U(stad)kowani

Człowiek jest zwierzęciem stadnym. I na jego nieszczęście, do potrzeby życia w stadzie dochodzi fakt posiadania rozumu i – o zgrozo – wolnej woli.

Nie ma nic gorszego, niż próba pogodzenia zaspokojenia własnych pragnień, samorealizacji i spełnienia oczekiwań najbliższych. Nie ma bata! Święty Boże nie pomoże…

Cokolwiek byśmy nie zrobili, zawsze ktoś w tym interesie będzie niezadowolony. Muszą być ofiary. Albo w postaci braku czasu dla siebie, albo niezadowolonych dzieci, obrażonych przyjaciół, lub urażonej dumy partnera. No zawsze coś. Nie złapiesz dwóch srok za ogon. I tak pozorne ustatkowanie (to podręcznikowe – z pracą, mężem, dziećmi, własnym samochodem, wypadem na fitness dwa razy w tygodniu, spotkaniem na kawę i przyjaciolki i wizytą u starszych rodziców co piątek) zazwyczaj doprowadza do furii…

Dlaczego życie nie może być proste?

A propos pandemii

Już dawno planowałam ten wpis, jednak nie mogłam się zebrać w sobie. Myślę, że nieprędko zbliżymy się do końca tej cholernej pandemii, dlatego też nie będę czekać, żeby to z siebie wyrzucić.
Zapewne ostatnie miesiące pozostaną w naszej pamięci na całe życie. Tyle strachu, niepewności, tyle nieprzespanych nocy i niepokoju o każdą chwilę, o życie…
Nasz świat nagle zmienił bieg, wszystko stało się inne, obce, niepewne i mocno nietrwałe… Życie zaczęło mieć zupełnie nowy wymiar. Ulice opustoszały, wystawy sklepowe schowały się za metalowymi roletami, z nieba poznikały białe nitki samolotów, przyroda mogła w spokoju budzić się z zimowego snu, bez wszędobylskich spacerowiczów, rowerów, deskorolek, bez kopcących samochodów, bez dymu z ogniska i porozrzucanych flaszek po lesie. Ciszę od czasu do czasu przerywały mrożące krew w żyłach słowa z megafonu: „Uwaga! Zagrożenie! Zostań w domu!” Staliśmy się inni. Rzeczy ważne przestały mieć znaczenie, narodziły się nowe obawy, przewartościowała się codzienność. Okazało się, że można żyć bez weekendowych shoppingów, hybrydowych paznokci, z odrostami na głowie, bez zagranicznych wypadów i piątkowych wieczorów w kinie albo pubie.

Czy wyciągniemy z tego wnioski? Nie wiem. Ale jestem pewna, że już nigdy nie będzie tak, jak kiedyś…
Chciałam Wam powiedzieć, co ja zapamiętam z tego czasu.

Pandemia zastała nas w szpitalu i chyba te doświadczenia wpłynęły na to, jak mocno odbiło się wszystko na naszym życiu i codzienności. Mam nadzieję, że te traumatyczne przeżycia kiedyś odejdą. Ale coś z pewnością zostanie…


Zostanie niewysłowiona wdzięczność dla lekarzy, którzy zmienili moje myślenie na temat miejskiego szpitala. Ich dociekliwość, wspaniałe podejście do dzieci i umiejętność rozmowy z rodzicem. Ich bezwzględność w kontakcie z instytucjami i stawianie dobra dziecka ponad wszelkie procedury, limity i ograniczenia. I szybkość działania…

Zostanie olbrzymi podziw dla pielęgniarek, ich nocne czuwanie, troska i coś, czego chyba nie potrafię zrozumieć – traktowanie obcych osób jak swoich najbliższych…


Zostanie historia połączeń w telefonie – pytania, czy czegoś nie potrzeba, co można dla nas zrobić, jak się czujemy i jak można nam pomóc.

Zostanie wiele gestów – pomoc w wypełnieniu obowiązków zawodowych, przejęcie zadań przez najbliższą koleżankę z pracy.

Zostanie świadomość, że nie byliśmy tam sami. Że zaprzyjaźniony ksiądz popędził z innymi mieszkańcami plebani do kościoła modlić się o zdrowie małego wojownika w czasie, kiedy czekaliśmy półprzytomni na wynik testów, że byliśmy bohaterami intencji wielu bliskich znajomych i ludzi, którzy nigdy nas nie spotkali.

Zostanie pamięć o codziennym czuwaniu najbliższych.
I niezapomniane gesty – wielka paka z maseczkami, rękawiczkami, lekarstwami i płynami dezynfekującymi, głos w słuchawce: „jeśli nie będziesz mogła w nocy spać, dzwoń, nie będziemy spały razem…”, upominki pozostawiane na wycieraczce, filmiki nagrywane w drodze z dyżuru i tysiące słów otuchy.

Ale zostanie też pokora…

Świadomość, że pomimo dynamicznego rozwoju, niebywałych osiągnięć i wynalazków jesteśmy tylko ludźmi. A nasz los jest w rękach Boga i nie zależy od tego, ile wiemy, co potrafimy i jak wiele książek przeczytaliśmy… 

Jednak przede wszystkim zostanie to poczucie, że w czasie największej próby, okrutnego strzału w pysk od losu, nie zostałam sama.

Kurczę, jakie to niesamowite…


Zobaczcie, jaki paradoks. Odizolowaliśmy się od siebie po to, żeby zrozumieć, jak bardzo jesteśmy blisko…

Balans

Macie czasami tak, że wydaje wam się, że to, co robicie, że wartości, które wyznajeciecie tracą całkowicie sens? Że to, co do tej pory wydawało wam się istotne, nagle okazuje się o dupę rozbić?

Ja właśnie tak chyba mam… Zauważyłamw, że to co do tej pory było dla mnie ważne, pękło jak bańka mydlana…

Odkąd zaczęłam pracę, wydawało mi się, że nie ma nic ważniejszego, że właśnie to jest to, co kocham, to jest to, co powinnam robić i że na to powinnam poświęcać jak najwięcej czasu. Kiedy B1 się urodziła wróciłam do pracy praktycznie po dwóch i pół miesiąca. Zostawiłam malutkie dziecko w domu, wracałam nieraz bardzo późno, zdarzało się, że po nocach siedziałam w dokumentach, zamiast patrzeć na to,c robi, jak się rozwija. Wyjeżdżałam na szkolenia, czasami nawet ją musiałam brać ze sobą. Pamiętam taki dzień, kiedy i ja i B musieliśmy przejść jakieś głupie warsztaty. Zabraliśmy ją ze sobą. Biedne dzieciątko siedziało w kącie, bawiło się czymś a myumy się rzeczy, które tak naprawdę do niczego nam się w życiu nie przydadzą ani też nie sprawią, że będziemy lepszymi nauczycielami.

Teraz zaczynam się zastanawiać, po co to wszystko. Myślałam, że kocham swój zawód. A niestety widzę, że tej głupiej miłości poświęciłam zbyt wiele.

Wiem, że w życiu najważniejsze jest to,aby  umieć odnaleźć balans…  I ja właśnie chyba zaczynam go szukać…

Zając w stadzie wilków…

Dziś pierwszy raz od trzech miesięcy wyszłam na prawdziwy, długi spacer z dala od domu.
Zabrałam B2 i ruszyłam w drogę. Do tej pory, całkowicie odizolowana od świata, zmuszałam się do opuszczenia bezpiecznych czterech ścian tylko po zakupy. Ale i to była wyprawa na miarę podróży wgłąb puszczy pełnej niebezpieczeństw. Rękawiczki, płyny dezynfekujące, maseczki, itd. Żeby ograniczyć do minimum kontakt z ludźmi, zazwyczaj zamawiałam wszystko przez internet i szłam tylko odebrać przygotowane produkty. Nasze świeże powietrze ograniczyło się do podwórka. Wiem, że to mało normalne. Zapewne, gdyby nie cały ten koszmar z chorobą B2, którego doświadczyłam, zachowywałabym się mniej czujnie i ostrożnie.

Wracając do mojego spaceru – na początku czułam się jak zając wśród stada wilków. Na każdego człowieka dziwnie patrzyłam, ludzi bez maseczki mijałam z nieukrywanym strachem i zwiększoną odległością, albo przechodziłam na drugą stronę ulicy.

Udało mi się jakimś cudem dotrzeć do parku, potem do lasu. Tam mogliśmy zdjąć maseczki i nacieszyć się cudownie świeżym powietrzem.

Uwierzcie – fakt, że weszłam w takie odludzie jest nie lada wyzwaniem, bo ogólnie jestem człowiekiem bardzo strachliwym… Boję się dzików, kleszczy, muchomorów, węży i całej reszty czarnej strony przyrody. Z dwojga złego, od spotkania z człowiekiem wolałam jednak spotkanie z dzikiem…

Za mojej nieobecności świat bardzo się nie zmienił. Świeci to samo słońce, ptaki śpiewają… Jest ich może trochę więcej, chyba dzięki temu, że ludzie zwolnili z degradacją środowiska. Na kilka tygodni zatrzymał się przemysł. I to wystarczyło. Wiecie, zanim wybuchła pandemia, pamiętam taką sytuację, kiedy szliśmy do kościoła i zobaczyłam gołębia zaplątanego w foliową reklamówkę. Biedak nie dał rady sobie z nią poradzić. Pomyślałam wtedy, że ten świat kiedyś się na nas zemści. I tak się stało…

Trzy miesiące siedzenia w domu zrobiły swoje. Na zewnątrz czuję się bardzo dziwnie. Nie ukrywam, boję się dalej, bardzo się boję…
Szczególnie boję się o własne dzieci. Odkąd dowiedziałam się o tej nowej chorobie, już całkowicie nie potrafię spać w nocy. Wpadłam w jakąś psychozę. Cały dom mam wypełniony środkami dezynfekującymi, w samochodzie wożę spory zapas rękawiczek, masek, co chwilę myję ręce.

Od lat mam nerwicę natręctw i w zasadzie zawsze stroniłam od obcych ludzi. Wybuch pandemii spotęgował to jeszcze bardziej.
Zamknięcie z dala od świata nie wpływa dobrze ani na mnie, ani tym bardziej na dzieci.
Postanowiłam wprowadzić metodę małych kroków. Dziś wyszłam na chwilę, jutro może znowu się zmuszę.
A może kiedyś wrócę do normalnego życia…

Niech to się już skończy 😔

Obłędnie niebezbłędna

 

Nadsłuchujesz w nocy oddechu swojego dziecka? Budzisz się z sercem w gardle, bo wydaje ci się, że się nie porusza? Przez głowę przelatują ci obrazy, w których twoje dziecko jest ofiarą wypadku? Leje się krew, łamią się ręce, psy wytrzeszczają kły, pedofile węszą co krok?

Myślisz, że oszalałaś? Z jednej strony masz rację, bo przecież każda z nas ma w sobie coś z wariatki, z drugiej jednak to wszystko całkiem normalne. Jesteś zwyczajną, prawdziwą matką.

Gratulacje…

Przypomniał mi się moment, gdy B1 przyszła na świat. Kiedy ją zobaczyłam, poczułam coś nadzwyczajnego. Nie da się tego opisać. Patrzyło na mnie jakieś małe żyjątko, wybałuszało oczy i bezsprzecznie jedyne, co mogłam z nich wyczytać, to tyle, że widzi we mnie cały swój świat. Ufa mi bezgranicznie. Pierwsza myśl, jaka wtedy wpadła mi do głowy to: ” Ja pierdolę! Już w życiu się nie wyśpię!” I poczułam w sobie lęk. Taki niewytłumaczalny. Niepokój i świadomość, że na świecie pojawiła się istota, o którą od tej pory będę drżeć każdego dnia i nocy…

Pamiętacie Makbeta? Koleś manipulowany przez cztery laski myśli, że jest nieśmiertelny. Zabija króla, bo to jedyny sposób na zaspokojenie ambicji jego żony (taka hardcorowa wersja pięcia się po stołkach w korpo). Kiedy trzyma zakrwawiony sztylet w dłoni, słyszy słowa :

 „Nie zaśniesz więcej!

Makbet sen zabił, zabił sen niewinny,

Sen, co rozplata trosk zwikłany motek,

Śmierć dnia każdego, ciężkiej pracy kąpiel…”

 

I tak oto Szekspir stworzył słowa, które nieświadomie stały się kwintesencją macierzyństwa…

 

Nie  zaśniesz więcej… 

 

Sześć wpłat

Miało być o niekonwencjonalnych metodach spędzania świąt. Ale nie będzie. Bo nie widzę sensu w opowiadaniu Wam o tym, co zastaniecie na mojej kolacji wigilijnej. Ani Was to nie obchodzi, ani ja tak bardzo nie mam ochoty się o tym rozpisywać. Chyba już wystarczająco jesteście zasypani christmastime’owym klimatem.

Wpis raczej mało świąteczny i zdecydowanie bez piernikowo – cynamonowo – kolędowej atmosfery. Ale wpisujący się w nadchodzący czas. Bo podobno właśnie teraz najlepiej nauczyć się bycia człowiekiem, zmienić się na lepsze, pokonać własne ułomności i tak dalej…

No i tak właśnie w tym grudniowym, przedświątecznym czasie, kiedy na stole już sianko czeka leniwie, karp żegna się z życiem a uszka wskakują do barszczu, przestałam wierzyć w ludzi…

Tak, moi drodzy, skończyło się to bzdetolenie o tym, jak to trzeba zauważyć drugiego człowieka, jak to otworzyć serca, lodówkę i kieszeń. Bo inni mają gorzej, nie są wybrańcami losu, nie zasiądą do stołu Lewandowskich, nie zaśpiewają o narodzinach Boga z Anią Wyszkoni. Ba! Zapewne wcale nie zasiądą do stołu, o śpiewaniu nawet mowy nie ma…

O co chodzi? Do sedna! Za kilka dni zmierzę się z kolejnymi urodzinami. Pomyślałam, że skoro co roku setki osób wypisuje na moim profilu zdawkowe „sto lat”, może tym razem wykorzystam ten dzień na coś dobrego. Założyłam więc skarbonkę online dla dziewczynki, która potrzebuje kasy na operację (wiem, jest takich setki, ale i setki osób dziennie ma urodziny, więc why not?) W zasadzie gdyby każdy wpłacił chociaż dwa złote, już uzbierałaby się spora sumka. I co? Po czterech dniach mam sześć wpłat. Z setek znajomych sześć wpłat. Tak, dobrze czytacie

– s z e ś ć wpłat…

Tak że tego… Cicha noc, święta noc, a Jezus znowu rodzi się w mizernej stajence. Ciekawe, czy gdyby wiedział wtedy, jak będzie wyglądał ten świat, nie zawróciłby nazat do nieba…

Skoro nadal czytasz ten wpis, zastanów się, czy te parę złotych jest Ci tak bardzo potrzebnych… Kupisz jedną czekoladę mniej (z pożytkiem dla tyłka), dzieciak dostanie gorszą zabawkę (myślisz, że są one ważniejsze dla niego od czasu z Tobą?), nie pójdziesz raz do kina (w domu również można spędzić miło czas).

Bądź człowiekiem. Chyba to mają Ci przypomnieć zbliżające się święta…

⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️⬇️

https://www.siepomaga.pl/wwyskoczzkasydlamarty

⬆️⬆️⬆️⬆️⬆️⬆️⬆️⬆️⬆️↗️↗️

Wpis powstał w ramach corocznej akcji #blogrudzień, organizowanej przez Magdę, autorkę bloga Magda M. Codziennie przez cały grudzień będzie pojawiał się kolejny wpis o tematyce okołoświątecznej.

1 grudnia – Mama na całego
2 grudnia – Tarapatka
3 grudnia – Dzieciorka
4 grudnia – Szczęśliwa Siódemka
5 grudnia – Do herbaty
6 grudnia – Z naciskiem na szczęście
7 grudnia – Przed ślubem
8 grudnia – MamAsia Ogarnia
9 grudnia – Wysmakowana
10 grudnia – Dziubdziak
11 grudnia – Pozytywny Dom
12 grudnia – Młoda mama pisze
13 grudnia – Atrakcyjne wakacje z dzieckiem
14 grudnia – Młoda Mamma
15 grudnia – Kopanina.pl
16 grudnia – Pogodnie przez życie
17 grudnia – Humory Zmory
18 grudnia – Asertywna Mama
19 grudnia – Jaśkowe Klimaty
20 grudnia – I jak w domu
21 grudnia – Carpe Diem
22 grudnia – Dieta To Kobieta
30 grudnia – Magda M.

Ale jak to połowa grudnia?

Grudzień przepływa mi przez palce. Cały czas żyję z poczuciem, że do świąt pozostały trzy tygodnie. Dziś dopiero spojrzałam na prawie puste kalendarze adwentowe dzieciaków i uświadomiłam sobie bolesną prawdę, że jak zwykle jestem do tyłu ze wszystkim.

W pracy koniec roku równa się stosowi papierów. Gdyby je tak porównać z Tatrami, to nie wyszłam jeszcze nawet z Krupówek… A do Giewontu daleko. Najgorsze, że jakakolwiek próba nadgonienia zaległości w domowych warunkach nie ma szans na realizację. Przynajmniej nie teraz, kiedy B2 całym sobą zaznacza swoje jestestwo…

A do tego B i ten jego wieczny niebyt (czyt. szkolenia, treningi, spotkania, szkolenia na treningach i treningi na szkoleniach…) Nieraz w myślach zazdroszczę kobietom, których mężowie wracają z pracy o 18tej. Ile można zrobić rzeczy mając wieczory wolne! Ja zazwyczaj z ostatnim dzwonkiem w pośpiechu szukam samochodu, wpadam w biegu po któreś dziecię, żeby zabrać je na korki/piłkę/karate/wizytę u lekarza/kontrolę u specjalisty (niepotrzebne skreślić), po powrocie odhaczam rytuały – przygotowania na kolejny dzień szkoły, pracy, przedszkola, kąpiele, kolacje, psi patrol, info do wychowawcy, drobne sprawy budowlane i ani się nie obejrzę, jak za oknem połowa nocy…

Moja jedyna odskocznia to chwila relaksu w wannie. Tu przynajmniej mogę pobyć sam na sam ze swoimi myślami.

W tym tygodniu zajrzę do Was z wpisem w ramach akcji

#blogrudzień.

I jak to u mnie zazwyczaj bywa, będzie on absolutnie sprzeczny z pierwotnym planem.

Znośnego tygodnia!

Szybciej!

Grudzień rozkręcił się na dobre. Zaczynam omijać galerie handlowe wielkim łukiem, bo gorączka przedświąteczna dopada coraz więcej ludzi i powoli w sklepach brakuje metrów kwadratowych do oddychania…

Wczoraj wpadłam na szybko zrobić małe zakupy, kolejka do kasy zajęła mi więcej czasu niż wrzucenie produktów do koszyka…

Jakoś niekoniecznie lubię ten pęd. Włącza się we mnie wtedy coś w stylu grinchowatości. I zamiast cieszyć się zbliżającymi świętami, najmniejsza nutka christmastime’owa, która od miesiąca pałęta się gdzieś między wystawami, reklamami i radiem, wywołuje we mnie agresję…

Myślę, że nie jestem w tym sama. Nasze społeczeństwo lubi przesyt, jest niecierpliwe, do wszystkiego się spieszy. Przygotowania do Bożego Narodzenia zaczynają się w październiku, do Wielkanocy w styczniu, o wakacjach mówi się od zimy, oferty sylwestrowe przewijają się w lecie…

Wkrótce granice między tym wszystkim całkowicie się pozacierają. A przecież to one wyznaczają cykliczność pewnych zachowań i obyczajów, naszego życia!

Na ważne chwile czekało się cierpliwie, można było w spokoju celebrować wydarzenia. Każda uroczystość była wielkim przeżyciem. A tak? Zanim przyjdzie to, na co czekamy, pośpiech i chaos sprawi, że nie zdążymy tego właściwie doświadczyć. Bo ubierając choinkę, będziemy już myślami w koszyczku wielkanocnym…