Poskromienie Zmory

Wczoraj kręgosłup zagrał mi na nerwach, nie mogłam ruszyć się z miejsca, ból nóg, opuchlizna i drętwienie rąk dodatkowo nabuzowały mnie jak cholera i jeszcze B2 jakiś taki ruchliwy był, zrobił sobie z mojej przepony trampolinę. Do tego samotność w domu mnie przygnębiła.

Wszyscy wychodzą do swoich codziennych zajęć a ja zostaję tu sama. Moim jedynym rozmówcą jest królik, który, kiedy dostanie siano i świeży zapas karmy, ma mnie – delikatnie mówiąc – w swojej małej, puchatej dupie. Cały dzień gadam sama ze sobą, dopiero trochę życia wpada do domu, kiedy wraca B1 i zdaje relację z tego, co działo się w szkole. Ale szybko znika w swoim pokoju, żeby przygotować się na kolejny dzień szkoły i poplotkować z koleżankami przez skype’a.

B (czytaj – mąż, facet spokojny, opanowany, od jedenastu lat zmagający się z moimi humorami) wrócił do domu wieczorem i zamiast zamienić ze mną jakieś parę zdań, wlepił się w swojego smartfona. Oj, dolało to oliwy do ognia. Wyburczałam na niego coś i poturlałam się do sypialni, żeby chociaż w serialu jakieś głosy usłyszeć.

No nic, foch pospolity, kobieca przypadłość. Ale złośliwość losu musiała mnie sprowadzić do pokory. W nocy – jak zwykle od kilku tygodni – chwycił mnie przeraźliwy ból rąk. Zdrętwiały mi ramiona, palce zaczęły mrowieć, czułam się tak, jakby mi je ktoś wyrywał. Wybudziło mnie to i próbowałam w jakikolwiek dogodny sposób dotrwać do rana. Może i zawyłam kilka razy z bólu, co obudziło B. A ten, zamiast iść dalej spać, bo rano nie dość, że wyprawia B1 do szkoły, to jeszcze sam wychodzi do pracy, zaczął mi te ręce masować. No kur… wymiękłam. Ja to psy na nim wieszam cały wieczór i sapię rozwścieczona, a on, zwyczajnie, jakby nigdy nic, próbuje mi załagodzić cierpienie…

Fuck, prawdziwa ze mnie wiedźma…

14470540_673583716141695_557638462087592846_n

Reklamy