Potęga szczęścia

Moja sąsiadka zawsze mówiła, że łyżek i dzieci w domu nigdy nie za dużo. Traktowałam jej słowa z przymrużeniem oka, bo gdy B1 była malutka, ani myślałam o kolejnym dziecku. Nie było czasu, budowaliśmy dom, potem trzeba było go wykończyć, trochę pozwiedzać, w pracy non stop coś się działo, musiałam być zawsze na 110%, siedem dni w tygodniu spędzałam za biurkiem – lekcje, testy, diagnozy, kontrole, przedstawienia, ewaluacje, pikniki, zebrania z rodzicami, papierzyska i cała reszta nadambitnych zajęć, które zabierały czas. Nie było w moim świecie miejsca dla zbyt wielu ludzi. Ciężko było poświęcić chwilę jednemu, a co dopiero kolejnemu dziecku. Bałam się, że pojawienie się rodzeństwa odbierze B1 to, co najcenniejsze – nasz i tak już skąpy czas.

Po latach, kiedy trochę ustabilizowałam się zawodowo, a w domu kolejny remont zwyczajnie zaczynał mnie nudzić, poczułam, że naszej rodzinie brakuje kogoś do pełni szczęścia. Owszem, wspólnie spędzany czas był zawsze wspaniały. Dużo podróżowaliśmy, poznawaliśmy nowe miejsca, dobrze się razem bawiliśmy. Ale czuć było pustkę.

45330503_249727512363049_8478697597618356224_n

Dopiero kiedy B2 pojawił się na świecie, nasza rodzina stała się kompletna. I gdy patrzę na to, co łączy moje dzieci, jestem pewna, że podarowałam im najpiękniejszy prezent, jaki mogły otrzymać – siebie. Mimo dzielącego ich wieku widzę, jak potrafią odbierać na tych samych falach. Są dla siebie już na zawsze. To fascynujące, jak widać, że w ich żyłach płynie jedna krew.

Gdy tak z dnia na dzień ich relacja się umacnia, kiedy się docierają, okazują sobie uczucia i zwyczajnie spędzają wspólnie czas, widzę, jak wiele straciłam.

Nie mam rodzeństwa, wychowałam się sama. Od dziecka brakowało mi kogoś, z kim będę rozumiała się bez słów. Moja mama ma siostry, z którymi łączy ją silna więź, tata ma rodzeństwo, przez co z pewnością nie mieli szans zrozumieć, jak los jedynaka może być przygnębiający.

Kiedy byłam mała, bawiłam się sama, miałam tylko lalki i miśki, do których mówiłam jak do żywych postaci, towarzystwo rodziców, dziadków czy wujków wcale nie było atrakcyjne. W szkole miałam koleżanki, ale kiedy pojawiało się ich rodzeństwo, czułam już dystans. Byłam obca, bo nie łączyło mnie z nikim to niezrozumiałe wtedy dla mnie poczucie jedności.

Dopiero po przeprowadzce do bloku poznałam bratnią duszę, która też jest jedynaczką – i chyba dzięki temu natychmiast złapałyśmy kontakt, który już ponad dwadzieścia lat prężnie trzyma w ryzach naszą relację. To ona w jakiś sposób przejęła tę rolę, którą zazwyczaj bierze na klatę siostra albo brat – wie o mnie wszystko, rozumie mnie, ale też nie ma przede mną tajemnic. Gdy którejś z nas jest źle, wiemy, że możemy na siebie liczyć. I nie chodzi tu tylko o pocieszanie, że wszystko się ułoży. Czasami mocne słowo albo zimny kubeł wody w postaci gorzkiej prawdy znaczy więcej, niż miliony rad od ludzi, którzy kompletnie nas nie znają…

Cieszę się, że moje dzieci mają siebie. Mam przynajmniej tę świadomość, że nawet, kiedy zabraknie mnie i B, nie będą one same na tym świecie. Najważniejsze, że one czują się ze sobą szczęśliwe!

Przeglądałam ostatnio zeszyty B1. Natknęłam się na notatkę pod lekcją. Tematem był najszczęśliwszy dzień w życiu. Moje dziecko napisało:

Najszczęśliwszy dzień mojego życia to 25.12.2016r., ponieważ tego dnia przyszedł na świat mój młodszy brat. Gdyby nie on, byłoby mi smutno każdego dnia. To był najlepszy prezent na Święta Bożego Narodzenia

45526137_335209353726236_1031154985582198784_n

Na tym właśnie polega potęga szczęścia…

 

Przecież wszyscy umrzemy

Rozmawiacie z dziećmi o śmierci?

U mnie temat był zazwyczaj pomijany. Zwierzęta wyruszały w podróż, zakładały rodzinę, chomik poszedł szukać żony a pies zamieszkał u dziadka.

Problem zaczął się, kiedy w wypadku zginęła dziewczyna syna naszych bliskich przyjaciół. B1 miała wtedy sześć, może siedem lat. Codziennie widywała ją na podwórku, rozmawiała z nią, spędzały wspólnie czas. Była ona dla niej (dla nas również) jedną z osób, które – chcąc, nie chcąc – tworzyły naszą rzeczywistość. Nagle, z dnia na dzień, zabrakło jej. Do tego tragizm tej śmierci mocno odbił się na codzienności.

Sama mocno to przeżyłam i przez kilka miesięcy nie potrafiłam się pozbierać. Nie mogłam spać, w nocy pałętałam się po domu, ciągle w głowie miałam chwile z tego cholernie niechcianego dnia. Słyszałam dźwięki, płacz, szlochy, krzyki, w myślach odtwarzałam wszystko to, co wtedy się działo. Pierwszą noc przespałam dopiero, gdy wyjechaliśmy na wakacje. Nowe otoczenie pozwoliło mi na chwilę zapomnieć. Po powrocie nadal zmagałam się z samą sobą, potrzebowałam bardzo długiego czasu na poradzenie sobie z tą sytuacją.

B1 poradziła sobie z tym znacznie lepiej. Zapytała, gdzie po śmierci poszła dziewczyna. Powiedziałam – chyba odruchowo – że do aniołów, że teraz siedzi sobie w niebie, obok Pana Boga i nie musi się niczym martwić. Przyjęła to ze spokojem. Pewnie nawet nie zastanawiała się nad tym zbyt długo. Fakt śmierci stał się dla niej czymś oczywistym, jakby kolejną nowinką o świecie, którą jako dziecko przyswoiła i zaakceptowała.

Dwa lata później zmarła moja babcia. Byłyśmy z nią bardzo związane, nieraz pisałam o naszych relacjach. Tym razem nie musiałam już nic tłumaczyć. B1 w ciszy wsłuchiwała się w nasze rozmowy, obserwowała zachowania, widziała, ile emocji wylało się po stracie najbliższej osoby. Jej reakcja była niesamowita. Dokładnie pamiętam, jak podeszła do mnie ze szczotką do włosów, posłusznie usiadła przede mną i czekała, aż uczeszę jej niesforne włosy w kucyka. Nie chciałam z nią rozmawiać o śmierci. Ona też nie zadawała żadnych pytań. Usłyszałam tylko stwierdzenie, że babcia z pewnością siedzi już u Pana Boga…

Wyczytałam gdzieś, że nasze życie to plątanie się między sjestą a trwogą. W radości codziennych chwil nie potrafimy zapomnieć o śmierci. Bo przecież wszyscy kiedyś umrzemy. Tylko w pewnych momentach nie potrafimy ujarzmić myśli o tym bezdyskusyjnym fakcie.

Dzieci zupełnie inaczej patrzą na stratę bliskich. Ich żałoba – wbrew pozorom – nie jest płytka. Wręcz przeciwnie – mam wrażenie, że z większą pokorą potrafią zaakceptować to, co nieuniknione.

Wszyscy boimy się śmierci. Nikt nie jest na nią przygotowany, nigdy nie jest na nią odpowiedni czas. Ale przychodzi…

Nie nam o tym decydować, kiedy…

28576834_1601190296639349_8611249522783450466_n

Dzień Matki

Wstałaś o szóstej. Udało się! Tym razem nie musiałaś ukradkiem zwlekać się z łóżka, żeby przypadkiem nie obudzić małej syreny, bo – o dziwo – wyjątkowo smacznie śpi.
Kątem oka zerkasz na ekspres do kawy i wiesz, że jeżeli go użyjesz, z pewnością odgłos mielenia, prężenia się powietrza i całej reszty procesu twórczego aromatycznego napoju bogów i matek karmiących postawi na nogi twoją pociechę i z ludzkiego wyjścia do pracy g…, znaczy się zawartość pampersa. Pocieszasz się więc rozpuszczalką i z prędkością kosmiczną nakładasz makijaż, ubierasz się i uciekasz na kilka godzin do normalnego życia.
Wchodzisz do pracy i od progu zauważasz, jak bardzo do tyłu jesteś ze wszystkim. Ludzie biegają z papierami, tworzą projekty, robią wszystko na wczoraj. A ty? Idziesz trochę jak kosmita w nieznane, myślami jesteś w domu i zastanawiasz się, co właśnie robi mały towarzysz twoich ostatnich szesnastu miesięcy… Wieczorem, zamiast siedzieć nad sprawozdaniem, walczyłaś z usypianiem dzieciaka (który właśnie w tym momencie najbardziej na świecie chciał się bawić, śpiewać, jeść, pić, biegać, tańczyć, czytać bajkę, targać książkę, przytulać się, bić siostrę, itd., itp…), po czym padnięta sama zamknęłaś oczy tylko na moment, żeby otworzyć je wraz z porannym budzikiem.
Próbujesz więc szerokim łukiem ominąć szefa, bo wiesz, że spojrzenie mu w oczy będzie skutkowało:
a) twoją śmiercią
b) jego podniesionym ciśnieniem
c) nową bajką, którą puścisz mu, żeby odwlec to, co nieuniknione

Ostatecznie docierasz do swojego biurka niezauważona, otrzepujesz z żakietu resztki kaszki, o które się otarłaś przewijając się przez kuchnię i szukasz w torbie między pieluchami, smoczkami i klockami lego kluczy od szuflady.

Miliony raz dziennie przemyka ci przez głowę myśl, czy dobrze zrobiłaś wracając do pracy. Oczywiście mogłaś zostać w domu. Być może byłoby to lepsze dla twojego dziecka. Zapewne spełniałabyś się jako mama i gospodyni domowa i wszystko byłoby takie cukierkowe…

Nie sądzę…

Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma. A szczególnie w domu przy garach i pieluchach…

Powrót do pracy to najlepsze, co mogłaś zrobić dla siebie i swojego dziecka.

Po pierwsze, masz prawo do cząstki własnego świata, w którym możesz się realizować, osiągać sukcesy, wyciągać wnioski z porażek i budować swoje poczucie wartości. Po drugie, dzieciak też musi mieć świadomość, że nie jesteś tylko po to, żeby z nim przebywać. Niech zatęskni, niech znajdzie sobie zajęcie „bezmamowe”, niech dzieli swoje życie na czas dla was i dla siebie. Przecież nie będziesz z nim wiecznie organizowała każdej chwili. Po trzecie, pozytywne emocje, które czerpiesz z pracy, przenoszą się potem na wasze relacje. A nie ma nic bardziej budującego dla dziecka jak szczęśliwa mama. I po ostatnie, wiedz, że swoją pracą i aktywnością życiową dajesz niezwykle piękny przykład własnemu dziecku. Zapewne chcesz, żeby wyrosło ono na człowieka sukcesu. Jak miałoby to osiągnąć, gdyby jego własny autorytet codziennie pałętał się po domu w potarganym dresie? Dlatego zanim zaczniesz wymagać od dziecka, skup się na spełnieniu tych samych wymagań wobec siebie.

Nie przejmuj się więc, jeśli się z czymś nie wyrabiasz. Powrót do pracy po „urlopie” macierzyńskim zawsze jest trudny. A ty, jako młoda matka, masz prawo do błędów i potrzebujesz trochę czasu, żeby się rozkręcić. Walcz ze słabościami, próbuj się dalej rozwijać. Twoje dziecko z pewnością nie cierpi pod twoją nieobecność. A dzięki tej małej rozłące będziecie mogli bardziej celebrować wspólne chwile.

Miłej pracy!

21690204_482556225446283_5693807628564561920_n

Dzień Mój

Jestem mamą. I na tym kończy się lista moich zalet…

Nie należę do hipersupermegamenek, które od rana do wieczora wpatrują się w dzieci, w przerwach gotują dwudaniowy obiad i doprowadzają do ładu dom, a przy praniu wpadają na wymyślne metody stymulowania rozwoju swoich pociech.

Zdarza mi się za późno przywieźć dziecko do szkoły. Czasami zapominam o wywiadówkach, kolacji albo wizycie u specjalisty. Nauczyłam dzieci dłubać w nosie. Jedyne, co umiem ugotować, to zupa pomidorowa.

Wspólny czas spędzamy na spacerach, leżeniu na kanapie i gapieniu się w bajki, gdyż nie znam technik nauki czytania niemowląt ani przyswajania intuicyjnego języka obcego. W zasadzie nie znam żadnych fachowych teorii na temat wychowania. A nawet, jeśli o jakichś słyszałam, szybko wrzuciłam je z głowy.

Daję dzieciom słodycze i pozwalam im chodzić spać, kiedy poczują zmęczenie. Czasami odpuszczam im kąpiel a na obiad zamawiam pizzę.

Nie jestem wzorową matką i wiem, że popełniam błąd za błędem. Ale w całym tym macierzyńskim szale czuję, że moje dzieci są szczęśliwe. Bo one wcale nie potrzebują ideału. Chcą kogoś, kto zrozumie je bez słów i poda rękę w każdej chwili zwątpienia.

Bycie mamą to nie lada wyzwanie. I zaszczyt. W oczach innych mogę być zakrecona, niepoukładana i chaotyczna. Z czystym sumieniem mogę przyznać, że kompletnie mnie to nie obchodzi. Najważniejsze, aby moje dzieci zawsze patrzyły na mnie wzrokiem pełnym zaufania i miłości.

Zabezpiecz się przed ubezpieczeniem

Powoli zbliżają się wakacje. Pewnie już myślisz o planowaniu urlopu. Znalazłaś hotel, sprawdziłaś opinie, odległość od plaży i rodzaj animacji.

To ważne, jednak są istotniejsze sprawy, o które musisz zadbać na pierwszym miejscu – bezpieczeństwo twoich dzieci.

Myślisz, że jeśli jesteś obok, nic im nie grozi? Niestety, jest takie jedno cholerstwo, którego żadna supermama nie pokona – choroba…

Może zdarzyć się wszędzie i o każdej porze. Przychodzi niespodziewanie i zazwyczaj wymaga interwencji lekarskiej. Co, jeśli przytrafi się na zagranicznych wczasach?

I w tym momencie pewna siebie wyciągasz polisę, bo jak na zapobiegawczą matkę przystało, zabezpieczyłaś się i wykupiłaś ubezpieczenie podróżne.

Ale…

No właśnie…

Nie za każdym razem sprawa wydaje się taka prosta.

Niektóre firmy ubezpieczeniowe nie mają podpisanych kontraktów z miejscowymi centrami medycznymi i dopiero w momencie zgłoszenia sprawy gorączkowo wydzwaniają po lokalnych lekarzach szukając pomocy dla ubezpieczonego. Lekarze często nie chcą podjąć się badania małych dzieci. Bywa tak, że nawet szpital odmówi im wizyty, bo objawy mogą nie być na tyle silne, aby kwalifikowały się do ostrego dyżuru.

U małego dziecka szybka interwencja jest szalenie istotna, dlatego taka forma pomocy ze strony towarzystwa ubezpieczeniowego może okazać się tragiczna w skutkach. Znalezienie lekarza może zająć mnóstwo czasu. A co, jeśli nikt nie będzie chciał zbadać twojego dziecka?

Towarzystwa ubezpieczeniowe, które poza wyciskaniem korzyści z klientów faktycznie dbają o ich bezpieczeństwo, posiadają podpisane umowy z lokalnymi klinikami, od zgłoszenia sprawy do interwencji mija więc zazwyczaj kilkanaście minut.

Zanim wyjedziesz, zadbaj więc o polisę. Niektóre biura podróży mają ją w cenie, dlatego nie musisz dublować ubezpieczenia. Wystarczy czujność i wnikliwa analiza oferty.

Przed podpisaniem umowy z biurem podróży zadzwoń do towarzystwa, które ubezpiecza jego klientów i zapytaj, z którą kliniką konkretnie współpracuje, czy jest w niej lekarz, który w razie potrzeby udzieli pomocy twoim dzieciom i jak daleko od twojego hotelu znajduje się jej siedziba.

Jeśli towarzystwo ubezpieczeniowe nie posiada takiej umowy, rządaj od biura podróży zmniejszenia kosztów wycieczki o kwotę ubezpieczenia i znajdź we własnym zakresie solidną firmę, która zapewni spokojny wypoczynek twojej rodzinie.

Pamiętaj, że złe jedzenie, przygodnie spotkany karaluch czy zimna woda w basenie to jedynie niemiłe niespodzianki, które kiedyś zamienią się w anegdoty opowiadane przy grillu znajomym. Ale narażenie zdrowia dziecka może skończyć się wielką tragedią dla całej rodziny…

Pampers w chmurach, czyli czego internety nie powiedzą ci o podróży z dzieckiem

Miesiąc temu pierwszy raz wybraliśmy się w tak daleką podróż z małym dzieckiem. Z B1 bałam się latać samolotem. Wolałam zabawić się w pogodową ruletkę nad polskim morzem w zastęchniałych domkach za cenę all inclusive wypasionego hotelu w Grecji, niż ryzykować dalekie wojaże. Wymówek było tysiące. Bo wózek, bo skłonność do chorób, bo trud lotu, bo…

I tak do znudzenia…

Kiedy urodził się B2, odrazu zdecydowaliśmy, że zaczniemy go przyzwyczajać do podróży od małego. Pierwszy rok ograniczyliśmy do krajowych wypadów, teraz zaliczyliśmy pierwszą, długą podróż – i to odrazu z grubej rury – sześciogodzinną drogę samolotem na Wyspy Kanaryjskie.

Jako że przy B1 latanie zaczęło się już po wózkach, pieluchach i karmieniu piersią, przygotowania wyglądały zupełnie inaczej. Tym razem, mimo przeszperania internetu i zadania miliona pytań latającym z dziećmi koleżankom, zaliczyłam kilka wpadek.

Jak przygotować się do podróży samolotem z dzieckiem? Postaram się zebrać to, co najważniejsze.

  1. Nie zabieraj dwudziestu pampersów. Wystarczy jeden na półtorej godziny lotu. Zbędny bagaż będzie Ci tylko przeszkadzał.

  2. Zapakuj do bagażu podręcznego jeden ciepły posiłek i jogurt. Dodatkowo możesz zabrać jakąś kanapkę i ciasteczka. To wystarczy nawet na sześć godzin lotu.

  3. Jako podróżującą z dzieckiem nie obowiązuje cię limit napojów. Śmiało zabierz dwie małe butelki wody i napełnioną flachę. Unikniesz kupowania wody w cenie burbonu na pokładzie.

  4. Weź ulubioną zabawkę. Więcej nie trzeba. W samolocie dzieci same znajdą coś ciekawego do zabawy. A to rozkładane stoliki, a to bajki z WiFi pokładowego, a to obserwacja innych dzieci. Zdziwisz się, jak kreatywny potrafi być mały podróżnik.

  5. Nie zapomnij tetrowej pieluchy. Przyda się do przewijaka albo okrycia dziecka, kiedy zaśnie. Odpuść koce, kołderki i poduchy. Najlepiej złóż je razem z wózkiem i zabezpiecz, żeby z niego nie wypadły. Będziesz je miała przy sobie aż do wejścia na pokład, bo wózek oddajesz obsłudze dopiero przy samolocie.

Jesteś już spakowana. Pora wyruszyć na lotnisko.

Kiedy lecisz rano, nakarm dziecko lekkim posiłkiem. Właściwe śniadanie zostaw na pokład. Przynajmniej zleci trochę czasu na karmieniu. A i start będzie dla niego znośny – unikniecie mdłości albo innych rewolucji.

Podobnie przy obiedzie – lepiej podaj dziecku przekąskę, a obfite danie pozostaw na pokład.

Przed samym wejściem do samolotu przewiń dziecko, pomieszczenie dla matki z dzieckiem na lotnisku jest zdecydowanie wygodniejsze niż rozkładany przewijak w maleńkiej toalecie samolotowej.

Dzieci zazwyczaj dobrze znoszą lot. Szum, widoki z okna i zamieszanie wokół sprzyjają ich ciekawości świata. Jeśli jednak jakimś cudem zdarzy ci się przeciwnik latania, masz kilka możliwości na uspokojenie go. Uniwersalna metoda siedzi cicho w twoim biustonoszu. “Cycek” jest lekiem na wszystko. Jeśli to nie pomoże, możesz pospacerować (oczywiście po starcie) z dzieckiem po pokładzie, podziwiać z nim widoki za oknem, włączyć bajkę, pobawić się kubeczki lub zagrać w ulubioną grę. Nie przerażaj się, lot wiecznie trwać nie będzie.

Kiedy byłam mała, podobno nie lubiłam latać. Wrzeszczałam, chciałam wysiadać, szarpałam stewardessy. No cóż… Nie każde dziecko musi być przykładnym pasażerem.

Moja mama do dziś wspomina, ile wstydu się przeze mnie najadła.

Zupełnie niepotrzebnie…

Zabrzmi to nieco egoistycznie, ale zarówno ty jak i twoje dziecko jesteście pełnoprawnymi pasażerami. Nie ma więc co czerwienić się, kiedy inni przewracają oczami lub kiwają głową na zachowanie malucha. To świadczy tylko o ich braku empatii. Podróżując publicznymi środkami transportu trzeba być przygotowanym na hałas i zamieszanie. A jeśli ktoś jest wyjątkowo wrażliwy, pozostaje mu klasa business, względnie prywatny odrzutowiec 😉

Nie spiesz się z wysiadaniem. Po lądowaniu dziecko zapewne będzie spocone i poddenerwowane. Daj mu ochłonąć. Pamiętaj też o zmianie ubrań na odpowiednie do temperatury na zewnątrz.

Nie martw się o wózek, czeka na was w punkcie odbioru bagażu specjalnego lub razem z walizkami – to zależy od lotniska, dlatego warto przy wysiadaniu dopytać stewardesy, one z pewnością będą poinformowane.

O wózek można też poprosić po wylądowaniu. Lotniska zapewniają rodzicom małych dzieci lotniskowe wózki.

Kiedy już dotrzesz szczęśliwie na miejsce, pozostaje ci cieszyć się wspólnie spędzonym czasem.

Ale żeby spać spokojnie, musisz zadbać jeszcze o jeden szczegół – ubezpieczenie.

O tym jednak w kolejnym wpisie.

Miłego odpoczynku!

Powiedz Bogu o swoich planach…

Gorączka… Na samą myśl o niej robi mi się słabo.

Nikt nie lubi, kiedy dzieci chorują. U nas rozłożyło jedno i drugie.

B1 opatulona chyrla spod kołdry, B2 jak mały kaloryferek walczy z temperaturą. A my biegamy od pokoju do pokoju…

Zarwane nocki dają się we znaki, chociaż ja w takich sytuacjach nie potrafię zmrużyć oka…

I pomyśleć, że prawie cały macierzyński upłynął spokojnie, bez choróbska. Kiedy na ostatni tydzień zaplanowałam pełnię relaksu, życie przypomniało mi, że to nie ja rozdaję karty w tej grze…

Nie histeryzuj

Jakie problemy może mieć matka?

Czy poza tym, co ugotować na obiad, który krem do pupy kupić w drogerii i ile kropli witaminy podać dziecku, może coś ją jeszcze trapić? Pewnie nie…

Przynajmniej tak myślałam, patrząc na macierzyństwo z perspektywy osoby aktywnej zawodowo. Zauważyłam, że umniejsza się rozterki kobiet, zrzucając wszystko na zmęczenie i napięcie związane z wychowywaniem małego człowieka. Sama po urodzeniu dziecka starałam się wiele sobie tłumaczyć, przyjęłam pozę skazanej na codzienność, bo przecież tak musi być, bo taki los matki, bo to normalne, bo trzeba przetrwać, byle do końca macierzyńskiego…

Ale kiedy dziś odpaliłam pocztę, zdębiałam… Po moim wpisie o derealizacji zostałam dosłownie zasypana wiadomościami.

Dziewczyny piszą o swoich doświadczeniach, zauważają, że coś niszczy je od środka, że wszystko, o czym piszę, dotyczy właśnie ich. Są takie, które już chodzą na terapię, inne się próbują do niej przekonać, są i takie, które nie miały pojęcia, że da się z TYM walczyć.

Czyli to nie jest tak całkiem obce zjawisko… Jedynie rzadko mówi się o nim publicznie. Wytłumaczcie mi, proszę, dlaczego???

Karuzela społeczna napędza jakieś chore rozumienie macierzyństwa. Wkrótce jego synonimem będzie bezgraniczne poświęcenie, może nawet i asceza. Hasło „nie histeryzuj” stało się jakąś pieprzoną mantrą powtarzaną zmasakrowanym psychicznie kobietom.

Matkom nie wolno przyznać się do słabości. Mają być silne i nieugięte. Wychowanie dzieci to ich obowiązek, powinny wtedy zapomnieć o sobie i skupić się na potomstwie…

Tylko… Jak nieszczęśliwa matka ma wychować szczęśliwe dziecko?

 

28512103_1934635956757155_470475670_n

Nie wstydź się… Wiem, że też tak masz…

Zaburzenia psychiczne u matek są nadal tematem tabu. No bo niby jak ta maszyna, która ma trzymać w ryzach dom, dbać o zdrowie i życie dzieci, może sobie pozwolić na jakąś ułomność. Zwykle wrzuca się takie do jednego wora, określając mianem wariatek. A kiedy dojdzie do jakiejś tragedii, publicznie pali się je na stosie, udając, że to tylko i wyłącznie ich wina.

Nie będzie tu o depresji poporodowej czy załamaniu psychicznym.

Chciałabym poruszyć temat, który jak zauważyłam, nie jest zbyt popularny w sieci. Owszem, jest kilka grup, w których można „co nieco” się dowiedzieć, brakuje jednak konkretnych informacji i opisu doświadczeń. Przedstawię go ze swojego – bardzo niepsychologicznego punktu widzenia.

Czasami ludzi dotyka pewne zaburzenie, które sprawia, że świat przestaje mieć realny kształt. „Wybrańcowi” takiemu towarzyszy ciągły niepokój i wrażenie, jakby nie istniał naprawdę w świecie, jakby wszystko, co dzieje się wokół było tylko jakimś snem, złudzeniem. Taka osoba może się czuć „jakby oglądała siebie w filmie”, dotyka ją wątpliwość, czy myśli, wspomnienia, ciało, ruchy i zachowanie należą do niej. Zjawisko to nazwane zostało depersonalizacją albo derealizacją.

Dlaczego próbuję powiązać to schorzenie z macierzyństwem?

Moment, w którym do ustabilizowanego i przewidywalnego życia dołącza mały człowiek, dla każdego jest czymś nowym. Nie da się przewidzieć ani reakcji, ani uczuć. Praktycznie wszystko jest jedną wielką niewiadomą. Silne matki biorą na wypełnioną mlekiem klatę cały ten rozgardiasz i radzą sobie z nim bez zająknięcia, inne potrzebują więcej czasu do oswojenia się z nim.

Ale bywa też tak, że wszystko to, co dzieje się po porodzie, nagle ograbia kobietę z emocji. Zwalamy to na dół hormonalny, na formę depresji poporodowej, itd. Ogarniamy sprawę i próbujemy żyć dalej. Chociaż kiedy mija trochę więcej czasu a to cholerstwo nie znika, możemy zacząć zastanawiać się, WTF? I co? No właśnie…

Kiedy byłam w pierwszej ciąży, moja koleżanka, która miała już wtedy dwuletnią córeczkę, opowiedziała mi o swoich doświadczeniach. Od porodu jej życie zupełnie się zmieniło. Zaczęła jakby przyglądać się mu z boku. Nie czuła emocji, nie potrafiła oddać się radości, czy nawet smutkowi. Była obojętna na wszystko. Każdy dzień mijał jej jakby we śnie. Niby była a jednak gdzieś z boku, jak niemy widz, który tylko patrzy na wydarzenia. Starała się wszystko wykonywać, jak należy, dobrze opiekowała się dzieckiem, była aktywna w życiu rodzinnym, jednak po chwili zastanawiała się, czy minione godziny miały miejsce naprawdę. Nie rozumiała, co się z nią dzieje. Potrafiła nazwać swoje odczucia, jednak nie miała pojęcia, co jest ich przyczyną.

Doświadczenie dość dziwne. A jednak obecne w życiu wielu z nas. Mam wrażenie, że poród i macierzyństwo potęgują to odbicie od rzeczywistości z wielu względów. Po pierwsze życie zupełnie zmienia to, codzienność staje się inna i czasami ciężko się do niej przystosować. Po drugie, nie zawsze potrafimy poradzić sobie z rolą matki, zmęczenie, nerwy, stres i życie w nieustannym napięciu odbija się również na postrzeganiu świata i doświadczaniu go. Po trzecie te cholerne hormony mieszają w organizmie, więc i one mają w całej sprawie niemały udział. Według badań derealizacja jest reakcją umysłu na silny stres. A takiego świeżo upieczona matka ma przecież aż nadto!

Zastanawiacie się pewnie, dlaczego o tym piszę…Tak, właśnie odpowiedź jest prosta – sama przez to przechodzę. To niewytłumaczalne uczucie widzieć świat z boku, nie umieć przeżywać pełni radości i zastanawiać się, czy dzień, który właśnie się kończy, wydarzył się naprawdę. W pewnym momencie wspomnienia – nawet te najbliższe – zaczynają przybierać formę fabuły jakiejś książki, przestają być własne.

Patrzę w lustro i myślę, kto tam po drugiej stronie na mnie się gapi. To niewyobrażalnie trudne doświadczenie. Niby jestem a w rzeczywistości nie do końca czuję swoją obecność. Spoglądam na ręce i zastanawiam się, do kogo one należą, widzę własne dzieci i przechodzi mnie zwątpienie, czy one tu są naprawdę…

To trochę tak, jakby życie było tylko ulotną myślą.

Wiem, że niejedna matka czuje to samo. Nie zawsze potrafi jednak nazwać to doświadczenie. Tak mało się o tym mówi, że czasami nie wiadomo, gdzie szukać pomocy. Chyba najpierw trzeba zajrzeć w głąb siebie. Wiem, to niełatwe szczególnie, gdy obiad przypala się na piecu a dzieciak wgniata chleb w nowy dywan. Dlatego tak ważna jest pomoc bliskich, o którą czasami nie potrafimy poprosić.

Jeśli czujesz się podobnie, napisz do mnie, nie musisz publicznie, czekam na Twoją prywatną wiadomość tu, na blogu albo moim fanpage’u.

Bo my, mamy musimy trzymać się razem.

 

28576834_1601190296639349_8611249522783450466_n