowego

– orzechy nerkowca

 

Oddzielam żółtka od białek. Mieszam żółtka z otrębami, twarogiem i miodem. Odstawiam na 20 minut. W tym czasie z białek ubijam pianę i delikatnie mieszam z resztą masy. Wypełniam formę na babeczki i piekę w piekarniku nagrzanym do 180 stopni przez pół godziny.

Do ozdobienia gotowych babeczek można użyć zmielonych orzechów nerkowca, wymieszanych z miodem, lub wyłożyć połówkami orzechów i polać miodem.

 

Bez ozdoby, czy z nią, babeczki smakują wspaniale. Istny miodzik!

 

 

 

image

image

 

Smacznego!!!

Małe grzeszki.

Zaczynam zauważać efekty. Poprawiła mi się cera, lekko znikł brzuszek i skóra stała się przyjemniejsza w dotyku. O energii i nastroju nawet nie wspomnę. Do tego ubrania powoli stają się luźne. Na wadze szału nie ma. Ale wreszcie ruszyły pozytywne zmiany.
Co prawda nie byłabym sobą, gdybym czegoś nie spieprzyła. Przez wczorajszy nadmiar stresu uraczyłam się naleśnikiem z bitą śmietaną i ciastkami zbożowymi z czekoladą. Do tego jeszcze poprawiłem sobie nastrój winem. No cóż, musiałam…
A że ciasteczka wczoraj się nie skończyły, dziś je musiałam dojeść. Żeby się nie zmarnowały…
Dobrze, że za dwa dni mam wizytę u dietetyka.
Muszę przygotować się na porządny opieprz…

Szósty dzień

Cztery dni na warzywach przeżyłam z lekką potyczką. Ostatniego dnia rano zasłabłam. Pewnie od małej liczby kalorii. Ale już jest dobrze. Drugi dzień na diecie 1200 kalorii mija spokojnie. Jedzenie smakowo mi odpowiada, porcje są duże, da się żyć.
Zaopatrzyłam się w wagę liczącą kalorie. Rewelacja!
Co do postępów – zleciało mi 1,7 kilograma. To już coś.
Samopoczucie za to coraz lepsze…
Oby do przodu.

Drugi dzień…

Wczoraj ostatnią porcję zmiksowałam i nie był to dobry pomysł. Po całym dniu nie mogłam patrzeć na warzywa. A do tego papka przypominająca jedzenie dla niemowlaka wywoływała u mnie odruchy wymiotne. Dziś dzień sałatki jarzynowej – pięć porcji. Prawie super. Prawie, bo zamiast ziemniaków – seler, zamiast majonezu – odtłuszczony jogurt grecki, no i oczywiście zero soli. Nadal tonę w wodzie – regularnie, co godzinę pochłaniam szklankę. Z tej racji dzisiejsza wizyta na cmentarzu była wręcz sprintem.
Ale czuję się trochę lepiej. Wiem, że nie wyglądam jeszcze jak modelka, jednak przynajmniej z pół kilo mi zleciało. Mam więcej energii i czuję, że schodzi mi opuchlizna.
Jutro ciężki dzień. Zupa jarzynowa w pięciu porcjach. Wiem, że początki są najgorsze. Jeśli przejdę te cztery dni oczyszczania, potem pójdzie jak z górki.

Pierwszy dzień

image

Zaczynam życie zgodnie z zasadami przekazanymi przez dietetyka.
No cóż, początek, a już zbyt łatwo nie jest.
Na czczo wypiłam szklankę wody z łyżką octu jabłkowego. Potem śniadanie – jak na zdjęciu – marchew, seler, pietruszka i brokuły. Co godzinę piję powoli szklankę wody.
Samopoczucie? Ogólnie dobrze. Organizm pewnie jeszcze nie zauważył zamachu terrorystycznego, ale po identycznej porcji obiadu i kolacji pewnie zacznie się bunt. Za to mój pęcherz chyba się skurczył, bo co chwilę latam do toalety i cały czas czuję, jakby był pełny.
Co do pełni – oprócz pełnego pęcherza, sylwetki i twarzy jestem pełna optymizmu.
Trzymajcie kciuki!!!

Profeska

Nie ma szans. Sama najwyżej doprowadzę się do jeszcze gorszego stanu. Od tygodnia nie zmieniło się nic – kanapa, ptasie mleczko i wieczne zmęczenie.
Poszłam do profesjonalisty. Odwiedziłam dietetyka. Nie jakieś przereklamowane studia odchudzania żarciem dla chomików, tylko prawdziwy gabinet dietetyka. Pani mnie zważyła, zmierzyła, zbadała skład ciała, zrobiła ze mną wywiad. Dziś odbieram dietę.

5 powodów

To faktycznie działa. Dziś szukałam na każdym kroku powodów do uśmiechu.
I tak pięć momentów szczęścia środowego:
1. Usłyszałam miły komplement.
2. Odbyłam rozmowę telefoniczną z przyjaciółką.
3. Dowiedziałam się, że wyjeżdżam w delegację w ciepłe kraje.
4. Koleżanka pochwaliła moją sukienkę.
5. Przeszedł obok mnie olbrzymi pies i mnie nie zaatakował.